18 kwietnia 2018

11. Poznań Półmaraton

Zdaję sobie z tego sprawę, że nie każdy bieg kończy się życiówką, ale po pół roku przygotowań liczyłam na to, że jednak urwę ze 2 minuty. Tym razem treningi nie były bez ładu i składu, i nie wychodziłam biegać kiedy miałam ochotę. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć że plan zrealizowałam w 100%. Oczywiście były treningi które opuściłam, ale ze względów zdrowotnych, a nie że "nie chce mi się". Dlatego sobie nie mogę nic zarzucić. 
Organizatorzy postanowili zmienić godzinę startu z 9:00 na 10:00. Tłumaczyli to tym, że w zeszłym roku sporo osób wypełniając ankietę dotyczącą biegu uznało, że 9:00 to za wcześnie. I na tym się przejechali, bo pogoda nie była już taka łaskawa. 
Z trenerką ustaliłam że ustawię się na czas 2:00 i po 11 kilometrze przyspieszę. Trzymałam się różowej ekipy do 13 kilometra, ale nie byłam w stanie wycisnąć z siebie szybszego tempa. W dodatku mocno spuchnęły mi dłonie, i czułam że powoli organizm "gotuje się" ze względu na wysoką temperaturę. Odrobinę zwolniłam, i zając mi uciekł. Początek podbiegu na ulicy Solnej około 18,5 km trochę mnie zmęczył, ale nogi tego nie odczuły. I dopiero wtedy dobrze mi się biegło, a ciało zaczęło lepiej znosić upał. Szkoda że tak późno... Na alejach Niepodległości dzida do mety, bo został ostatni kilometr z haczykiem. 
Nareszcie upragniony pomarańczowy dywan, trybuny, i meta, a na zegarku porywające 02:02:52. Tak niewiele do złamania 2 godzin. Jednak nie żałuję że zwolniłam, bo nie chciałam skończyć tak jak wiele osób - czyli siedząc na krawężniku nie ogarniając otoczenia lub co gorsze, leżąc nieprzytomnym na ziemi. 
Nie wiem co myśleć o tym starcie i jak go podsumować. Wydaje mi się że dobrze przepracowałam zimę, ale pogoda zrobiła swoje. Dość długo trzymał mróz. W dodatku z dnia na dzień temperatura wzrastała czasem o 10 stopni przez co ledwo żyłam - bolała mnie głowa, zasypiałam na stojąco, i ogólnie ciężko mi się funkcjonowało. Pierwszą porcję "tropików" otrzymałam na Maniackiej Dziesiątce. Sądziłam że od tamtego czasu jakoś się ogarnę, a tu kolejny skok powyżej 20 stopni, i ugotowałam się. Zresztą nie tylko ja.
(Zastanawiam się kiedy biodra wypadną mi z zawiasów...)
Za tydzień walka o życiówkę na królewskim dystansie w Królewskim Mieście. To jest mój dystans, i wiem że jestem w stanie poprawić swój czas nawet jeśli temperatura będzie podobna. Ale trzymajcie kciuki żeby jednak spadła o kilka stopni ;)
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 6
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- portki Kalenji
- koszulka Biegam bo mnie ludzkość wkurwia
- zegarek Suunto Ambit3 Sport
- 2x żele Nutrend (pomelo i cytryna)
- 1x carbosnack 25 ml
Podsumowanie:
- czas netto: 02:02:52