16 października 2017

18. Poznań Maraton

Dwa dni przed startem: zero stresu. Dzień przed: tak samo. W dniu startu: pełen luz! Jedyne czego się obawiałam to pogoda. Przecież jest pa(i)ździernik, a tu 20 stopni. Słońce przebijało się przez chmury i było bardzo ciepło. Wiedziałam że jeśli przygrzeje to zagotuję się już po 5 kilometrach i padnę jak mucha. Całe szczęście słońce przegrało i przez kilka godzin siedziało grzecznie za chmurką. O 8:30 tradycyjnie zdjęcie wkurw_team, a na 8:45 umówiłam się z mamą pod Sheratonem. 8:43 a jej nie ma. Zadzwoniłam, była już przy Święcickiego, więc powiedziałam że pójdę do toalety i niech poczeka na mnie na miejscu. Wyszłam, nie ma jej. Panika! Znowu dzwonię. Okazało się że nie chcą jej przepuścić. Dotarłam na początek stref i error: barierki i też nie przejdę. 8 minut do startu a ja z workiem w ręce. Przeszłam przez ogrodzenie w strefie 3:10, dobiegłam do linii startu i niestety tu też problem bo barierki. Złapałam kogoś z obsługi, zapytałam czy jest szansa dostać się na drugą stronę, bo wie pan, zaraz start, mama czeka, a ja z rzeczami... Wzięli ode mnie tobołek i zanieśli jej. Ulga, wróciłam do swojej strefy i zorientowałam się że nie mam żeli. Dwa miałam przy pasku, ale reszta została w worku. Żeby mnie jeszcze bardziej dobić okazało się że start opóźniono o ponad 50 minut. Organizatorzy robili co mogli żeby nas jakoś zająć (trzy razy rozgrzewka), a w pewnym momencie inicjatywę przejął Mezo i zaśpiewał "Życiówkę". Było mi wstyd stojąc w tym tłumie, bo jak tylko zapowiedzieli że zaśpiewa to ludzie zaczęli gwizdać. Rozumiem irytację (sama byłam zła, powoli robiłam się głodna), ale to nie jego wina że stoimy. W końcu ruszyliśmy. Całe szczęście mama czekała na przystanku. Zbiegłam na bok i wygrzebałam te cholerne żele (w dodatku sznurek od worka się zaplątał i nie mogłam go otworzyć). Do 10 kilometra było jeszcze znośnie, ale na Wildzie dotarło do mnie że jednak nie zrobię życiówki i nie poprawię czasu nawet o minutę. Od 20 kilometra aż do Sołacza ściana. Chciałam zejść z trasy. Na 33. popłakałam się widząc różową strefę kibica i dziewczyny z Kobiety Biegają. Wydukałam tylko że już nie mogę. Wtedy Zuza krzyknęła "ukończyłaś Chudego, dasz radę!". Wróciła moc chociaż część podbiegu na św. Wawrzyńca przeszłam. Na 37 kilometrze czekał Łukasz z piwem: jak to smakowało! A kawałek dalej zobaczyłam znajome legginsy. Podbiegłam i okazało się że to Marta. Chwyciłam ją za rękę i zapytałam co się stało, bo miała łamać 4 godziny. Niestety nogi ogłosiły bunt. Ale dała radę i dobiegła pomimo kryzysu! Ostatnie 3 kilometry ciągnęły się jak guma od gaci. Znam trasę, bo wiele razy tamtędy biegałam, ale nigdy podczas treningu to się tak nie wlokło jak wczoraj. Nareszcie rondo, Chemik, płot targowy, niebieski dywan, meta i... nic. Szłam a właściwie toczyłam się w bliżej nie określonym kierunku. Byle przed siebie. Nogi z ołowiu i pustka w głowie. Wzięłam kubek wody, muffinkę, stanęłam gdzieś na środku strefy żarciowej dla biegaczy, i mieliłam beznamiętnie tę bułę wypatrując przy okazji mamę i Paulinę. Po kilku minutach ruszyłam po medal. I tam stała mama. Podeszłam, przytuliłam ją i zaczęłam znowu płakać. Byłam zmęczona jak nigdy. Powiedziała tylko "i po co ci to było?", - "bo korona". I kolejna porcja smarków... Znowu nie mogłam się schylić żeby wyplątać chip. Ale musiałam się ogarnąć bo przecież trzeba było zrobić zdjęcie z całym złomem:
6 miesięcy, 5 maratonów i wymęczona Korona Maratonów Polskich. Większość osób (tych normalnych) robi to w 2 lata, ale ja się uparłam. Zresztą to nie jest jakiś specjalny wyczyn. Gdybym każdy maraton zrobiła w czasie poniżej 3:45 to można powiedzieć że to już jest coś. W moim wykonaniu to było klepanie grubo powyżej 4 godzin.
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka Kobiety Biegają
- 4x żele Nutrend (2x cola z kofeiną i 2x pomelo)
Podsumowanie:
- czas netto: 4:26:31
- brak otarć i innych urazów

Sprawdziłam międzyczasy na STS i żyłka mi strzela, bo biegłam na czas 4:10-4:14, ale zmęczenie zrobiło swoje. I tak dobrze że w porównaniu do poprzednich startów miałam obsuwę tylko 7 minut. 

Jeśli chodzi o organizację to poświęcę temu osobny post - zbiorę w całość wszystkie 5 maratonów wchodzących w skład KMP. Ale tak pokrótce: to pierwszy czasowy poślizg w Poznaniu w przypadku startu i przymykam na to oko, bo wg mnie to wciąż najlepiej zorganizowany bieg w Polsce. Odbiór pakietu, expo, zawartość pakietu, punkty odżywcze, strefa mety... tutaj wszystko jest na tip top. Dlatego jeśli ktoś pierwszy raz biegł w Poznaniu to mam nadzieję że jednak wróci ponownie, bo warto!