4 stycznia 2018

2017 rok na biegowo i plany na 2018

Styczeń:
Postanowiłam w końcu zabrać się za treningi zwłaszcza, że przede mną pięć maratonów oraz ultra. Wszystko szło całkiem dobrze i biegałam regularnie. Dobiłam do oszałamiających 139,33 km.
Luty:
Szło coraz lepiej, kilometraż wzrósł do 151,66, i byłam dobrej myśli. 11 lutego wystartowałam w kolejnym biegu City Trail osiągając czas 26:51. Bez szału, bo wtedy nie czułam się najlepiej, ale utrzymywałam tempo.
Marzec:
Szaleństwo! Nigdy nie zrobiłam tylu kilometrów w jednym miesiącu - 163,88! Wiedziałam że jestem dobrze przygotowana do półmaratonu, bo zdobyłam pączkowe mistrzostwo w kategorii kobiet w biegu na orientację. Na kolejnym City Trail wynik był trochę lepszy czyli 26:37. A kiedy zbliżał się ten dzień, 26.03, byłam coraz bardziej zdenerwowana. Chciałam pobiec na 1:55, ale jeśli by się nie udało to trudno. Ważne żeby chociaż zrobić życiówkę. Niestety zabrakło mi 50-kilka sekund. Jednak to był fajny bieg, bo ten sławny podbieg w połowie dystansu którego niemal wszyscy się bali minął dość szybko, i tym razem nie padłam. Kilka dni po starcie nie było już tak kolorowo. Czwartek, 30.03 i ostatni trening przed Dębnem. Coś nie stykało w prawej nodze, i to był bardzo znajomy ból... Ten sam co w zeszłym roku tylko w lewej. Przerwałam bieg, dobrze się porolowałam, rozciągnęłam i tyle. 
Kwiecień:
Miesiąc zaczęłam od startu w Dębnie. Ustawiłam się na czas 4:15 bo nie miałam w planach robienia życiówki. Jednak chciałam ukończyć bieg z przyzwoitym wynikiem. Wszystko się posypało już na starcie. Kilka kroków i wróciła ta cholera ITBS tylko w prawą nogę. Większość normalnych osób zeszła by z trasy, ale gdzie! Dopiero 2 kilometry a ja mam wstyd robić, i rezygnować? No dajcie spokój! Gdzieś około 3-4 kilometra zagadał do mnie jeden z biegaczy, i razem biegliśmy do 22-23 kilometra rozmawiając, więc to odciągnęło uwagę od nogi. Później zwolniłam bo bolało coraz bardziej i nie radziłam sobie z tym. Udało się doczłapać w 4:25:11. Kolejne 3 tygodnie nie robiłam nic oprócz chodzenia na siłownię oraz rolowania. W Krakowie wystartowałam wstając z kanapy i dobiłam nogę. Mogłam odpuścić, bo biegłam tu rok temu ale zaparłam się gorzej jak osioł. To była tragedia: 4:38:13. 
Maj:
Po niecałym tygodniu odpoczynku (noga sztywna, skrzypiąca, nie dająca się zgiąć w kolanie) stanęłam na starcie Wings For Life. To miał być ten bieg kiedy w końcu dobiegnę do 15 km. I prawie się udało! O dziwo noga mi nie doskwierała, ale i tak nie zrealizowałam celu. Wyszło 14,12 km. Dałam sobie spokój z bieganiem. Postawiłam na siłownię, ćwiczenia z taśmą, do tego fizjoterapeuta, i dopiero jak nic nie bolało to zaczęłam chodzić na bieżni pod górę oraz jeździć na rowerze.
Czerwiec: 
Powolne truchtanie i 60,99 km w miesiącu. Marzenia o starcie w Chudym Wawrzyńcu na dystansie +80 km poszły się walić. Zostało tylko +50. 
Lipiec:
Kilometraż powoli wzrastał, ale wciąż nie mogłam zrobić długiego wybiegania przed Chudym. Jednak uznałam że wystartuję tyle że to będzie bardziej marsz niż bieg, i podziwianie widoków.
Sierpień:
Nadszedł ten dzień... Nie dość że prawie w ogóle nie spałam to spóźniłam się na start. Do tego była taka ulewa i grzmoty, że nawet marszobieg krajoznawczy odpadał. Hamowałam się na zbiegach żeby oszczędzać nogę. Udało się! Po 10 godzinach, mokra po same gacie, zmęczona, brudna, dotarłam do mety, gdzie czekał witający wszystkich Krzysiek Dołęgowski. W trakcie biegu też płakałam, ale tu poryczałam się jak małe dziecko, i ledwo wyduszałam z siebie słowa do trzymającego moją rękę przez dobre 2 minuty Krzyśka. A po Chudym Tatry, rekonesans trasy Biegu Ultra Granią Tatr i wolontariuszowanie właśnie na tym biegu. Zrobiłam ponad 91 km i pasmo nie dało o sobie znać!
Wrzesień:
Znowu się zaczęło! Pełna obaw stanęłam na starcie wrocławskiego maratonu. Miałam biec na 4:30 żeby się nie zajechać za bardzo, ale po 6 kilometrach uznałam że to jest zbyt wolne tempo, więc przyspieszyłam. Nareszcie wróciłam do biegania, i wparowałam na metę z czasem 4:19:40! Dwa tygodnie później czekało mnie to samo tyle że w Warszawie. Postanowiłam trzymać się zająca na 4:20. Przyspieszyłam później, ale tak żeby balony były za mną. Po raz kolejny się udało i 4:19:24. Byłam już mocno zmęczona ale w Poznaniu chciałam pobiec szybciej. Nie wzięłam tylko jednego pod uwagę - Poznań to nie Wrocław, i tu nie jest płasko.
Październik:
Tutaj kończyłam Koronę Maratonów Polskich (którą miałam już od Warszawy, ale koniecznie chciałam to zrobić w rodzinnym mieście). Start był stresujący (nie tylko opóźnienie, ale też zostawiłam żele w torbie którą oddałam mamie dosłownie na 8 minut przed startem) i zaczęłam za szybko. Miałam biec na 4:15, ale coś mnie podkusiło żeby przyspieszyć. I zdechłam przed połówką. Zaliczyłam taką ścianę jak chyba jeszcze nigdy. Na 33 km punkt kibica Kobiety Biegają postawił mnie na nogi bo przeczołgałam się obok nich płacząc, i mówiąc że już nie daję rady. Wtedy przyspieszyłam. Jak na trzeci maraton w przeciągu 5 tygodni to obsuwa była mała. Ostatecznie 4:26:31. A tydzień później dałam w palnik na pierwszym biegu City Trail. Piątaka wymęczyłam w 26:41 co było dla mnie ogromną niespodzianką, bo nie sądziłam że dam radę tak szybko pobiec po maratonie. W zasadzie nie zrobiłam żadnego roztrenowania (chyba nawet nie za bardzo było po czym), i kilka dni po starcie w maratonie rozpoczęłam współpracę z trenerem. I zaczęłam chodzić na jogę.
Listopad:
Jedziemy z koksem! Biegałam regularnie i wychodziłam z domu niezależnie od pogody. Nie ważne czy nawalał deszcz, wiało tak że ledwo stałam na nogach - w planie trening, trzeba go zrobić żeby nie tłumaczyć się trenerowi dlaczego jest czerwona kropka. W dodatku nareszcie złamałam 26 minut na 5 km i to w terenie! Drugi bieg CT i 25:53! Na biegu niepodległości otarłam się o życiówkę na 10 km: 52:21. Nie wiem jak mi się to udało, bo nie robiłam żadnych szybszych jednostek, a tylko klepałam kilometry w tempie żółwia. Koniec miesiąca na razie skromny: 114,36 km
Grudzień:
Zaczęłam mocno, bo startując pierwszy raz na Dziewiczej Górze. 5,2 km przebiegłam w 31:31 i tutaj wyszło że coś nie styka pomiędzy moimi nogami a płucami. Podbieg, zbieg - zero zmęczenia w nogach, zakwaszenia itd., ale za to ledwo nadążałam z oddychaniem. Tydzień później kolejny start w CT, i znowu poprawa: 25:47. Niby tylko 6 sekund, ale jak się cieszyłam! A zaraz po świętach, obżarta do granic możliwości, wystartowałam na 10 km. Była by kolejna życiówka, ale zabrakło 400 metrów chociaż trasa miała atest, więc mój rekord na dystansie 9,56 km to 48:12. Robi wrażenie to 4 z przodu nie? Miesiąc zakończyłam z największym kilometrażem ever jaki do tej pory zrobiłam: 195,2 km.

Życióweczki w 2017 roku:
- maraton: nope
- półmaraton: j/w
- 10 km: też nie
- 5 km: 25:47
Ale dopiero się rozkręcam!

Przebiegłam: 1414 km
Spaliłam: 165024 kcal
Na treningach spędziłam: 312 godzin, 31 minut i 02 sekundy

A co szykuję na 2018 rok? Będzie bardzo ciekawie! Sezon zaczynam od startu w poznańskim półmaratonie. Tydzień później czeka mnie maraton w Krakowie, i właśnie tu spróbuję złamać 4 godziny. Trasa łatwa nie jest, i będzie ciężko, ale gdzie indziej robić życiówkę jak nie tu, w Królewskim Mieście? Maj zacznę biegiem dla tych którzy nie mogą, czyli Wings For Life, jednak tym razem nie nastawiam się na jakiś konkretny dystans. Po prostu cisnę w trupa. Po tygodniowym odpoczynku, w nocy 12 maja, zmierzę się z dystansem 110 kilometrów na GWINT Ultra Cross. Czerwiec też będzie ciężki bo tym razem zacznę późnym wieczorem, o 22:00, a do pokonania będę mieć 100 kilometrów po górach. Sudecka Setka wita! Lipiec to wielka niewiadoma - wszystko jest uzależnione od funduszy. Do wyboru: 110 km w Lądku lub 80 km na TriCity Trail. Coś muszę wybrać, bo potrzebuję tych dodatkowych kilometrów, a to dlatego że w sierpniu nastąpi zwieńczenie moich przygotowań, i nie mogę tego wszystkiego zepsuć: Tatra Fest czyli 60 km po Czerwonych Wierchach oraz Tatrach Zachodnich! Być może we wrześniu wystartuję ponownie we wrocławskim maratonie lub po długiej przerwie na Forest Run 50 km - będę decydować na ostatnią chwilę. Natomiast październik to już tradycyjnie maraton w Poznaniu. A jeśli terminy się nie pokryją to bardzo chciałabym pobiec półmaraton w Krakowie. Czy to dużo? Nie. Są większe czubki niż ja ;) Będąc pod opieką trenera liczę na to że wszystko się uda i to bez kontuzji. To będzie dobry rok. Z pierdalnięciem!