13 września 2017

35. Wrocław Maraton

Do Wrocławia jechałam lekko poddenerwowana. Nie byłam pewna na ile mogę sobie pozwolić, bo nie zrobiłam długiego wybiegania typowo pod maraton, i bałam się że znowu przygrzeje a nie dla mnie bieganie w słońcu. 
W hostelu byłam po godzinie 13:00.  Na miejscu okazało się że dzielę pokój z samymi mężczyznami, i wszyscy biegli! Nie wiem tylko co mnie podkusiło żeby szukać noclegu w centrum przy ruchliwej ulicy przez całą dobę. Nie mogłam spać przy otwartym oknie bo słyszałam dosłownie wszystko. Co chwilę się budziłam, i udało mi się zasnąć dopiero po północy. Jednak pobudkę miałam już około 5:30. Dzień zapowiadał się cudownie... Z zapałkami w oczach zwlekłam się z łóżka, wypiłam sok z buraków, i podeszłam do okna. Było pochmurno, chłodno, czyli w sam raz. Miałam nadzieję że pogoda się utrzyma. Wyszliśmy we trójkę jakoś po 7:00 licząc na bezproblemowy dojazd na stadion. I tak myślało jakieś kilkadziesiąt (jak nie więcej) innych osób. Na przystanku szaro od ludzi, a organizatorzy nie pomyśleli żeby zorganizować dodatkowy transport. Udało nam się wcisnąć do pierwszego tramwaju, i całą podróż spędziliśmy ściśnięci jak sardynki. Okna były zablokowane, w środku duszno i niewiele brakowało a pierwszych mdlejących zbierali by jeszcze przed startem. W drodze do depozytu znowu wpiłam sok, ale już na siłę bo żołądek był pełny. Szybko oddałam walizkę i sprint na grupowe zdjęcie. Takie o:
Zostało 30 minut do startu, a ja nadal nie wiedziałam na jaki czas się ustawić. W planie było 4:30 i przyspieszanie tak od 30-32 km. Spojrzałam na balony na 4:15 i przesunęłam się w ich stronę. Szybko się ogarnęłam, bo jak?! Ma być 4:30! Albo... może pobiegnę pomiędzy trzymając się tempa 6:15 min/km? Nie no! 4:30. Gdy mijałam linię startu to pomyślałam sobie "ty czubie, co ty znowu robisz?", i to wracało przez kilka kolejnych kilometrów. W skrócie cały maraton wyglądał mniej więcej tak:
- do 5 km: nie sapię i nie jestem czerwona na twarzy, coś jest nie tak, ja zawsze sapałam
- 6 km: za wolnoooo, przyspieszam!
- 10-25 km: mam tę moc! Dlaczego nie ustawiłam się na 4:15?
- 26-32 km: matko bosko biegowo jeszcze tyle kaemów! Nie chce mi się...
- 33-34 km: zerkanie co kilkanaście sekund na zegarek jakie tempo, bo nie może być wolniej jak 6:15 min/km, nogi totalny beton, ale zaciśnięte zęby i nie ma że boli. Nie zwolnię choćby się waliło.
- 35 km: mały error, żołądek chwilowo się zbuntował i krótki marsz na wodopoju 
- 36-38 km: lekki zjazd typu "otoczenie zaczyna się niebezpiecznie oddalać" ale trzymam pion
- 39-42 km: "kurwa no... dajcie żyć już". I kolejne przeliczanie że chyba uda się dobiec w 4:20-4:21
- ostatnie 200 metrów (czyli 600): brzuch wciągnięty żeby ładnie wyjść na zdjęciach, tempo 4:15 min/km (że ja, że tak szybko, wiatr we włosach), znowu rzucanie okiem na zegarek - uda się na 4:19!
(To jest 42 kilometr, i tak wygląda tempo 4:15 min/km w moim wykonaniu)
Od stref startowych dzida do mety, rogal przed bramą stadionu (tylko tam trzeba z gracją żeby stopy nie wykręcić bo ktoś wpadł na mądry pomysł żeby wyłożyć tu bruk), i jeeest! Stadion! I lekki WTF?! Ale że piach? Nie ma tartanu? Panie! Ja tu w startówkach, nówki sztuki i mam je w piachu tarzać? W każdym razie udało się. Nie wiem jak, ale mnie poniosło na 4:19:40! Dla jednych to nawet nie był bieg (no spoko, nie każdy jest w stanie to zrobić w 3 godziny choćby się zarzynał na treningach), ale jak na start po kontuzji, i w zasadzie bez przygotowań to jest to dobry czas. W dodatku gorszy od mojej życiówki tylko o 8 minut.
Co do samej trasy: dawno się tak nie nudziłam. Serio... To było beznamiętne, monotonne klepanie kilometrów po płaskim. Doliczyłam się trzech bardzo krótkich zbiegów, a podbiegów nie pamiętam, ale może dlatego że ich nie było (a moje nogi są w stanie odczuć każde, najmniejsze nachylenie). Robotę robili sami uczestnicy - na 8 km jeden śpiewał "Eye of the tiger" głosem kastrata, a chyba około 11 km ktoś miał w plecaku głośnik i odpalone radio. Mieszkańcy Wrocławia chyba uwielbiają Queen bo na 28 i 32 kilometrze zapodano nam "We are the champions" (ale to chyba powinno być na mecie prawda? Ja tu jeszcze umieram). Okazało się że robiłam nieświadomie za zająca, bo na mecie podszedł do mnie mężczyzna i powiedział że biegł za mną cały czas. Ale chyba pierwszy raz udało mi się utrzymać w miarę równe tempo (!).
Sprzęcior:
- kapcie Asics Hyper Speed 6 (takie startóweczki styropianowe dla tych co walą dyszkę poniżej 40 minut, a tu taki słoń jak ja zajeżdża je w tempie 6:04 min/km na maratonie)
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- koszulka BBMLW 
- 3 x żele Nutrend Cola z kofeiną
Podsumowanie:
- czas: 4:19:40
- miejsce OPEN: 3000 (hyhy, taka ładna liczba to podałam bo zazwyczaj byłam 738584)

To ten. Widzimy się w Warszawie!