13 maja 2018

GWiNT Ultra Cross 2018

Przewracałam się z boku na bok bo ciągle mnie coś bolało. Ale nic dziwnego. Spanie na podłodze do wygodnych nie należy. Nagle usłyszałam jak wyje czyjś budzik. Pomyślałam wtedy: "no co za debil ustawił na tę godzinę zegarek, przecież jeszcze jest czas". Po kilku minutach to mój telefon zawył, i musiałam wstać. Była 0:50 i miałam około 50 minut na ogarnięcie się na odprawę oraz zapakowanie w autobus. Około 2:30 byliśmy w Wolsztynie. Od razu weszłam do budynku Fala Park bo było mi okrutnie zimno. Z wyjściem zwlekałam do ostatniej chwili.
30 minut do startu i ostatnie, kontrolne siku.
0-14 km
Zegar pokazał 3:00 i ruszyliśmy. Na początku bardzo się bałam bo jeszcze nigdy nie biegłam w nocy. Myślałam że wszyscy wyrwą do przodu, a ja zostanę sama na samym końcu w jakichś chaszczach. Ostatecznie porobiły się małe grupki, i najpierw biegłam chyba z 6-7 osobami, ale kilka się odłączyło i miałam "asystę" trzech panów. Dopiero gdy zaczęło się rozjaśniać to przyspieszyli i zostałam w tyle. Po około godzinie od startu widoczność była już całkiem dobra, więc moim oczom ukazały się wspaniałe, zielone dywany trawy, i single tracki między konwaliami. Cudownie pachniało lasem, mokrą trawą i kwiatami. Początek był dość ciężki bo bardzo szybko pojawiły się niemal pionowe podejścia, ale rekompensowały to przyjemne zbiegi. 
14-25 km
Biegło mi się dobrze chociaż byłam już cała spocona i klejąca, bo zrobiło się dość parno. Mijałam trochę osób z najdłuższego dystansu i myślałam wtedy że za jakieś 40-50 kilometrów będę wyglądać identycznie. Do marszu przechodziłam tylko na podejściach, a tak cały czas biegłam.
25-38 km
Na tym fragmencie trasy zrobiło się płasko i niesamowicie przeklinałam. Ciągle w ruchu, w trakcie biegu jadłam i nie przechodziłam do marszu. Ale miałam serdecznie dość. Chciałam żeby znowu wyrosła przede mną jakaś ściana, żeby teren się zmienił, bo nogi buntowały się na taką monotonię. 
38-56 km
Tutaj pojawił się większy kryzys. Bałam się o żołądek bo zaczął znajomo świrować, ale pomagała coca-cola na punktach oraz ciepła herbata miętowa. Oprócz 100-milowców wyprzedzałam też osoby z mojego dystansu które wyrwały się na początku. Około 43 kilometra wkroczyliśmy na jakieś mokradła jak we Władcy Pierścieni. Kroczyłam jak czapla szukając w miarę ubitego błota, ale z każdym krokiem nogi zapadały się coraz głębiej. Najpierw prawa noga po kostkę. Później moim oczom ukazał się jakiś... mostek, który przypominał bardziej zbitą drabinę rzuconą byle jak. Ta prowizoryczna przeprawa przez bagienko była w dodatku lekko przechylona i cała od mokrego, śliskiego mchu. Postawiłam stopę na pierwszym szczeblu, wszystko się ugięło a ja spociłam. Nie wiedziałam jak głębokie może być to bajorko i co kryje się pod powierzchnią. Ale nie miałam wyjścia i jakoś musiałam się dostać na drugą stronę. Gdzieś w połowie poślizgnęłam się, ale udało się złapać równowagę. Jednak tak mnie to zestresowało że chciałam jak najszybciej przejść i zeskoczyłam na "brzeg", czyli błoto. Wylądowałam lewą nogą w brei do połowy łydki. Cudownie! Całe szczęście zostawiłam na przepaku buty i czyste skarpety. Później dowiedziałam się że niektórzy pokonywali ten fragment na czworaka, ale byli też tacy którym się nie udało i wpadli do wody. Od 50 kilometra trasa się dłużyła. W dodatku punkt w Nowym Tomyślu nie był na 56 km tylko około 57,5.
 Podbieg na ok. 50 kilometrze. Ale wcześniej było tego więcej i bardziej w pionie.
56-74 km
Powoli cierpiałam, ale już nie jestem pewna czy od przeżarcia (nie mogłam sobie odmówić ciepłej zupy na punkcie), pełnego pęcherza, czy od coraz większego upału. Słońce wyszło zza chmur i stopniowo nas przypiekało. We wsi zaraz za Nowym Tomyślem jeden z mieszkańców odpalił węża ogrodowego i nas oblewał. Kilka kilometrów dalej kolejna osoba wyszła do nas z wodą. Przed punktem w Wąsowie dogonili mnie liderzy dystansu Mini (55 km). Gdy podeszłam do stołu z napojami okazało się że nie mam kubka. Zgubiłam go i nawet nie zorientowałam się kiedy. Całe szczęście na stanie były awaryjne kubeczki jednorazowe. Dopiero tutaj odczytałam smsa od Pauliny że jestem druga w kategorii wiekowej. Zjadłam, uzupełniłam wodę i zadzwoniłam do niej żeby się upewnić czy to co napisała to prawda bo jakoś ciężko mi było w to uwierzyć. Ostatecznie okazało się że byłam trzecia bo coś się porobiło z pomiarem czasu. Mniej więcej od przepaku mijałam się lub biegłam trochę z jednym z biegaczy. Gdy usłyszał że mogę stanąć na pudle to powiedział że mam lecieć i się na niego nie oglądać (bolało go kolano).
74-90 km
Coraz bardziej wkurzał mnie ten bieg i miałam już wszystkiego dość. W dodatku od Nowego Tomyśla każdy kolejny punkt odżywczy był przesunięty o około 2 km w stosunku do tego co miałam zaznaczone na profilu. Trasa ciągnęła się jak guma od gaci, a ja na 82 kilometrze dostałam tak paskudną kolkę, że szłam, przeklinałam i dosłownie wyłam. Mogłam biec ale to było tak upierdliwe że po kilku krokach wracało. Próbowałam chyba wszystkich znanych mi sposobów. Byłam tak poirytowana że ostatecznie "biegłam" płacząc z tą zakichaną kolką. Jeszcze ten piach... Całe tony piasku! Oni chyba nazwozili to badziewie i rozsypali na całej trasie. Na początku jeszcze biegłam po piachu, ale później odpuściłam bo to męczyło jak cholera. 
90-101 km
Zaczął się dramat. Chciałam biec ale nie mogłam. Czułam jak mnie kuje w piersi. Nie wiedziałam czy zwymiotować, czy co ze sobą zrobić. 100-200 metrów biegu i marsz. Około 92 kilometra zatrzymały się dwie osoby, które biegły jako czyjś support ale się rozdzielili. Posadzili mnie na ziemi, rozmasowali łydki (ból piszczeli był ogromny), a później położyli i trzymali moje nogi w górze. Dopiero gdy uznali że nabieram kolorów na twarzy to pomogli mi wstać. Ruszyłam dalej i zaczęłam się zastanawiać czy nie zejść z trasy. Chciałam biec ale nie mogłam. Szłam zgięta, czasem zygzakiem, oczy przymrużone. Zaczęło się szacowanie w jakim czasie to ukończę, ile jeszcze zajmie mi dotarcie do mety, jeśli idę w takim tempie. Co jakiś czas płakałam ze złości, bo przecież przygotowywałam się od października, a nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Miałam wszystko co potrzebowałam, jadłam, piłam, na początku nie poniosły mnie emocje i nie wyrwałam do przodu tylko cały czas biegłam swoim tempem. Po drodze minęła mnie Ania z mężem. Nie potrafiłam jej za bardzo odpowiadać, bo już nawet na to nie miałam siły. Powiedziała że dam radę i poczeka na mecie. Gdy w końcu dotarłam do punktu to oni go już opuszczali. Wolontariusze klaskali a ja byłam nieobecna. Od razu podbiegł chłopak, zapytał czego potrzebuję, jak się czuję. Nie mogłam wydusić nic z siebie bo zbierało mi się na płacz. Przyniósł mi colę, wodę, ciepłą herbatę, i nawet załatwił ciepłą zupę bo już nie mogłam patrzeć na owoce i krakersy. Próbował dopingować ale ja już wiedziałam że to nie ma sensu. Zostało mi 13 kilometrów i 3 godziny. Marsz w takim stanie zająłby jakieś 2-2,5 godziny, ale nie miałam już siły. Podeszła sędzia zawodów, spisała protokół, a ja jeszcze zadzwoniłam do Pauliny i napisałam do Ani żeby je poinformować że koniec biegu. Zaczęły wkurzać mnie komary bo gryzły po łydkach jak szalone, więc postanowiłam wstać żeby trochę pochodzić w oczekiwaniu na transport. Zrobiłam kilka kroków, nagle zebrało mi się na mdłości, i do tego pojawił się ból pomiędzy łopatkami oraz z lewej strony klatki piersiowej. Od razu mnie położyli i wezwali karetkę. Po kilku minutach zaczęłam się trząść z zimna jakby mnie ktoś zamknął w lodówce. Przyjechali ratownicy, sprawdzili cukier, ciśnienie, saturację. Wszystkie parametry były w normie, ale zabrali mnie do szpitala żeby pobrali krew i sprawdzili elektrolity.
Koniec
Zaprowadzili mnie na izbę przyjęć. Wciąż się telepałam. EKG, pobranie krwi, kroplówka, i dostałam jeszcze koc. Całe szczęście jeden ze znajomych organizował bieg, więc napisałam do niego z prośbą o wydanie mojego depozytu i przepaku Ani. Po 21:00 było wszystko jasne. Wyklepany potas i magnez do uzupełnienia. Dobrze że Ania biegła i po prostu uratowała mi tyłek, bo chyba bym została w Grodzisku - ostatni pociąg miałam kilkanaście minut po 20.

Co mogło być przyczyną mojego zejścia? Nie mam pojęcia. Zakładam kilka opcji:
1. Przegrzanie/udar - biegłam bez czapki bo zapowiadali burze, ewentualnie jakieś przelotne deszcze, więc założyłam że słońce nie dowali. Mogłam chociaż na przepak wrzucić daszek, ale zupełnie nie pomyślałam.
2. Żele - a dokładniej same z kofeiną. Miałam 9 sztuk ALE o smaku coli. Z reguły kofeina na mnie nie działa - i ta w kawie, i jako tabletki. Muszę wypić ze 3 żeby zaczęła działać (nawet espresso nic nie daje), a tu przyjmowałam żel w odstępach 1-1,5 godzinnych.
3. Elektrolity - nigdy nie miałam z tym problemu. Brałam też udział w badaniach do pracy habilitacyjnej, gdzie mieliśmy pobieraną krew przed biegiem, dzień po, trzy dni oraz pięć. Wszystko było w normie. Wygląda na to że na kolejne takie starty muszę się zaopatrzyć w jakiś specyfik ze zwróceniem szczególnej uwagi na potas.

Trochę cyferek na koniec, ale tradycyjnie najpierw sprzęcior:
- buty Asics Fuji Trainer 3 (po zaliczeniu bagienka do przepaku zdążyły wyschnąć, błotko odpadło, wyciągnęłam wkładkę, wytrzepałam i mogłam biec dalej)
- skarpety kompresyjne Royal Bay (pierwsza część trasy) oraz opaski Zeropoint (druga)
- kamizelka Inov8 Race Ultra 5l
- portki Domyos
- koszulka Biegam bo mnie ludzkość wkurwia
- rękawki Biegam bo mnie ludzkość wkurwia
- czołówka Petzl Actik Hybrid 300lm

Co jadłam i piłam na trasie:
- 9x żel ALE cola z kofeiną = 990 kcal
- 3 batony Powerbike Nutrend (smak wanilia, jagoda, marakuja) = 514,2 kcal
- 1 baton Excelent Nutrend (smak cytrynowo malinowy) = 363 kcal
- na każdym punkcie ok. 150 ml Coca-Coli = 389 kcal
- 2 duże pomarańcze = ok. 212 kcal
- kabanos = ok. 100 kcal
- rosół z makaronem ok. 200 ml = ok. 300 kcal
- zupa gulaszowa ok. 300 ml = ok. 200 kcal
- woda (średnio od 0,5 do 0,75 l między punktami) = 5-7,5 litra
co daje razem ok. 3068,2 kcal

I jeszcze mini statystyki:
- dystans: 101,29 km
- czas ruchu: 13:13:43
- czas całkowity: 15:15:26
- przewyższenia wg Stravy: 788 m
- biegłam bez czujnika tętna, więc biorąc pod uwagę tylko czas, dystans, moją masę ciała i wzrost, spaliłam około 7626 kcal (Strava) lub 5984 kcal (Movescount) - czyli na trasie zeżarłam mniej (szlag... mogłam w Nowym Tomyślu wziąć jeszcze makaron ze sosem a nie sam rosół)
- zero otarć, pęcherzy, czarnych lub odpadających paznokci (tylko czarne stopy od kurzu)

Nie wiem kiedy wrócę do treningów, bo na razie mam tak spięte łydki że zaraz coś tam pęknie, i podnoszę się z krzesła jakbym miała coś złamane. A przerwa nie może być zbyt długa bo za 6 tygodni kolejny start.

Dziękuję wszystkim którzy trzymali kciuki, pisali do mnie w trakcie biegu, i za wszystkie miłe słowa!

-------------
Gdy już wróciłam do domu to przed 23:00 dostałam wiadomość, że mimo to czeka na mnie medal.