24 czerwca 2018

30. Sudecka Setka

Sudecka Setka miała być moim pierwszym biegiem kwalifikacyjnym do BUGT. Okazało się jednak, że organizatorzy zmienili zasady, i start nic mi nie da. Mimo to pojechałam żeby sprawdzić jak w tych górach mi pójdzie. Dystans: niecałe 100 km, limit: 20 godzin, przewyższenia: około 2800 m. Zapowiadał się fajny i przyjemny bieg chociaż po Gwincie nie byłam pozytywnie nastawiona. Bałam się że znowu coś nie zagra i zejdę z trasy. 
Do Boguszów-Gorce przyjechałam w piątek około południa z Pauliną, która wybrała dystans 42 km. Byłyśmy tam pierwszy raz. Boguszów-Gorce to mała mieścinka na milionie wzgórz. Wszędzie było pod górę. Nocleg miałyśmy na hali, ale udało nam się dostać materace, więc warunki były dobre. W dodatku bardzo mało pań tam nocowało, i nie czekałyśmy w kolejce do toalety. 
Około godziny 16:00 poszłyśmy odebrać pakiety startowe, a później podjęłam próbę zaśnięcia chociaż na 2-3 godziny. Niektórzy tak jak padli na materac, tak spali. Ja może z godzinę. Jakoś o 21:40 ruszyłyśmy na Rynek, bo o 22:00 był start. Do ostatniej chwili zastanawiałam się co ubrać, bo na noc zapowiadali jakieś 6-8 stopni. Zdecydowałam się na krótki rękaw, rękawki oraz bluzę. W plecaku miałam jeszcze pseudo przeciwdeszczową kurtkę. Rozpoczęło się odliczanie i ruszyliśmy najpierw na rundkę wokół Rynku, w blasku sztucznych ogni, przy licznie zgromadzonych mieszkańcach, a później w las. Minęła mnie Marta która poznała mnie po kwiatach we włosach (muszą być! Bez tego nie biegnę), i ostatecznie zajęła 1 miejsce w kategorii (gdybym zdecydowała się na bieg to byśmy stały razem na podium).
Bałam się biegu w nocy, bo myślałam że wszyscy się tak rozdzielą, że w końcu zostanę sama. Jednak cały czas ktoś był za mną lub przed. Kilometry leciały szybko, a mi szło bardzo dobrze. Po niecałych 50 minutach byłam na punkcie na 6 km. Wbiegliśmy do jakiejś wsi grubo po 23:00 a tam kibice! Trąbili, krzyczeli, i hałas jak na meczu. Kolejne punkty na 13, 20 i 22. Niestety tu zrobiło się jakieś zamieszanie, bo powinny być na 20 i 26. Gdzieś pomiędzy kolejna grupa. Rozpalone ognisko, krzyki, jeden z mężczyzn bez koszulki krzyczał że mamy dawać, bo jest gorąco. Tego się nie spodziewałam. Było już kilkanaście minut po północy, łagodny, długi zbieg na zboczu góry, wokół mnie wysokie drzewa, i nagle ciemność. Zero czołówek za mną i przede mną. Nareszcie byłam sama. Tylko księżyc uśmiechał się do mnie.
W końcu zmiana terenu i niewielkie podejście do punktu na 32 km. Później jeszcze trochę z górki i zaczęło się długie, mozolne czołganie które można porównać do drogi na Morskie Oko. Około 5-metrowej szerokości uklepana droga, wijąca się dookoła góry. Kilkaset metrów przed szczytem dogoniłam Paulinę. Okazało się że miała skurcze łydek. Dotarłyśmy na punkt i nareszcie dostałam ciepłą herbatę. Do samej mety biegłyśmy razem tyle że ona już tam została, a ja szybko przebrałam się zakładając drugi komplet koszulka+bluza, założyłam czapkę (później okazało się że wyglądałam w niej idiotycznie, jakbym miała wodogłowie czy coś, ale przynajmniej było mi ciepło), zjadłam, wypiłam i dzida dalej. Czułam się bardzo dobrze i nic mnie nie bolało oprócz kręgosłupa, bo około 20 km nerwy dały o sobie znać promieniując na biodro, i nie mogłam za mocno pochylać się na podejściach. Nogi jak nowe, maraton zrobiony poniżej 6 godzin, więc można lecieć dalej. Gdzieś około 46 km dopadła mnie senność. Ale czegoś takiego jeszcze nie miałam. Czułam się jakbym w ogóle nie spała, i oczy same mi się zamykały. Momentami biegłam z zamkniętymi. Ta mordęga ciągnęła się przez ponad 20 kilometrów, i jedyne o czym wtedy marzyłam to żeby dotrzeć do 72 km, i koniec. Schodzę bo zaraz padnę. To było coś nad czym nie byłam w stanie zapanować i się tego pozbyć. Nawet podejście na Dzikowiec gdzieś na 54 km mnie nie obudziło. A tam było co robić. Jak to zobaczyłam... Pion bez końca. Pełzasz, myślisz że to już koniec, a tu zakręt i dalej pod górę. Kolejny zakręt i kolejny, łydki płoną, tempo takie że zegarek go nie pokazuje. Ale nareszcie jest! Punkt i ciepła herbata. Tylko co z tego jak zmarzłam do tego stopnia że trzymając kubek wylewałam zawartość. Szybko ruszyłam mając nadzieję że trochę się rozgrzeję. Bardzo się myliłam. Nie ważne czy podejście, czy zbieg. Było mi zimno, a jeszcze zaczęło padać. Nie jakoś mocno, ale wystarczyło żebym przemokła.
(To chyba 6x km. Co mnie podkusiło żeby buff zostawić na głowie, i załadować na to czapkę to nie wiem. Tak zepsuć zdjęcie tylko ja potrafię. Źródło: FB Szynalski.eu)
Na 65 km zostałam trochę dłużej, wypiłam dwie herbaty i rozbudziłam się. Z tym że miałam kolejny problem. Od 50 km coraz mniej jadłam. Zbiegi zrobiły mi taką dyskotekę w żołądku, że na każdym kolejnym mnie cofało. Na podejściach to samo, bo jednak musiałam się trochę pochylać co powodowało ucisk na bebechy. 67 kilometr i paskudne burczenie, ale miałam zbyt skostniałe ręce żeby sięgnąć batona. No i nie miałam ochoty. Na 72 kilometrze pomiar czasu, kawałek dalej punkt, i na tym zakończyłam.
Cały czas zastanawiam się czy dobrze zrobiłam, bo w porównaniu do tego co było na gwincie to zupełnie inna bajka. Nie odczułam dystansu, nie było takiego zmęczenia, ściany, i zjazdu. Tam już po 30 km miałam betonowe uda, a tu nic. W dodatku średnie tempo bardzo zbliżone bo tam 9:02, a teraz 9:22. Chociaż obu biegów nie można porównywać, bo to zupełnie inny teren. Być może szukam teraz wymówki na moje lenistwo i słabą głowę, bo przecież i tak na 72 km zostanę sklasyfikowana, dostanę medal, więc po co się męczyć? Ale może dla mojego organizmu styranego treningami, i chorobami to było najlepsze co mogłam zrobić? Bo niestety przy niedoczynności przegrzanie (GWiNT) jak i wychłodzenie może skończyć się źle, a przede mną było jeszcze od 3,5 do 4 godzin wysiłku. Lub bałam się powtórki z Gwinta, że jednak coś zacznie się dziać po tym 80 kilometrze? Wyciągnęłam wnioski z ostatniego startu. Miałam ze sobą dodatkowo elektrolity i czapkę, ale to chyba za mało. Wygląda na to że teraz na każdym przepaku muszę mieć kurtkę, a najlepiej kombinezon narciarski. Może wtedy w końcu uda mi się dotrzeć do mety?

Sprzęcior:
- Hoka OneOne Speedgoat 2 (miałam obawy że w nocy nie sprawdzą się, skręcę kostkę na zbiegu bo ciemno czy coś, ale biegło mi się w nich bardzo dobrze, stopy nie bolały i zbiegi były bardzo pewne - no i najważniejsze - nie rozdarły się i wciąż są w jednym kawałku)
- skarpety kompresyjne RoyalBay (cały dystans, tym razem nic nie zmieniałam)
- kamizelka Inov8 Race Ultra 5l + dwa flaski po 0,5 l
- portki Domyos
- koszulka Biegam bo mnie ludzkość wkurwia x2
- rękawki Biegam bo mnie ludzkość wkurwia
- bluza Kalenji z kolekcji Trail x2
- czołówka Petzl Actik Hybrid 300lm (dała radę na jednym komplecie baterii przez 6 godzin w trybie standard)

Co jadłam i piłam:
- żel Vitargo czarna porzeczka = 102 kcal
- żel Powergym Isopower limonka z kofeiną = 96 kcal
- żel Honey Stinger Acai Granat = 100 kcal
- żel Honey Stinger Mango Pomarańcza = 100 kcal
- żel Nutrend Pomelo = 96 kcal
- żel ALE Cola z kofeiną = 110 kcal
- żel Power Gel jabłko z kofeiną = 102 kcal
- baton Chia Charge Cashew Karma = 152 kcal
- baton Chia Charge Double Choc Chip = 233 kcal
- 2 banany = 180 kcal
- saszetka elektrolitów Powergym Isopower = 145 kcal
- saszetka elektrolitów Dextro Carbo = 206 kcal
- 6 kubeczków herbaty
- nie więcej jak 1,5 l wody
Razem: 1622 kcal
Według zegarka spaliłam 4005 kcal natomiast Strava twierdzi że 6523 kcal. Mimo to wyszłam na dużym minusie, ale jak doliczę ile zjadłam po biegu (makaron w wersji wege, połowa pizzy 32 cm, piwo, czekolada...) to jednak okaże się że na plus.

Statystyki:
- dystans: 72,46 km
- czas ruchu: 9:12:48
- czas całkowity: 11:19:01
- przewyższenia: wg zegarka - 1910 m, Strava - 2684 m
- miejsce OPEN K: 5
- miejsce K20: 2
- zero otarć, pęcherzy, skręceń, ale zaczęły mi się robić kalafiory od dużego palca, a ulewy nie było

Ciągle coś mi nie wychodzi, i te wszystkie starty to o kant tyłka. W dodatku każdy kolejny jest trudniejszy, a motywacja spada. Za miesiąc Lądek i jeśli tego nie ukończę to o BUGT mogę zapomnieć.

Ah, i na Sudecką wrócę żeby tę setkę trzasnąć. I to w 14 godzin!