19 kwietnia 2016

9. PKO Poznań Półmaraton

Nie mam szczęścia do półmaratonów w Poznaniu. Co prawda to dopiero mój drugi, ale to w zupełności wystarczyło żeby się upewnić, że tak faktycznie jest. Od grudnia przygotowywałam się. Wypadło mi kilka treningów z różnych przyczyn w tym niemal dwa tygodnie ze względu na chorobę, ale mimo to byłam gotowa na ten konkretny czas, czyli 1:55. 
Poranek zwalił mnie (i zapewne ponad 11 000 osób) z nóg. Z nieba lał się deszcz. Wyszłam z domu, zrobiłam trzy kroki, i już miałam mokro w butach. Cudownie się zaczęło. Ale przed startem spotkałam się z kilkoma osobami z wkurw_team na wspólne zdjęcie. W związku z tym że zostałam Kierownicą Zamieszania to przeprowadziłam konkurs w którym można było wygrać koszulkę.
Pierwszy zgrzyt pojawił się jeszcze przed strzałem startera. Nie mogłam znaleźć swojego pacemakera. Gdzieś w tym tłumie mignęły mi baloniki, ale szybko wyparowały. Udało się wypatrzeć drugie, i szybko dołączyłam. Do ostatniej chwili miałam na sobie folię NRC, a w każdym razie tak mi się wydawało. Start był falowy, ale coś nie wypaliło. Ruszyliśmy, zrzuciłam folię, i okazało się że to jeszcze nie teraz. Marzłam przez kolejne kilka minut aż doczłapałam się do linii startu po ponad 13 minutach totalnie zlana wodą. Tam kolejny problem - jakieś 100 metrów i ostry, wąski zakręt. Odniosłam wrażenie że stoję a nie biegnę. 200-300 metrów i powtóreczka z rozrywki. Ciągle byłam trącana przez osoby które koniecznie chciały być przy balonach. Spychano mnie coraz bardziej do tyłu. Zestresowałam się, że w tym tłumie ich zgubię i później już nie dogonię, więc przyspieszyłam. Pierwsze kilometry przebiegłam nawet o 20 sekund za szybko niż planowałam. Miałam opaskę z międzyczasami na 1:53:30 i mniej więcej do 10 km udało się utrzymywać tempo bez większego problemu. Mimo to straciłam dużo nerwów i energii przez ludzi, którzy krzyczeli co jakiś czas "uwaga woda/kałuża!" - nagle kilkanaście osób przede mną zwalniało lub zatrzymywało się żeby ominąć cholerną kałużę! Od rana padał deszcz, wszyscy byli mokrzy po same gacie, w butach morza i oceany, a oni bali się wdepnąć w mokrą plamę na asfalcie. Kompletnie nie robiło mi to różnicy, i miałam totalnie gdzieś czy kogoś ochlapię wbiegając w te gigantycznie jeziora - sorry. Ale przynajmniej wyprzedziłam trochę tych jeleni. Zaczął się podbieg. Podbieg który znam bo nie raz tam biegałam. Tym razem menda wygrała. A jeszcze bardziej wkurzył mnie facet który biegł za mną bez żadnej zadyszki i rozmawiał przez telefon! Jakim cudem?! Ja ledwo łapię powietrze a ten sobie jak gdyby nigdy nic dyskutuje o dupie Maryni. Liczyłam na to że na górze trochę odsapnę, bo będzie niewielki zbieg. Ledwo się zaczął, a już się skończył i znowu pod górę. A później jeszcze raz... Tak po 11 km pojawiła się myśl że to nie ma sensu i schodzę z trasy. Jednak nogi dalej przebierały - wolniej, ale nadal. Po około 50 metrach pomyślałam "Nie ma mowy! Muszę mieć ten cholerny medal!". I... chciałam przyspieszyć ale już nie byłam w stanie. Odłączyło mnie totalnie. Nie miałam kwasu w mięśniach, nie sapałam jak dziad, a mimo to nie mogłam. Żołądek nie chciał przyjąć kolejnego żelu. Ewentualnie wodę lub izotonik, ale i tak to nie wystarczało. Dopiero gdzieś na 19 km zaczęłam ostatnie podrygi, i udało się przyspieszyć. Na rogu Matejki/Grunwaldzka stała mama. Gardło mi się zacisnęło i poleciałam. Na całej długości stref startowych były rozstawione głośniki. Będąc jakieś 600-700 metrów od mety słyszałam komentatora, który nadzierał się do osób będących przy samej mecie "Jeszcze tylko 200 metrów! Ostatnie 200 metrów!". A ja wtedy myślałam "Jakie kurwa 200 metrów?! Od kilometra pierdolisz że tylko 200!". Gdzieś tam pod koniec tempo 4:23 min/km, coraz bardziej zaciśnięte gardło, i wielka pustka. Wbiegłam na metę i nie wiedziałam co dalej. Nadal nie wiem co dalej. Pisząc ten tekst płakałam, bo uważam że to jest ten bieg za który nie zasługuję na medal. Niby fajnie bo przecież dotarłam do mety, wygrałam z głupimi myślami na trasie i pogodą, znowu złamałam 2 godziny... Ale cztery miesiące treningów poszły w pizdu. Nie zawinił tu brak treningów, nie sprawdzone żele (bo zawsze mam te same), pogoda i cholera wie co jeszcze. Nie na każdym biegu zrobimy życiówkę. Nie jesteśmy robotami. Jednak nie potrafię wyjaśnić tego co się stało w niedzielę. Chociaż nie wiem czy jest sens się tłumaczyć. Tym razem nie wyszło. Po prostu.

Dziękuję Paulinie za to że chciało jej się wstać o jakiejś poronionej godzinie żeby mi towarzyszyć na starcie, czekać ponad 2 godziny na moje zwłoki, robić mi zdjęcia, pełnić funkcję mobilnego depozytu, i za ciastka. Gdybym tylko mogła to pojechałabym z Tobą do Warszawy i zrobiła to samo na Orlenie. Ale jak nie ten bieg to inny.
Niby się uśmiecham, ale wiadomo... Trzeba poudawać żeby nie wyglądać jak przychlast na zdjęciu. Chociażby jak na tym z mety:
(fot. Piotr Job)
Podsumowanie:
- czas netto: 01:59:01
- miejsce w kategorii wiekowej: 395
- miejsce w kategorii OPEN kobiet: 1001
- skurcze/obtarcia/pęcherze/kolki: brak
- inne uszkodzenie: utrata dwóch paznokci
Sprzęcior:
- New Balance Minimus Zero
- portki Decathlon
- koszulka BBMLW
- opaski kompresyjne Zero Point
- 3x żele Nutrend cola z kofeiną (ale zeżarte 2)

Uwagi dla organizatora:
Na plus:
- sprawny odbiór pakietu (bez kolejki)
- sama zawartość też spoko (najlepsza koszulka techniczna z pakietu jaką do tej pory dostałam, worek jakościowo też świetny)
- dobrze oznaczone strefy startowe
- długie strefy z prowiantem
- sprawne wydawanie medali na mecie i brak "korków"
- nie czekałam długo na piwo i makaron po biegu
- aplikacja z możliwością śledzenia zawodników
- wolontariusze - bez nich by nic nie wypaliło, i z całego serducha im dziękuję, bo mi było zimno jak biegłam, a co oni mają powiedzieć?
Na minus:
- problemy ze znalezieniem pacemakerów
- start falowy trochę nie wypalił (przydał by się większy odstęp czasowy)
- za wąsko na starcie + 2 zakręty znacznie spowolniły i wybiły z rytmu (lepszym rozwiązaniem było by puszczenie nas w drugą stronę -> więcej czasu na rozciągnięcie tego tłumu)
- dla niektórych pierdoła, ale dla mnie istotna: nie było Rydwanów Ognia! A jeśli były to słyszała je tylko czołówka. To daje mega klimat na maratonie, i wtedy czuć że jest to biegowe święto. Tym razem kicha...
- przy tak paskudnej pogodzie folie NRC powinni dawać od razu po przekroczeniu mety. Najpierw musiałam przejść przez strefę z żarciem (szkoda że nie pomyślano o namiotach czy czymś takim żeby nie zalewało tych owoców i czekolady deszczówką), dostać medal i dopiero wtedy wręczano mi folię. Zdążyłam już ze trzy razy zamarznąć.
- brakowało zespołów na trasie. Ze względu na deszcz pewnie nikt by nie grał, ale sam fakt że nawet ich nie planowano...
Gdzieś tam słyszałam że chcą w przyszłym roku zwiększyć limit do 15 000. Spoko, ale wtedy musicie nas puścić pasem startowym na Ławicy, bo niestety poznańskie ulice nie pomieszczą tylu ludzi. Zwłaszcza jeśli trasa pozostanie bez zmian i znowu wpadniemy w zakręt na Roosevelta oraz Moście Dworcowym. 

Przede mną kolejne starty: 10 km w Wągrowcu, Wings For Life i Maraton w Krakowie. Znowu są plany i nadzieje, że może teraz się uda. 
Albo nie. Uda się. Na pewno.

4 komentarze:

  1. oj Marta Marta. pisałem to już w wielu różnych miejscach, ale napiszę i tu - zrobiłaś super czas (pomyśl, co było rok temu) a marudzisz. To najlepszy dowód na to, że kobiecie to nawet kobieta nie dogodzi (ta sama zresztą;)) tymczasem, u mnie na blogu też jest już relacja - znowu byłaś pierwsza (jak na niedzielnym biegu) ale za to ja pisałem dłużej (jak na niedzielnym biegu) i mam więcej zdjęć (JAK NA NIEDZIELNYM BIEGU). Matko, ten bieg był zupełnie jak życie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czas z zeszłego roku dupy nie urywa, ale po drodze był Kraków... Gdybym chociaż ten wyrównała, a tu takie dno :/ Pisałeś dłużej ale lepiej niż ja :P

      Usuń
  2. Fakt, pogoda nie dopisała, mój czas też nie był najlepszy, ale i tak widzę, to w samych plusach, że wystartowałam w 9 pko poznam połmaraton.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rafał Głowiak26 kwietnia 2016 06:28

    Pogoda idealna była, ja się modliłem o deszcz, trasa bardzo płaska, zero wiatru, po biegu bez scisku. Idealna trasa na życiówkę. W porównaniu z polowką, która była w Warszawie to tu były warunki idealne. Ja w Poznaniu nie widziałem żadnego podbiegu tak wielki na 19 km, 400m ściana, bardzo silny wiatr a na mecie taki ścisk, że myślałem, że zemdleje. W Poznaniu jedyny minus to kolejki w depozycie

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz!

Jednak proszę o nie zamieszczanie linków reklamujących swojego bloga/konkurs i innych tego typu stron. Jeśli zainteresuje mnie Twój blog to na pewno go odwiedzę. Inaczej takie komentarze będą traktowane jako SPAM i zostaną usunięte.