17 maja 2016

15. Cracovia Maraton

Nie wiem od czego mam zacząć, bo od niedzieli mam milion myśli w głowie, i nie potrafię zebrać tego w całość. Dlatego ten post może być trochę chaotyczny. 
Do Krakowa pojechałam po życiówkę. Chciałam w końcu złamać 4 godziny. W sobotę zapakowałam się w pociąg razem z Moniką z grupy Kobiety Biegają. Po niecałych sześciu godzinach byłyśmy na miejscu. Najpierw zrobiłyśmy szybkie zakupy, a następnie udałyśmy się do biura zawodów, zahaczając o rynek. Tam czekała już na nas brama start/meta. 
Odbiór pakietu poszedł bardzo sprawnie chociaż kręciło się tam sporo osób. Zawartość sympatyczna: numer startowy, koszulka, galaretki, wafelek, trochę ulotek i worek. Po obejściu expo poszłyśmy na Pasta Party. Do wyboru był makaron z sosem bolońskim lub lazania warzywna. I tu duży plus za makaron -  był dobrze zrobiony, i nie przypominał rozgotowanej papki. Mogliśmy też skorzystać z darmowej kawy, herbaty lub wody. Moja porcja była spora, i później ledwo zjadłam kolację. Najedzone rozeszłyśmy się do swoich "noclegowni". Ja na halę, a Monika do hostelu. Trafiłam na salkę do judo, więc nie spałam na twardych dechach jak było w Tauron Arenie, tylko na miękkich matach. Ludzi było sporo, ale nie na tyle że był problem z dostaniem się do toalety.
Pobudkę miałam już o 5:00. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam ledwo widoczny budynek AGH - cały we mgle. Próbowałam jeszcze zasnąć na godzinę, ale nie byłam w stanie. Powoli zaczęłam szykować rzeczy, pakować się, i wlewać w siebie buraczane "EPO". Wyszłam około 7:45 tak żeby zdążyć na 8:20 na grupowe zdjęcie wkurw_team. Dotarłam na czas, ale oni stali z jednej strony pomnika Mickiewicza, ja z drugiej, nie widziałam ich, także sierota level pro. Znalazłam tylko kilku niedobitków, w tym Wu, więc z nim zrobiono mi zdjęcie :D 
Postawiłam wszystko na jedną kartę - stanęłam przy balonach na 4:00, i co będzie to będzie. Pomimo tego że startowało ponad 6000 osób to do linii startu dokulałam się po 5-6 minutach. Od samego początku ruch był płynny, nikt nikomu nie blokował ani zabiegał drogi, i nie musiałam bawić się w interwały. Nie pamiętam już na którym to było kilometrze, ale nagle usłyszałam "cześć". Spojrzałam w bok, odpowiedziałam, i jeszcze przez chwilę nie łapałam kto to jest. W końcu do mnie dotarło że to "znajomy" z instagrama Rafał. Biegłam z nim do 20 km, i do tego czasu utrzymywałam tempo tak na poniżej 4:00. Później zaczęłam zdychać, i nie chciałam już spowalniać Rafała, który i tak postanowił przyspieszyć. Od tego momentu zaczęła się lekka umieralnia. Czułam się jakby to był mój pierwszy maraton. Nogi zaczęły robić się coraz sztywniejsze i cięższe, a nie ułatwiała tego myśl, że przede mną jeszcze jedno okrążenie. Mimo to rozpoczęłam je z uśmiechem na paszczy co uchwycono na zdjęciu (tzn. tak mi się wydaje że to uśmiech).
(fot. Olga Neumann Fotografia)
Na drugiej pętli, na Błoniach, zerwał się tak silny wiatr, że myślałam że stoję w miejscu a nie biegnę. To samo było na Bulwarach wzdłuż Wisły. Wszystko zaczęło mi przeszkadzać, nawet kibice. Nie mogłam już słuchać tego walenia w bębny i gary. Chciało mi się płakać. Najpierw powtarzałam sobie że dam radę, i udawało mi się przyspieszać, a 5 minut później znowu miałam serdecznie dość. Jednak był na trasie jeden punkt, który zapadł mi w pamięć. Na 10,5/30,5 km pod mostem rozstawił sprzęt chłopak, który najzwyczajniej w świecie napierdalał taką rąbankę, że nagle dostawałam mega kopa i byłam w stanie wbiec na ten cholerny most. Zresztą punktów kibica było mnóstwo - średnio co około 1,5 km, więc ciągle coś się działo, i ktoś krzyczał. Było na prawdę niewiele miejsc "bezludnych". Na krótkim podbiegu przed 30 km pojawił się mężczyzna w stroju smoka! Jak go zobaczyłam to od razu się uśmiechnęłam i przybiłam z nim piątaka. Na całej trasie były dwa ciągnące się jak flaki z olejem fragmenty - Al. Pokoju aż do Tauron Areny, i Bulwary tak od 39 do 41 km. Tam każdy kilometr trwał wieczność. Po 40 km wyprzedziły mnie balony na 4:15. Wtedy spojrzałam na zegarek, ale coś mi się nie zgadzało, bo jeszcze był zapas kilku minut. Później wyprzedził mnie kolejny. Tu już ciśnienie mi się podniosło. Jak to?! Mam 4:15 nie złamać?! Przed pierwszym (z dwóch) podbiegiem przed metą wyprzedził mnie czwarty pacemaker. Jak przeklinałam... Już miałam wszystko gdzieś i bluzgi nie były tylko w mojej głowie, ale rzucałam nimi na lewo i prawo. Dogoniłam go. Został ostatni podbieg obok Wawelu na Podzamczu. Tam minęłam karetkę z której wystawały nogi biegacza podłączonego do kroplówki. Przycisnęłam ile tylko mogłam, bo już było mi wszystko jedno, czy padnę na twarz, nogi się pode mną ugną, albo na nie zwymiotuję. Nogi miałam sztywne, bolało mnie udo gdzieś w okolicy pasma, pod kolanami... Ale cały czas biegłam, i goniłam te cholerne baloniki. Na ul. Grodzkiej gdzieś na wysokości Kościoła śś. Piotra i Pawła je złapałam. Ledwo oddychałam, biegłam z zaciśniętym gardłem bo dławiłam łzy. Te ostatnie kilkaset metrów zapamiętam na długo, bo to był chyba mój najpiękniejszy finisz. W najpiękniejszym miejscu. W Krakowie na Rynku Głównym. Na całej długości ul. Grodzkiej wzdłuż barierek byli kibice. Takich tłumów na mecie nie widziałam nigdzie! W Poznaniu wbiegając na metę jest bardzo duży odstęp między biegaczami a kibicami. A tu zaledwie kilka metrów. Do mety biegło się wąskim korytarzem pełnym krzyczących do ciebie ludzi. Gdybym była w stanie to bym krzyczała z radości, ale nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa. Chyba pierwszy raz na metę wpadłam z uśmiechem. Zegarek pokazał 04:14:05 i jestem z tego cholernie dumna, bo to był pierwszy maraton który mnie bolał, a ja na prawdę dałam z siebie wszystko. Jak tylko się zatrzymałam to ledwo szłam. W zasadzie to szurałam nogami. Gdy wlokłam się w kierunku depozytu usłyszałam, że ktoś mnie woła. To znowu był Rafał. Siedział na ziemi pod barierką. Przybiegł 2 minuty przede mną (mijał mnie na podbiegu przed metą). Zwaliłam się na bruk obok niego i zdychaliśmy. Po kilku minutach dostałam skurcz w lewe udo nad kolanem. Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam co zrobić, bo nigdy nie miałam skurczy w trakcie czy po biegu. Wbijałam palce w mięśnie, uciskałam i czekałam aż samo przejdzie. Gdy podniosłam w końcu dupsko, bo robiło się zimno i wypadało iść do tego depozytu po rzeczy, to dostałam drugi skurcz - w drugą nogę, ale tym razem przywodziciel oberwał. Tego jeszcze nie było... Jakieś pięć minut po mnie przybiegła Monika - też zrobiła życiówkę ;) 
Udało mi się doczołgać do szatni. Tam rozwaliłam się prawie na całej ławce i gapiłam się na ten swój bajzel przez dobre kilka minut, bo nie wiedziałam za co mam się zabrać, i co ze sobą zrobić. W końcu się ogarnęłam, znalazłam Monikę i poszłyśmy coś zjeść. Ale nie obyło się bez problemów - pierwsze klika kroków po wstaniu z ławki, i od razu niebezpiecznie spięły mi się łydki. Gdybym ich w porę nie rozluźniła to dopadły by mnie skurcze w obie nogi. Szybkie rozciąganie i doczłapałyśmy do McDonalda. Nie jadłam tego fast fudowego żarcia ładnych kilka lat. Zamówiłam łódeczki ziemniaczane czy coś takiego, a kawałek dalej w Carrefour kupiłam piwo, które wypiłam na ławce na Plantach. Pociąg powrotny miałyśmy o 16:20, więc udałyśmy się na dworzec. W związku z tym że galeria była zamknięta to musiałyśmy znaleźć jakiś kibelek. Monika zatrzymała ochroniarza i usłyszałyśmy "idźcie prosto, później w prawo i do samego końca kas, a tam schodkami na dół". Zmierzył nas, spojrzały na dumnie dyndające na klacie medale, i dodał "niestety" :D Szkoda że w drodze powrotnej nie siedziałyśmy razem, ale miałyśmy różne wagony. Chociaż i tak miałam towarzystwo. Usiadł obok mnie Wojtek, lat 63 (ukończył maraton z czasem 3:30). Dopiero po kilku minutach zorientowaliśmy się że spaliśmy obok siebie na hali. Rozmawialiśmy oczywiście o bieganiu, więc do Częstochowy się nie nudziłam (tam Wojtek wysiadał). Później odcięłam się od otoczenia słuchawkami i próbowałam nie paść twarzą ze zmęczenia w siedzenie przede mną. W Poznaniu byłam około 23:00 i jak wpadłam do domu to pochłonęłam gar makaronu, sernik i tort. Chyba mi wystarczy na kolejne pół roku :D
Podsumowanie:
- czas netto: 04:14:05
- miejsce OPEN: 3625
- miejsce w kategorii K18: 114
- skurcze/obtarcia/pęcherze/inne: 2 skurcze
- inne uszkodzenia: brak
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- portki Decathlon
- koszulka BBMLW
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- 4 żele Nutrend smak pomelo i jagoda

Organizacja biegu:
Na plus:
- sprawny odbiór pakietu i fajna zawartość
- bezpłatny nocleg blisko startu (max 20 minut pieszo lub tramwaj)
- długie punkty odżywcze
- dobrze zorganizowana strefa startu i mety
- zaraz po biegu każdy otrzymywał najpierw: folię NRC, wodę, później izotonik, banan, a na końcu pakiet regeneracyjny w którym były paluszki, draże, galaretki, wafelek, Oshee - bardzo fajna rzecz, bo przynajmniej nie marnuje się jedzenie, nie stoi się w żadnej kolejce tylko wszystko dostaje do ręki
- sprawny odbiór i wydawanie rzeczy w depozycie
- smaczny makaron na Pasta Party
- świetna koszulka i piękny medal! - teraz jak przechodzę obok wieszaka ze zdobytym żelastwem i patrzę na tego Smoka to od razu się uśmiecham, i jednocześnie wzruszam (do malkontentów którzy uważają że to medal z biegu dla dzieci - gdy zawiesili wam go na szyi to sądzę, że mieliście w dupie to jak wygląda bo liczyło się to że dobiegliście i na 99,9% chwaliliście się nim wszędzie gdzie się da; uwaga dla organizatorów - za rok proszę o Baltazara Gąbkę lub Szpiega z Krainy Deszczowców - poważnie! Albo wielkiego precla :D Będę nie na 100 a 1000%)
Na minus:
- dziwne ustawienie toi toiów - na przeciwko siebie, pomiędzy odstęp może metra, było ciasno, ludzie się tłoczyli i gdyby się coś stało to byśmy utknęli... w gównach
- brak makaronu po biegu, ale to pewnie było spowodowane tym że dostaliśmy ten pakiet regeneracyjny, więc to jest tak pomiędzy + a -

Nie mogę też przekonać się do dwóch pętli. To ma swoje plusy, bo wiesz jak rozłożyć siły, co cię czeka po raz drugi itd., ale jednak trochę nudzi. Gdy byłam przy Tauron Arenie i pomyślałam że muszę się tam doczołgać drugi raz to zrobiło mi się słabo. 
Mimo to będę tam za rok, czyli 30 kwietnia 2017 - rezerwujcie sobie ten termin i przyjeżdżajcie do magicznego Krakowa w którym wszystko jest możliwe!
Jeszcze raz dziękuję Rafałowi za holowanie przez kilka kilometrów, Monice za miłe towarzystwo, wolontariuszom za kawał dobrej roboty, organizatorom i tym którzy trzymali za mnie kciuki (Monika B. to do Ciebie za ten post na grupie że razem z Moniką biegniemy po marzenia. Lepiej tego ująć nie mogłaś ;)

2 komentarze:

Dziękuję za każdy komentarz!

Jednak proszę o nie zamieszczanie linków reklamujących swojego bloga/konkurs i innych tego typu stron. Jeśli zainteresuje mnie Twój blog to na pewno go odwiedzę. Inaczej takie komentarze będą traktowane jako SPAM i zostaną usunięte.