22 czerwca 2016

Zielonka Challenge

Na genialny pomysł biegania ultra wpadłam po przekroczeniu mety pierwszego maratonu. Od tamtego dnia mój mózg doznał solidnego złamania. Za mną dwa "mikro" dystanse, więc przyszła pora na coś konkretnego. Chciałam aby ten start wypadł jeszcze przed Chudym Wawrzyńcem. Rok temu biegłam w Zielonka Ultramaraton. Jednak w tym roku biegu nie zorganizowano. Zostało mi do wyboru Rykowisko na dystansie 100 km lub Ultra147 ze Szczecina do Kołobrzegu (można było wystartować z późniejszych odcinków trasy). Z nieba spadł mi Krzysztof Pilarski, bo idealnie w połowie czerwca ogarnął właśnie Zielonka Challenge na trzech dystansach: +21, +45 i +75 km. Termin idealny więc się zapisałam. 
Przygotowania przebiegały w miarę bez zakłóceń. Jako długie wybieganie przed startem potraktowałam maraton w Krakowie. I bardzo dobrze że tak zrobiłam, bo pojawiły się problemy ze stopą. Wystarczyło 5-6 km i pojawiał się ból przy kostce. Telefon do znajomego fizjo, ogarnięcie i już ok. Kilometraż nie był duży dlatego nie wiem jak to się mogło przyplątać. Ostatni 30-minutowy trening zrobiłam na 3 dni przed startem. Wtedy już po 5 minutach bolało, więc zapowiadała się męczarnia. Jeszcze dzień wcześniej jechałam do Decathlonu po bukłak, bo mój okazał się dziurawy i nie dało się nic z tym zrobić. Oczywiście 100% blondynki. Dwie etykiety z ceną 39,99 zł za bukłak 2-litrowy. Obejrzałam i wzięłam jeden z tyłu, taki wiecie, nie macany. Przy kasie 29,99 zł ale nie zainteresowało mnie to, bo ostatnio jak pojechałam po kurtkę to zapłaciłam 19,99 zł chociaż widniała cena 39,99 zł. W domu go odpakowałam i okazało się że wzięłam litrowy. No nic. Musiał mi wystarczyć. Upchałam wszystko w kamizelkę, naszykowałam ciuchy i do spania. Wstałam około 5:00 i nareszcie zjadłam swoje ulubione śniadanie przed biegowe, czyli bułka z dżemem. Do tego pół litra soku z buraków i byłam gotowa do biegu. Na miejsce zawiózł mnie dziadek, bo musiałam jeszcze odebrać pakiet (numer, chip, czapeczka z daszkiem, woda, izotonik, bon do sklepu 361sport). Ogarnęłam bajzel i poszłam na miejsce startu, a tam... pusto. Było po godzinie 7:00, a tu nie rozłożone maty pomiarowe, brak toi toiów (skandal! Jak może nie być zielonej budki na starcie to ja nie wiem...). Nie było nic. O 7:30 miała być odprawa, a zaczęła się o 7:50 przez co start opóźnił się o jakieś 2-3 minuty. 
Początek biegu był spokojny. Nie świeciło słońce, do tego przyjemny chłód i nawet noga mi nie dokuczała. Coś tam zaczęło drażnić na 3 km, ale nie zwróciłam na to uwagi. Pierwsze kilometry to była końcówka Zielonki z zeszłego roku. Biegłam i uśmiechałam się jak debil, bo przypominałam sobie jak tu zdychałam, a wtedy zaserwowano nam na deser Dziewiczą Górę. Tym razem była na początku (i całe szczęście!). Wczołgałam się na górę i zadowolona zaczęłam frunąć w dół. 
 (Źródło: Fotografia Ewa Hermann)
Gdzieś na 10 km dołączył do mnie Paweł i biegliśmy razem do pierwszego punktu. Na początku pomyślałam, że trafiłam na złe towarzystwo, bo facet po Biegu Rzeźnika, na zegarku tempo 6:17 min/km... No przecież umrę mu tu zaraz jak on chce takie tempo utrzymać. Na 15 km miał być pierwszy punkt, a tu zonk. Przeniesiono go prawie na 17 km. Zwolniliśmy i do 31 km biegliśmy większą grupką. Przeklinałam ile wlezie, bo punkt miał być na 27 km, a tu 4 km różnicy. Do rozejścia tras biegłam sama. Wtedy pojawił się pierwszy kryzys jak i konkretny ból przy kolanie. Odpaliłam internet w telefonie, przeczytałam te kilka komentarzy, które pojawiły się pod moim wpisem, i zaczęłam płakać. Bo jak? Mam się poddać? Oni trzymają za mnie kciuki! Na rozejściu dogoniłam Pawła, który wcześniej dał mi żel przeciwbólowy. Od tego momentu aż do mety pełzaliśmy razem. Jemu zaczęło też dokuczać kolano, więc nie było problemu z trzymaniem tempa. Kolejny punkt miał być na 43 km, ale znowu przesunięcie na 45. Tak samo kolejny. W Dąbrówce Kościelnej mieliśmy problem z oznaczeniem trasy, bo trafiliśmy na skrzyżowanie, i nikt nie wiedział co dalej. Na poboczu siedział jeden z biegaczy, i też miał problem z trasą. Zadecydowaliśmy że biegniemy prosto i to był dobry wybór. W Niedźwiedzinach zastałam takie widoki:
Przez chwilę nie myślałam o nodze, i o tym że marzę, żeby ktoś mi ją upierdolił w połowie uda, bo zaraz zdechnę. Gdy dobiegliśmy do punktu na 55 km to cieszyliśmy się jak głupki, bo minęliśmy tablicę o Puszczy z początku biegu, a to znaczy że do mety było "niewiele". Były momenty gdzie zostawiałam Pawła i całą resztę (cały czas wyprzedzaliśmy się na trasie jeszcze z trzema biegaczami), i "biegłam" sama, bo chciałam już to skończyć. Przy Jeziorze Miejskim noga dała mi ostro popalić. Czekało mnie prawie pionowe podejście. Wtoczenie się na górę zajęło mi wieki, bo każdy krok sprawiał gigantyczny ból. Jak już udało mi się tam wleźć to zaczęłam wyć. Miałam dość wszystkiego. Byłam zła że akurat teraz, dzisiaj ta pieprzona noga musiała zacząć boleć, bo pewnie już dawno byłabym na mecie, a tu jeszcze 15 kilometrów. Sprawdziłam godzinę, zacisnęłam zęby i ruszyłam dalej. Chciałam po prostu zdążyć na pociąg powrotny o normalnej porze. Jakoś na 60 km zatrzymała się para na rowerach, zaczęli klaskać, dopingować, i powiedzieli że oznaczenia na drzewach się nie zgadzają, bo trasa jest krótsza. Nawet nie wiecie jak mi ulżyło... W tamtej chwili nawet pół kilometra robiło mi różnicę. Na punkcie na 63 km uzupełniłam bukłak, napiłam się izotonika, i gdy chciałam biec dalej to zobaczyłam Pawła. Poczekałam na niego. Znacznie zwolniliśmy, bo kolano nie dawało mu spokoju. W pewnym momencie zaczęłam go motywować i powtarzać, że jak wysiądziemy z pociągu to pójdziemy do Piotra i Pawła po zimne piwo. Zadziałało. Jednak gdy wyszliśmy na drogę asfaltową to znowu marsz. Ostatnie 4 km przeszliśmy. Na 69 km padła mi bateria w zegarku, więc odpaliłam endomondo. Przynajmniej mogliśmy sprawdzić na mapie gdzie jesteśmy i jak daleko jest do mety. Z mapy zamieszczonej przez organizatora wynikało, że koniec naszej mordęgi jest pomiędzy małymi bajorami. Gdy do nich doczłapaliśmy, trasa zakręciła. Krzyknęłam do Pawła że skręcamy, a wtedy usłyszałam "Jak kurwa skręcamy? Miało być prosto! Mam dość! Chcę już to piwo!". I pobiegł. Poniekąd nie miałam wyjścia i zaczęłam za nim kuśtykać. Jak zobaczyłam majaczące chorągiewki to sama zaczęłam się wydzierać "O ja pierdole. Koniec? To jest meta?"
Osoby z cateringu były tak miłe, że nam przyniosły jedzenie do stołu żebyśmy nie chodzili, a dla Pawła wygrzebały kawałek (w zasadzie to cały bochen) chleba, który zobaczył przed startem i nie dawał mu spokoju. Udało się zdążyć na pociąg na styk. Na peronie spotkaliśmy Agnieszkę, która startowała na dystansie +21 km z kijkami. Nie obyło się bez żartów z naszego chodu. Jechaliśmy pociągiem Kolei Wielkopolskich, więc nie mieliśmy problemów z wejściem, bo nie było schodów. Ale te się zaczęły w Poznaniu, bo pociąg zatrzymał się na starym peronie, który jest znacznie obniżony w porównaniu do tych nowych. Zablokowałam wejście bo nie wiedziałam jak mam wysiąść. Jak już wypadłam na peron to pojawił się kolejny problem - musieliśmy zejść, a następnie wejść. Z zejściem nie było źle, ale przy wchodzeniu Agnieszka mi pomagała. Gdy zapłaciłam za piwo w Piotrze i Pawle, i odeszłam od kas to zatrzymał mnie ochroniarz. Zapytał czy dobrze się czuję. Trochę się zdziwiłam że ktoś zareagował, ale na prawdę musiałam tragicznie wyglądać: wlokłam nogę za sobą, na twarzy sól, i zdarta szyja od kamizelki. Usiedliśmy przed City Center przy fontannie i wypiliśmy zasłużony trunek. Chwilę pogadaliśmy, Agnieszka cofnęła się na peron bo jechała do Warszawy, Paweł poszedł do domu, a ja wtoczyłam się po schodach na przystanek.
Podsumowanie:
- czas: 10:43:41
- miejsce OPEN K: 4
- miejsce w kategorii wiekowej K1: 2
- skurcze/obtarcia/pęcherze/inne: ITBS
- inne uszkodzenia: brak
Sprzęcior:
- Asics Fuji Trainer 3
- portki Decathlon
- koszulka BBMLW
- opaski kompresyjne Zeropoint
- 3 żele Nutrend 75 g, jagoda
- 3 batony Zmiany Zmiany Petarda
- 2 shoty z buraka BeetIt (ale nie wypite)

Oprócz tego zjadłam kilka kawałków arbuza i pomarańczy na trzech punktach, wypiłam jakieś 4 litry izotonika DextroEnergy oraz ok. 3 litrów wody. 
Gdyby nie to cholerne kolano (ostatecznie okazało się że to ITBS) to czas byłby lepszy przynajmniej o godzinę, bo nie bolało mnie absolutnie nic, i nie odczuwałam żadnego zmęczenia. Zdaję sobie sprawę z tego że bieg z tym cholerstwem nie był rozsądny, ale wiem co to znaczy zejść z trasy. "Biegnąc" nawet nie podejrzewałam że to akurat pasmo. Uznałam że jeśli mogę nawet chodzić to nie ma potrzeby rezygnacji, i zrobiłam to na własną odpowiedzialność. A jeśli uważacie że to idiotyzm to proponuję poczytać np. "Jedz i biegaj" Scotta Jurka. Moje kolano to nic. Zresztą każdym startem udowadniam coś sobie, a nie innym, i jestem dumna że dotarłam do mety chociaż teraz ledwo chodzę. 
Organizacja biegu:
Minusem jest brak przygotowania startu na czas, i niezbyt dobrze oznakowana trasa. Były momenty zwątpienia, gdzie biec dalej. Ostatecznie udało nam się nie zgubić, ale ten element jest do poprawy w przyszłym roku. Brakowało mi jeszcze czegoś słonego do jedzenia na punktach. Co prawda była sól himalajska, ale wiadomo... Lepiej czasem zjeść krakersa, bo od słodkiego robiło się w pewnym momencie niedobrze. W związku z tym że mało kobiet zdecydowało się na najdłuższy dystans, udało mi się po raz pierwszy (i pewnie ostatni) stanąć na pudle. Tzn. nie stałam na nim bo w momencie dekoracji byłam jeszcze na trasie przez co nie otrzymałam nagrody. Zajrzałam do regulaminu i jest tam taka wzmianka:
Nagrody będą przyznane jedynie tym zawodnikom, którzy po pokonaniu trasy stawią się na dekorację zwycięzców. W przypadku ich nieobecności nagrody zostaną przekazane zawodnikom z kolejnych, dalszych miejsc.
Kobieta która przybiegła za mną również się załapała (po nas nie było już nikogo, więc nie było komu przekazać nagród), ale wygląda na to że nie dostaniemy nic bo biegłyśmy (fanty i tak otrzymywała pierwsza osoba, a reszta pamiątkowe dyplomy i takie jakby... tabliczki). Napisałam do organizatora czy mimo to jest szansa, że ten dyplom dostanę, ale na razie czekam na odpowiedź. Jeśli odmówi to będzie mi cholernie przykro. Czas mam jaki mam, dupy nie urywa, ale ukończyłam, i zajęłam to drugie miejsce czy to się komuś podoba, czy nie.

Nie wiem czy wystartuję za rok. Mam nadzieję że Zielonka Ultramaraton wystartuje po raz drugi, bo chyba chciałabym zmierzyć się z Dziewiczą Górą na końcu trasy ;) 

1 komentarz:

  1. w sumie to nie napisałaś, jaki dystans biegłaś, ale wywnioskowałem to drogą dedukcji :) Gratuluję - mimo kontuzji i tego, że chyba szarpnęłaś się mimo wszystko na zbyt długi dystans to i tak wielkie osiągnięcie. No i to 4 miejsce w kategorii open kobiet !
    Ja tym czasem wybieram się na trening, myślę, że te 5 kilometrów powinienem dać radę :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz!

Jednak proszę o nie zamieszczanie linków reklamujących swojego bloga/konkurs i innych tego typu stron. Jeśli zainteresuje mnie Twój blog to na pewno go odwiedzę. Inaczej takie komentarze będą traktowane jako SPAM i zostaną usunięte.