13 października 2016

17. Poznań Maraton

Nie przygotowywałam się zbytnio do tego startu ze względu na ITBS którego dorobiłam się w połowie czerwca. Biegałam bardzo rzadko - dwa, trzy razy w tygodniu, czasem zdarzało się że cztery, ale nie były to długie dystanse. Za siłę biegową zabrałam się na jakieś półtora miesiąca przed startem, i zrobiłam aż jedno wybieganie. Mimo to ustawiłam się przy pacemakerach na 4:00 licząc na cud. W sobotę dość późno wróciłam do domu, ponieważ byłam w knajpie ze znajomymi z pracy. Myślałam że się nie wyśpię, a zerwałam się z łóżka o 6:00. Przestawiłam zegarek, ale nie mogłam już zasnąć, więc wstałam. Wyjrzałam za okno a tam deszcz. Cudownie... zapowiadała się powtórka z półmaratonu, i bieg w przemoczonych ubraniach. Całe szczęście wypogodziło się. Wyszłam z domu o 8:30, i ze spokojem dotarłam na miejsce (mam całe 800-900 metrów). Jednak do strefy wpadłam na jakieś 3 minuty przed 9:00. Znalazłam Jaśka i rozpoczęło się odliczanie. 6, 5, 4, 3, 2, 1... i przy "Rydwanach ognia" ruszyliśmy! Już na 2 km przeszło mi przez myśl że nie dam rady utrzymać tego tempa. Sprawdzałam co dzieje się na ekranie zegarka a tam 5:38, 5:34, 5:31 min/km. Yhm, chyba Jaśka poniosło. Mimo to zamiast zwolnić, twardo się go trzymałam. Tzn. próbowałam, bo coraz więcej ludzi mnie wyprzedzało, a niektórzy robili to w taki sposób że miałam ochotę zdzielić ich w łeb (pozdrowienia dla pani w oczojebnej, zielonej koszulce, która biegła z łokciami rozstawionymi na całą szerokość chodnika, wszystkich trącała, i ogólnie zachowywała się tak jakby była tam sama). I tak zleciało mi 17 km - na gonieniu króliczka. Później zaczęły się schody, a właściwie to podbieg, którego rok temu zupełnie nie odczułam. Tym razem odniosłam wrażenie że aż do 24 km było w górę, i w górę, i jeszcze, na Giewont. Chyba nigdy nie użyłam tylu przekleństw podczas biegu. Na 23 km znowu zaczął padać deszcz, i żeby bardziej dowalić - wmordewind. Zrobiło mi się zimno, chciałam przyspieszyć żeby po prostu się rozgrzać, ale w mięśniach był sam kwas. Nie miałam siły na nic. Gdy dotarłam na Maltę wyprzedził mnie ostatni zając na 4:00. Rozpoczęły się skomplikowane obliczenia, wyższa matematyka, czyli w jakim czasie się dokulam jeśli zwolnię. Trochę siły dodał mi puszczony przez głośniki doping kibiców nagrany dzień wcześniej na Expo (świetny pomysł!), ale na Wiankowej tempo zdechło, a reanimacja była nieskuteczna. I znowu odliczanie: biegnę już 2 godziny, jeszcze drugie tyle, jeszcze półtorej... Kurwa. 10 km do mety?! JA UMIERAM! Idę do domu, mam to w dupie. Będąc na 30 km znowu wrócił zeszły rok. Tam dopiero się rozkręcałam, przyspieszałam, a teraz totalna padaka. 
Na 32 km w końcu pojawiły się znajome twarze - Ania i Monika. Nie jestem w stanie opisać tego jak się ucieszyłam gdy je zobaczyłam. To teraz gnamy! Ale chyba coś nie wyszło. Na św. Wawrzyńca walczyłam, uklepywałam ten asfalt drobnymi krokami w tempie 6:50 min/km, aż na samej końcówce przeszłam do marszu. To był bardzo zły pomysł. Gdyby to było możliwe to kwas z mięśni wylałby mi się uszami. Jaki ból, jaki beton w udach... Jednak nie pozostało mi nic innego jak zacisnąć zęby, spiąć poślady i lecieć dalej. Na 36 km stał on - Łukasz, który obiecał mi nagie, męskie pośladki. Biegnę, macham rękoma, on do mnie, i tak machamy, ja krzyczę, pytam gdzie ten tyłek, a on zaczął biec obok, i też krzyczał, i rozpinał pasek od spodni, guzik, zamek, aż mi poświecił swoim pośladkiem! No taki doping to ja rozumiem. Nagle tyle mocy na mnie spłynęło, że zaczęłam przyspieszać. 
W końcu zaczęłam rejestrować co dzieje się wokół na trasie. Brakowało mi tlenu, nogi nadal ociężałe, ale biegłam, i nadal przeliczałam czy uda się zrobić życiówkę. Nie chciałam znowu pozwolić pacemakerom na 4:15 mnie wyprzedzić tak jak w Krakowie. I nie dałam się! Od Przybyszewskiego była petarda, a od skrzyżowania Matejki/Szylinga rakieta. Tempo po 5:10-4:40! Zapomniałam o nogach, o tym że boli mnie lewa kostka, rwie prawy przywodziciel, i że w zasadzie to nie wygląda jak bieg tylko dogorywanie Quasimodo, który przeskakuje z lewej nogi na prawą po rozżarzonych węglach. Miałam przed oczami tylko metę. Wbiegając na teren targów, na ostatnich 195 metrach uśmiechałam się. Pomimo bólu miałam uśmiech na paszczy, i miałam totalnie w dupie to, że nie udało mi się utrzymać tempa na 3:59. Dobiegłam do tej cholernej mety pokonując kryzys który ciągnął się przez 10 km. 
Posumowanie:
- czas netto: 4:11:37
- miejsce OPEN K: 424
- miejsce K18: 108
- skurcze/obtarcia/pęcherze/inne: brak
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- koszulka BBMLW
- portki Decathlon
- 3 żele Nutrend jagoda, pomelo
- 1 żel ALE cola z kofeiną
- 1 szot z buraka BeetIt

Organizacja:
Wszystko perfekcyjnie ogarnięte. Szybki odbiór pakietu, długie punkty żarciowo-nawadniające, fajny pakiet startowy (koszulka jest c-u-d-o-w-n-a!), i w ogóle och, ach. Nie mam tylko pojęcia jak działały depozyty i jak smakował makaron, bo z tego nie korzystałam. Nie wiesz gdzie wystartować w przyszłym roku? To oczywiste że w Poznaniu ;) Tu wszystko jest zapięte na ostatni guzik, i nie ma mowy o żadnym fopaaa.

2 komentarze:

  1. cały czas nie mogę wyjść z podziwu gdy kończysz kolejne maratony.. ja tym czasem przytyłem ostatnio 8 kilo. Mów mi pączek ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie mogę się sobie nadziwić, że chce mi się tyle kilometrów przebierać nogami :D Haha no nie gadaj że aż tyle! Na półmaraton w Poznaniu ma być forma ;p

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz!

Jednak proszę o nie zamieszczanie linków reklamujących swojego bloga/konkurs i innych tego typu stron. Jeśli zainteresuje mnie Twój blog to na pewno go odwiedzę. Inaczej takie komentarze będą traktowane jako SPAM i zostaną usunięte.