3 kwietnia 2017

44. Maraton Dębno

Powinnam zacząć od wpisu na temat 10. PKO Poznań Półmaratonu, ale wczoraj biegłam w Dębnie, i ten start o wiele bardziej zasługuje na pierwszeństwo.
Zacznę od tego, że w czwartek postanowiłam zrobić ostatni, lekki trening czyli 40 minut na bieżni a następnie trening funkcjonalny. Po 20 minutach biegu pojawił się niewielki ból w okolicy prawego kolana, który z każdą sekundą coraz bardziej doskwierał. Zakończyłam na 24 minucie, bo już wiedziałam co się stało: wysiadło mi drugie pasmo biodrowo-piszczelowe. Pięknie... na 3 dni przed startem. Zadzwoniłam do dziadków i na drugi dzień byłam u ortopedy. Liczyłam się z tym że zastrzyk może naruszyć co nieco i może się pogorszyć, ale nie miałam nic do stracenia. Dostałam jeszcze leki przeciwbólowe i tyle. Wróciłam do domu, na tyle na ile mogłam porozciągałam i do spania, bo w sobotę wyjeżdżałam.
Odbiór pakietu poszedł bardzo sprawnie. Dostałam odpowiedź na wszystkie swoje pytania, odesłano mnie do stanowiska wydającego skierowania na nocleg, i dokładnie wytłumaczono jak dojść na halę. 
(Było też małe Expo ale ominęłam szerokim łukiem żeby nie kupić czegoś bardzo "potrzebnego")
Dokulałam się na miejsce, rozpakowałam cały bajzel i wyruszyłam na Pasta Party, które zaczęło się o 17:00. Wizualnie klapa. Nałożono mi zlepek rozgotowanego makaronu który wyglądał jak wielka klucha. Całość ratował sos.
(Była też wersja bezmięsna)
Wróciłam na swój kawałek podłogi i przygotowałam sprzęcior na rano. Przy okazji poznałam Pana Jana który organizuje Cross Maraton Jana Kulbaczyńskiego po ziemi Kodeńskiej i Piszczackiej. W związku z tym że to jego bieg, to wiadomo że będzie zachwalał. Ale to na prawdę sympatyczny człowiek, i na pewno impreza wygląda tak jak opisuje, więc jeśli w okolicach marca macie wolny termin to polecam (klik). 
Pierwsze podrygi przedstartowe zarejestrowałam po godzinie 5:00 rano. Budzik nastawiłam na 7:30 więc trochę się wkurzyłam jak bladym świtem ludzie zaczęli się zrywać i powoli szykować. Od tego momentu mój "sen" wyglądał raczej jak czuwanie. Około 6:30 stwierdziłam że to nie ma sensu i zaczęłam czytać książkę. Większość wokół mnie była już ubrana, z numerami startowymi na klacie oraz spakowana (była 8:00 a start o 11:00), a ja nadal leżałam wbita w piżamę i śpiwór. Totalny luz i zero stresu przed biegiem. Jedyną moją myślą było "co ja tu do cholery robię", ale szybko o tym zapominałam przegryzając bułkę z dżemem i zalewając ją sokiem z buraka. Jakoś o 9:30 ruszyłam cztery litery do toalety, umyłam się, ubrałam, i coś tam zaczęłam pakować, a po 10:30 spacerkiem dotarłam do depozytu. Przed oddaniem rzeczy wolontariusz zapytał czy na pewno wszystko mam, i dopiero wtedy zabrał ode mnie walizkę. Teraz już nie było odwrotu i ruszyłam za tłumem w stronę startu. Tam małe zdziwienie, bo nie mogłam dostać się do swojej strefy (tzn. stref nie było, ale uznałam że podział jest na podstawie pacemakerów) z boku, tak jak jest na większości biegów, tylko wchodziłam przodem przepychając się między elitą. Najadłam się stresu, bo do startu zostały 3 minuty, a zegarek nie chciał znaleźć sygnału GPS. Jednak idealnie zsynchronizował się ze strzałem startera. Gdy usłyszeliśmy hasło "start" na tarczy pojawiła się informacja że jest sygnał. Odetchnęłam i mogłam ruszyć. Postanowiłam trzymać się zająca na 4:15 bo w planach nie miałam ataku na życiówkę. To miał być rekreacyjny, bezstresowy bieg. Bałam się pętli, bo nie przepadam za takimi trasami. Tutaj cztery razy wracałam na ten sam punkt odżywczy co było dość denerwujące, ale całość minęła zaskakująco szybko. Około 7 kilometra zagadał do mnie jeden z uczestników i biegliśmy razem jakieś 15 kilometrów. Niestety nie zapamiętałam numeru startowego żeby go odnaleźć na twarzoksiążce, ale zaprosił mnie do swojej winnicy w Toskanii, którą kupi za jakieś 10 lat jak będzie obrzydliwie bogaty. Poczekam na zdjęcia z fotomaratonu, znajdę go i odezwę za te 10 lat :D Bieg ulicami Dębna był niezapomniany. Cały czas stały tłumy! Gdy przebiegaliśmy przez wsie to tam także był doping. Starsza pani waliła w bęben, strażacy odpalali syreny... coś cudownego! Pierwszy problem pojawił się około 27 kilometra kiedy konkretnie mnie zakuło w bok kolana. Musiałam się zatrzymać i przejść do krótkiego marszu. Pomogło i ruszyłam dalej. Niestety od 35 kilometra było coraz gorzej i zaczęłam odliczać ile mi jeszcze zostało, ile to zajmie, byle zająć czymś głowę. Na 36 kilometrze pojawił się płacz. To był mój sposób na ból czyli uwolnienie enkefalin. Jakiś kilometr dalej minęłam kobietę, która widząc moją koszulkę krzyknęła "Dalej! Biegnij jak cię to wkurwia!". Zaśmiałam się i odpowiedziałam że teraz to mnie wszystko wkurwia. Poczłapałam dalej i cały czas płakałam. Jakoś przed 42 kilometrem minęłam większą grupkę, która widząc moje skrzywienie i łzy, zaczęła głośno dopingować i krzyczeć jaką mam piękną opaskę. Kawałek dalej wyskoczył mężczyzna krzyczący do mnie Marianna (albo Marita, już nie pamiętam). Ostatnie 200-300 metrów to było ogromne wsparcie ze strony mieszkańców. Ja nadal zaryczana, zasmarkana i skrzywiona kuśtykałam do mety, a oni krzyczeli i pomagali jak mogli. W pewnym momencie nie wiedziałam czy płaczę z bólu, czy wzruszam się że tyle osób mnie otacza, i jest tam dla nas. We wszystkich biegach w których brałam udział meta była oddzielona barierkami (Poznań w tej kwestii rządzi, wokół ciebie jest dywan, długo nic, echo, barierki, i dopiero ludzie), a tutaj jak na wyścigach kolarskich - wąski korytarz, szerokość może metr, i tłum! Nikt nie wchodził tobie pod nogi i na trasę. Jeśli chodzi o nagromadzenie emocji na mecie to nie wiem czy tu nie było ich więcej niż w Krakowie. Nie chciałam żeby ten bieg się kończył, bo było rewelacyjnie, ale ze względu na ból marzyłam o mecie. Nie wiem jakim cudem to się udało, ale pomimo ITBS dotarłam w 4:25:11. Zero zmęczenia, nic mnie nie bolało. Zupełnie jakbym nie przebiegła maratonu, a może z 10 kilometrów. Gdyby nie ten ITBS... Ale co zrobić. Zdarza się pomimo wizyt u fizjoterapeuty i ćwiczeń. Planowałam dobiec jakieś 10 minut szybciej żeby w miarę spokojnie się ogarnąć i zdążyć na autobus odwożący do Kostrzyna, ale ze względu na obsuwę musiałam się streszczać. Ekspresowe ogarnięcie, przebranie, i tak szybko jak mogłam (he he... tiptopami po jednym stopniu jak stara babcia) wbiłam do busa. A że zostało mi jakieś 6 minut to zabrałam numer startowy i "poszłam" po piwo, bo kolejki do makaronu były o wiele dłuższe. Podeszłam do panów stojących na początku, i zapytałam czy mogę bezczelnie się wepchnąć, bo zaraz odjeżdża mi autobus a mnie bardzo suszy. Przepuścili mnie (dziękuję raz jeszcze), wzięłam złoty trunek, wróciłam pod bus, szybko wypiłam i w drogę. 
Pomimo bólu będę dobrze wspominać ten start. Z góry założyłam że będzie tak sobie, ale całość zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Organizacja jest na bardzo wysokim poziomie, i sam bieg w takim małym mieście, przy niewielkiej ilości uczestników (ok. 2100 osób) ma swój klimat. Cieszę się że tu przyjechałam, bo bardzo mi się podobało, i na pewno wrócę za rok (pomimo niezbyt oszałamiającego makaronu, ale to mały szczegół).
Sprawy "techniczne"
Dojazd:
Z Poznania do Kostrzyna nad Odrą jest bezpośrednie połączenie PKP (ale więcej jest tych z przesiadkami). Natomiast z Kostrzyna organizator zapewnia bezpłatny autobus, który zawiezie nas pod samo biuro zawodów. Transport jest przeddzień zawodów jak i po. 
Nocleg:
Można skorzystać z bezpłatnego noclegu na hali (do wyboru przy starcie lub mecie). 
Pakiet:
Wiele osób narzekało na cenę (140 zł), i że gdyby nie korona to pewnie nikt by tam nie przyjechał. Jednak po tym co zobaczyłam to nie dziwię się że koszty były takie a nie inne, ponieważ pakiet zawierał:
- koszulkę techniczną New Balance
- medal
- kubek (do wyboru 2 wzory)
- ręcznik (do wyboru 5 kolorów)
- piwo
- numer startowy
- żel energetyczny
- kupon na Pasta Party, posiłek po biegu oraz piwo
oraz zabezpieczenie trasy, jedzenie na punktach itd., czyli całą tę otoczkę o której zawsze zapominamy, bo liczy się to co dostaniemy do ręki. Mimo to uważam, że przydałby się pakiet bez tych wszystkich pierdół typu koszulka, kubek... Koszulek mam tyle że powoli się nie mieszczą w szafie.
Trasa:
Jeśli chcecie robić życiówkę to tylko tu. Jedyny "podbieg" jaki zarejestrowałam jest przed 14 km w Dargomyślu. Ale jeśli mnie nie bolało, nie paliło i nie wkurzało to znaczy że jest płasko, i można cisnąć do porzygu.
Podsumowanie:
- czas netto: 4:25:11
- miejsce OPEN: 1573
- miejsce w kategorii K20: 37
- skurcze/obtarcia/pęcherze: brak
- inne: ITBS
Mój sprzęcior:
- buty Asics Hyper Speed 5
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- majciochy Kalenji
- koszulka BBMLW (klik)
- 3 żele ALE cola z kofeiną

Ze względu na kontuzję (rozwalone oba pasma to jest pech, chociaż pech to mało powiedziane) musiałam zrezygnować ze startu, który miał odbyć się 22 kwietnia. Całe szczęście bez problemu udało mi się sprzedać pakiet. Przede mną inne, ważniejsze biegi, więc muszę do tego czasu ogarnąć ITBS na tyle ile się da. 

2 komentarze:

  1. Było instagramowe a teraz będzie jeszcze biegowe wooow - i nie kryguj się, że czas, że kontuzja - wooow - bo latasz w tych maratonach, kończysz je i żyjesz :) a pamiętam, jak jeszcze dwa lata temu na połówce z Poznaniu zostawiłem Cię z tyłu - teraz progress masz niesamowity, więc jeszcze raz - wooow :) I szkoda, że nie spotkaliśmy się w Poznaniu :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze żyję :P ale jakim kosztem. Właśnie jestem na etapie sprzedawania niektórych pakietów, bo nie dam rady pobiec. Bo Ty wtedy chyba więcej trenowałeś niż ja, a teraz jest odwrotnie :D No nie ogarnęliśmy tego Poznania...

      Usuń

Dziękuję za każdy komentarz!

Jednak proszę o nie zamieszczanie linków reklamujących swojego bloga/konkurs i innych tego typu stron. Jeśli zainteresuje mnie Twój blog to na pewno go odwiedzę. Inaczej takie komentarze będą traktowane jako SPAM i zostaną usunięte.