8 maja 2017

4th Wings For Life World Run

7 maja zmierzyliśmy się po raz czwarty ze światem, ale też z samym sobą. Cele były dwa: przebiec jak najwięcej kilometrów dla tych którzy nie mogą, i zgromadzić jak najwięcej pieniędzy na badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym. 25 lokalizacji, ponad 155 tysięcy uczestników, i zebrane 6,8 milionów euro. 
Zachmurzenie, wiatr, niewielki deszcz, i stosunkowo niska temperatura jak na maj. Tak wyglądał tegoroczny bieg. Warunki przypominały te z pierwszej edycji, kiedy to udało mi się przebiec 13,21 km, i to był mój najlepszy wynik. Niestety w 2015 i 2016 roku było już ich mniej. W planach miałam znowu 15 km. 
Załadowana sokiem z buraków, pojechałam na Maltę zaraz po pracy. Byłam trochę niewyspana, ale pobudka o 4:00 robi swoje. Na miejsce dotarłam ok. 11:30 i od razu poszłam się przebrać. Po 12:00 spotkanie Wkurw_team, wspólne zdjęcie, i czekało mnie kilkanaście minut stania w kolejce do depozytu. Do ostatniej chwili nie zdejmowałam kurtki bo zostałabym wielkim soplem lodu. Około 12:30 weszłam ze znajomymi do strefy startowej i wtopiłyśmy się w tłum, bo wiadomo że w kupie cieplej. 30 minut później start! Pierwszy kilometr był najwolniejszy, bo przede mną było mnóstwo ludzi, a trasa aż do Baraniaka wąska co niestety bardzo spowalniało. A do tego trzeba dodać biegaczy którzy nie potrafili się odezwać, krzyknąć "lewa/prawa wolna, przepraszam" itd., tylko przepychali się, wbijając w innych łokcie, i bezczelnie przepychając się. Każdy chciał przebiec jak najwięcej, ale bez przesady... Po wydostaniu się z tego kotła można było odetchnąć bo na ul. Baraniaka, Królowej Jadwigi, czy Solnej zrobiło się szerzej i luźniej. Pierwszy wodopój na podbiegu na ul. Królowej Jadwigi. Dziki tłum, ludzie brali kubki, ale nie odchodzili na bok przez co blokowali innym dostęp. Udało mi się dorwać wodę, banana i pognałam dalej. Tutaj odczułam już zmęczenie, bo starałam się nadrobić te 3-4 minuty oczekiwania na starcie. Na większych skrzyżowaniach, a zwłaszcza na węzłach przesiadkowych jak Rondo Rataje czy Śródka, było sporo ludzi, więc dopingu nie brakowało. Wydaje mi się że w tym roku kierowcy byli bardziej wyrozumiali. Trąbili (ale nie dlatego żebyśmy skończyli bo chcą przejechać), wychodzili z samochodów, klaskali, krzyczeli. W pamięć zapadł mi pan w niebieskim garniturze jakoś przed 11 km. Wyszedł ze swojego samochodu, bił brawo, i mówił że "ze spokojem, my poczekamy". To było bardzo fajne i miłe, bo jak widać nie wszyscy puszkowcy mają spięte cztery litery. Gdy mijałam toi toie przy których rok temu zakończył się mój bieg, zaczęłam się śmiać, bo nie tym razem! Cisnę dalej! Na drugim wodopoju udało mi się dorwać tylko izotonik co odbiło się na tych kilku kolejnych kilometrach, bo już nie miałam siły. Kwasu w mięśniach tyle że można by wiadro uzbierać. Biegłam głową i sercem. Chciałam przebiec więcej niż te 13,21 km. Nawet gdyby to miało być tylko 13,22. Jak usłyszałam że już niedaleko jest samochód, spojrzałam na zegarek i coś mi nie pasowało. Leciałam poniżej 6:00 min/km co dawało mi lepszy wynik jak 15 km, ale po chwili przypomniałam sobie że przecież byłam w plecy o te 3-4 minuty na starcie, bo swoje musiałam odstać. Coraz większy hałas, wrzawa, krzyki że jest 300 metrów za nami, a ja jeszcze nie dobiegłam do 14 kilometra! Wydusiłam resztki energii z siebie i jest! Gdy minęłam chorągiewkę to uśmiechnęłam się, zwolniłam i czekałam na samochód, który wyprzedził mnie 100 metrów dalej. 
To był dobry bieg. Mój ostatni przed dłuższą przerwą, bo niestety ITBS wciąż nie daje mi żyć, i jestem stałym bywalcem gabinetu zabiegowego, gdzie dźgają mnie w pośladki w celu zmniejszenia stanu zapalnego.
(Źródło: t-run.pl)
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 6
- opaski kompresyjne Zeropoint
- rajty Kalenji
- koszulka BBMLW
Podsumowanie:
- czas: 1:23:01
- dystans: 14,12 km
Organizacja:
Niestety jest sporo rzeczy do których można się przyczepić, i to nie są duperele:
1. Depozyty: stałam kilkanaście minut żeby oddać worek. Lepiej było z odbiorem, bo kolejka była krótsza, ale to i tak zajmowało sporo czasu, bo kazano nam podpisać się na obu papierkach (jeden był przyczepiony do worka, a drugi dawaliśmy wolontariuszowi aby łatwiej było mu znaleźć nasze rzeczy). Gdy siedziałam na trybunach i widziałam te kolejki to współczułam ludziom którzy w taką pogodę marzną w krótkich rękawkach, bo nie dla wszystkich wystarczyło folii termicznych. 
2. Folie termiczne: ponoć były w autobusach. Ponoć bo nikt niczego nam w środku nie rozdał. Dostałam ją dopiero jak wyszłam z busa. O dziwo tym razem wody było pod dostatkiem, bo poprzednie dwie edycje pod tym względem to była żenada.
3. Posiłek po biegu: kolejka po horyzont, bo było jedno stanowisko wydające. Następne kilkanaście minut czekania i marznięcia.
4. Limit uczestników oraz lokalizacja: wystartowało ostatecznie około 5500 osób. Malta nie jest w stanie tylu ludzi pomieścić. Długi czas oczekiwania na start przez co nie mamy 30 minut na ucieczkę, a 20-kilka, i pierwszy kilometr to mordęga. Jest wąsko, ciasno... Start powinien być z poziomu ul. Baraniaka, szersza brama startowa, i mniejszy limit (ponownie jakieś 3000). Cel szczytny i wiadomo że im więcej osób tym lepiej, ale w Poznaniu się nie da, bo nie ma miejsca. 

Na koniec jeszcze kilka słów o zwycięzcach. W Poznaniu dali czadu. Po raz drugi wygrał Tomek Walerowicz przebiegając 85,14 km a jeśli chodzi o kobiety to triumfowała Joasia Zakrzewski z wynikiem 52,26 km. Natomiast zwycięzcą w przypadku biegaczy (można poniekąd powiedzieć że globalnym) został Bartek Olszewski pokonując 88,24 km. Dominika Stelmach zmiażdżyła rywalki (ale też rywali), ustanawiając rekord kobiet, czyli 68,21 km i zostając globalną zwyciężczynią. A to jeszcze nie koniec, bo w Cambridge również wygrał Polak, Jacek Cieluszecki, który przebiegł 68,80 km. Brawo! Wszystkim należą się gratulacje i pokłony, bo to co zrobili nie mieści mi się w głowie. Jednak dla mnie zwycięzcą totalnym jest Aron Anderson. Przeczytałam już kilka niezbyt fajnych komentarzy na jego temat: bo na wózku, więc miał łatwiej, bo z górki zjeżdżał i się nie męczył... A ktoś z tych narzekaczy pomyślał, że jednak tak łatwo nie miał? Że jednak przez ponad 6 godzin musiał się poruszać za pomocą siły własnych rąk? Że musiał pokonywać w ten sposób wzniesienia? Oglądał ktoś rywalizację do końca? Widzieliście jak on wyglądał i ile serca wkładał w to aby jeszcze trochę dokręcić? Jaki był szczęśliwy gdy minął go samochód? Ja prawie płakałam widząc to. 92 kilometry i 140 metrów. To jego wynik. Wejdźcie na jego instagram. Ten człowiek cieszy się życiem i z niego korzysta. Bierzcie przykład!

Widzimy się za rok, 6 maja 2018 roku. Tylko jeszcze nie wiem gdzie... Mam 3 lokalizacje na oku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz!

Jednak proszę o nie zamieszczanie linków reklamujących swojego bloga/konkurs i innych tego typu stron. Jeśli zainteresuje mnie Twój blog to na pewno go odwiedzę. Inaczej takie komentarze będą traktowane jako SPAM i zostaną usunięte.