Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5 km. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5 km. Pokaż wszystkie posty

11 listopada 2016

1. Poznański Bieg Niepodległości

W Poznaniu miały odbyć się dwa biegi niepodległości. Pierwszy - nieznani organizatorzy, nie wiadomo skąd, i o co chodzi. Drugi - palce w nim maczał Artur Kujawiński, czyli KB Maniac, Maniacka Dziesiątka, i wszystko jasne. Do tego dobra promocja w mediach społecznościowych, i ten drugi wygryzł pierwszy. Najpierw zaprezentowano koszulki (po 8347583 różnych, bezsensownych sondach), a później przyszedł czas na medal. Napięcie rosło, bo taki piękny, warto się dla niego pomęczyć, i wypluć płuca. Limit? 10 000. Niby fajnie, dużo ludzi, trasa całkiem spoko, i nie powinno być problemów z przepustowością. Ale pierwsze zgrzyty pojawiły się już przy odbiorze pakietu. Zazwyczaj nie zwracam uwagi na jego zawartość, i gdy jest taka możliwość to zawsze wybieram opcję numer startowy+chip, bo koszulek mam tyle że wypadają z szafy (no chyba że dają buff, softflaski czy coś co się faktycznie przydaje), ale tu za 69 zł dostałam: koszulkę (do której zaraz wrócę), numer startowy z chipem, worek do depozytu, wodę i fasolę, a na mecie medal, woda i rogal. Odbiór pakietu poszedł sprawnie. Przyjechałam w środę około 18:00 i całość zajęła mi może z 5 minut. Weszłam i wyszłam. Po powrocie do domu przymierzyłam koszulkę, i zwątpiłam. To bieg dla dorosłych czy dzieci? Rozmiar S sięgał mi odrobinę poniżej pępka. Dobrze że było zimno, i planowałam założyć pod spód coś dłuższego, bo świeciłabym brzuchem i nerkami. Na start dotarłam około 9:30. Wszystko fajnie, strefy oznaczone, i bez problemu weszłam do swojej. Mieliśmy utworzyć "żywą flagę", ale komunikat o ustawieniu się po swojej stronie w zależności od koloru koszulki usłyszałam tylko raz. Pomimo sporej ilości osób (jeszcze nie wiadomo ile ukończyło bieg) start był płynny, i maty pomiarowe przekroczyłam po 4-5 minutach. Pierwsze kilometry to był slalom między ludźmi którzy mózgi zostawiają w domu, i uparcie ustawiają się w nie swoich strefach. To nie był bieg na życiówkę ze względu na tłum, ale na upartego dało się to zrobić. Tylko że inni na to nie pozwalali tamując ruch. Całe szczęście nie było takich sytuacji jak rok temu w Luboniu (popychanie, wbijanie łokcia, prawie wywrotki itd.), a na hasło "lewa wolna" biegacze rozstępowali się przed krzyczącym niczym morze przed Mojżeszem. Tak prezentował się profil trasy:
Początek fajny czyli ul. Niepodległości z górki, więc zaczęłam szybciej, bo wiedziałam że później będzie dłuuuuugo pod górę. I tak od Cytadeli aż do Solidarności jeden wielki pagór. Zrobiło mi się słabo jak przypomniałam sobie że powrót to będzie mozolne "wdrapywanie się", ale jak trzeba to trzeba. Pomimo tego że na Solidarności są chyba 3, a nawet 4 pasy ruchu, to i tak było ciasno. Lecąc za Cytadelą zrobiło się wąziutko, i w dodatku z górki. Nie mogłam się rozpędzić, bo musiałam uważać żeby na kogoś nie wpaść (a że uwielbiam lecieć na rympał w dół, to prawdopodobieństwo że ktoś mi wpadnie pod nogi było spore). A teraz najgorsze... do Cytadeli znowu w górę. Sprawdziłam średnie tempo. Zegarek pokazał 5:24 min/km czyli tyle ile potrzebowałam żeby wyrównać czas z zeszłego roku. Ostatnie 1,5-2 km to było wypruwanie flaków. Nogi mnie nie bolały, ale płuca wyły. Ledwo nabierałam powietrza, ale cały czas powtarzałam sobie że to już koniec i muszę wytrzymać. Od Fredry pełen gaz, mina pt. "ojapierdole", i meta! Tylko no właśnie... Biegnę, a ludzie stoją na matach pomiarowych. Był taki tłum i ścisk że ledwo się tam zmieściłam, i po prostu na chama wepchnęłam żeby zmierzyło mi czas. Później wcale nie było lepiej. Na sam medal czekałam 15 minut. Jak już go w końcu dostałam to znowu czekałam, ale na wodę i rogala. Myślałam że nigdy nie wydostanę się z tego tłumu. 
Nie wiem jak ocenić ten bieg zwłaszcza, że to nie debiut organizatora w przygotowaniu tak dużej imprezy. Poszedł na ilość a nie jakość. Minusy? Jest ich wiele:
- beznadziejnej jakości i źle skrojone koszulki z dziwną rozmiarówką
- chaos na mecie (niektórzy czekali PRZED METĄ bo nie mogli jej przekroczyć)
- bardzo długie oczekiwanie na medal (w półmaratonie startowało równie dużo biegaczy, i wszystko szło sprawnie)
- brak folii na mecie i ciepłego napoju
- dla wielu osób zabrakło rogali (niestety znalazły się Janusze i Grażyny, nasze wspaniałe polskie cebule, które brały po kilka sztuk), a także medali (tutaj do akcji wkroczyły matki polki, które brały medale dla swoich dzieci, bo uznały że należą im się za kibicowanie - sorry, ale my zapłaciliśmy za nie, i to nam się należą, a nie dzieciom. Chcesz dać dziecku nagrodę za kibicowanie? Kup mu rogala, albo oddaj teraz pieniądze tym którzy tego medalu nie dostali)
- depozyt za daleko od mety (najpierw stoisz w kolejce po medal, zgrzany, upocony jak świnia, a jak już go dostaniesz, to zdążysz przymarznąć do asfaltu)
Plusy:
- świetny medal
- sprawny odbiór pakietu
I to by było na tyle. Oby organizatorzy wyciągnęli z tego wnioski, za rok zmniejszyli limit o połowę, ogarnęli porządne koszulki (a najlepiej to możliwość wybrania pakietu bez niej), i przeszkolili wolontariuszy tak, aby rozdawali po 1 (słownie: JEDNYM) rogalu na uczestnika, a nie 3-4. Liczyłam na fajny bieg w swoim mieście, a jest mi po prostu wstyd przed osobami, które przyjechały z innych miast. Maraton i półmaraton organizacyjnie pierwsza klasa, a to było jakieś nie wiadomo co. Znowu mam dylemat gdzie pobiec za rok.
Aha, czas netto 53:55. Jak na totalny brak treningów typowo pod szybkość (i ogólnie brak treningów, bo teraz to bardziej roztrenowanie jest) i tak jestem zadowolona. Od grudnia ruszam z planem na przyszły rok, bo w zasadzie wszystkie starty mam zaplanowane. Będzie moc!

14 listopada 2015

City Trail 2/6

Nie lubię biegać na 5 czy 10 km, bo od początku do końca trzeba cisnąć ile wlezie. Ale zapisałam się na City Trail, bo jednak taki krótki dystans pokazuje, czy jest poprawa lub czy nadal jestem w czarnej dupie. Niestety w pierwszym biegu nie wystartowałam, ponieważ wtedy walczyłam w Krakowie.
Zmęczona, przeżuta i wypluta po Luboniu, chciałam zrobić rekreacyjnego piątaka tak w 30 minut. Jednak nie potrafię wyluzować i muszę lecieć na maksa. 
Pogoda była prawie idealna - słońce i w miarę ciepło, ale nie na tyle że czerep się gotował - pod warunkiem, że nie wiało. Jak tylko wyszłam spod wiaduktu na Rusałce to myślałam że mi głowę urwie. A że postanowiłam biec na krótko, to było bardzo "przyjemnie". Oddałam cały bajzel do depozytu, i potruchtałam na start w ramach rozgrzewki. Wprowadzono strefy na czasy poniżej 19, 22, 25 i 28 minut, i każda ruszała w odstępie 90 sekund (idealny pomysł, bo ludzi było sporo). Ustawiłam się w tej ostatniej, ponieważ celowałam w ok. 26 minut. Nie było żadnych przepychanek, tłoku, potykania się o czyjeś nogi (jak w Luboniu) chociaż miejscami było wąsko. Elegancko wyprzedzałam.
(Źródło: Trenujmy razem FB)
(Źródło: Anna Strojna)
(Źródło: aiphoto.pl)
Biegło się dobrze aż do ok. 2,3 km, gdzie był podbieg. Podczas treningów nie był on jakoś specjalnie długi, a tu nagle pagór bez końca. Tempo spadło i musiałam nadrabiać na zbiegu. Później było w miarę płasko, ale i tak ledwo ogarniałam, bo średnie tempo to 5:36 min/km. "Po ptakach" pomyślałam. Na 4 km zaczęło wiać prosto w twarz i miałam powtórkę ze środy. Znowu marzyłam o tym żeby już był koniec. Pomimo walki z wiatrem przyspieszyłam i ostatni kilometr zrobiłam w 4:43 min/km, a wpadając na metę zegarek pokazał 3:52! Szał ciał i te sprawy.
Wydaje mi się że jeszcze trochę jestem w stanie z siebie wycisnąć, i za miesiąc postaram się złamać 26 minut (pod warunkiem że nie będzie wiało). Ale teraz już na prawdę muszę odpocząć. Nogi jak z betonu, boli stopa... Trzeba się umówić do fizjo na gniecenie.
Podsumowanie:
- czas netto: 26:11
- miejsce OPEN: 683/1234
Teraz czekam w napięciu na zdjęcia Piotra Dymusa bo przyjechał na CT popstrykać (jaram się!). Mam nadzieję że ładnie wyszłam. Chociaż u Piotra każdy ładnie wychodzi (chyba).
Widzimy się znowu 20 grudnia!

11 lipca 2015

II Nocna Maniacka Piątka

Latem unikam startów bo wiem że będę zdychać a czas dupy nie urwie. Wyjątkiem jest Nocna Maniacka Piątka - bieg organizowany po raz drugi na poznańskiej Malcie przez KB Maniac o bardzo przyjemnej godzinie czyli o 22:00. Dystans: 5 km. 
Rok temu także brałam udział, ale wymęczyłam niezbyt imponujący czas 30:27 (relacja: klik). Tym razem miałam lecieć w trupa. Nawet jeśli miałabym sobie narzygać na buty to nie zwalniam. Moja życiówka na piątaka to 29 minut z hakiem (już nawet nie pamiętam), a taka nieoficjalna, zrobiona na treningu to 27:27. 
Pakiet odebrałam, około 21:30 grupowe zdjęcie z Kobiety Biegają i udałyśmy się na start.
Część poszła na przód, część została mniej więcej w połowie stawki - m. in. ja. I żałuję że nie poszłam bliżej startu, bo chociaż zaczęłam w tempie 5:38 min/km to i tak wiele osób się wlokło. Aż do samej mety wyprzedzałam. Pierwszy raz trasa nad Maltą mi się nie nudziła, nie ciągła, a czas bardzo szybko zleciał. Ledwo wystartowałam a już byłam na trzecim kilometrze. Tam dogoniłam Klarę i leciałyśmy do końca razem. Ja sapałam, ona sapała i każda siebie wspierała. Na podbiegu przed mostkiem trochę zwolniłyśmy, ale ostatni kilometr pociśnięty ile fabryka dała. Pod koniec leciałam już 4:00 min/km. Tradycyjnie na końcówce pojawiły się sensacje żołądkowo-jelitowe i tylko czekałam aż poleci górą lub dołem, ale całe szczęście nic takiego się nie stało. Wpadłam na metę z czasem 26:58 (netto), a Klara sekundę za mną! Teraz się puszę jakby mi to zajęło z 20 minut a nie ponad 27 :D Nie sądziłam że jestem w stanie tak szybko przebierać nogami. Pewnie pobiegłabym szybciej gdyby nie to że pod koniec brakowało już mi tlenu. Nogi nie były zakwaszone, ale nie nadążałam z oddychaniem. W każdym razie wkurwu mocy było na kilogramy!
(Źródło: Picasaweb Krzysztof)
Na mecie czekał na mnie nietoperz :D
Tym razem nie dawali piwa... także smutek. Zamiast tego była grillowana kiełbasa, ale nie skorzystałam bo po takim wysiłku mój żołądek by tego nie przyjął. I tu mała uwaga dla organizatorów na przyszłość - dobrze by było gdyby przy zapisach była opcja wyboru posiłku, bo nie tylko ja nie wzięłam swojego przydziału. Nie dlatego że nie lubię/wybrzydzam tylko źle by się to skończyło ;)
Za rok na pewno się pojawię bo to bardzo dobra trasa na życiówki (no może oprócz tego podbiegu przy trybunach, który co prawda jest krótki ale jednak upierdliwy). W planach mam złamanie 25 minut, bo chyba jednak tak biegowo upośledzona nie jestem, i coś tam mogę z siebie wydusić.

12 lipca 2014

I Nocna Maniacka Piątka

Wczoraj odbyła się I Nocna Maniacka Piątka na którą zapisałam się (jak zwykle) przez przypadek. Dystans do pokonania, jak sama nazwa wskazuje, to całe 5 km. Biuro zawodów było czynne od 18 do 21, ale byłam na miejscu jakoś o 20:30, bo co miałabym tam robić? I tak odbiór numeru poszedł bardzo szybko i przez kolejną godzinę + 20 minut nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Zabijałam czas słuchając muzyki i szwendając się z kąta w kąt żeby nie zamarznąć (tak, było zimno, miałam na sobie kurtkę i cała się trzęsłam). Jakoś o 21:30 oddalam rzeczy do depozytu i zaczęłam rozgrzewkę. No i o 22:00 start. Ruszyłam jak zwykle dość szybko – nadal nie potrafię wolniej. Ale to było tempo ok. 10 km/h. I w zasadzie stopniowo przyspieszałam. Jednak całość wyglądała mniej więcej tak: Start! Biegnę, biegnę, biegnę, biegnę i… biegnę. Jak długo jeszcze? Jest! 1 km. Człapię się dalej, i dalej. %#@%^#! Ile można?! 2 km. Dalej już było z górki i te oznaczenia dystansu pojawiały się szybciej. Mniej więcej od 3 km przyspieszyłam konkretniej. Mijając 4 km, przed trybunami jest niewielki zegar pokazujący datę i godzinę. Patrzę a tu 22:21. Szok. Pomyślałam że jak docisnę to zmieszczę się w 27 minutach i poprawię czas. To lecę… Zwolniłam odrobinę na podbiegu przed mostkiem, ale później leciałam jak poparzona chociaż pojawił się bardzo nieprzyjemny ból brzucha i zrobiło mi się niedobrze. Jednak nie zwalniałam. Jestem kilka metrów przed metą, patrzę na czas a tam co? Pieprzone 30 minut! Pytam się – jak?! Jak do cholery 30 minut?! Jestem pewna że cały dystans pokonałam szybciej niż 6:00 min/1 km. Żałuję że nie wzięłam ze sobą telefonu żeby sama zmierzyć czas. Wynik? 30:41 (30:27 netto). Niemożliwe, nie zgadzam się i koniec.
Jeśli chodzi o „pakiet startowy” to każdy dostał numer startowy, oczojebne opaski na rękę/nogę/zapnij gdzie chcesz + świecące, fluo badyle (które nadal się święcą a minęła prawie doba). Na mecie obwieszali nas dość nietypowymi medalami czyli taką mrugającą żaróweczką (menda też nadal działa. Mam nadzieję że nie dostanę jakiegoś wstrząsu od tego migania). 
Oprócz tego można było dostać coś do zjedzenia i picia (piwo lub napój), ale nie skorzystałam bo ostatni tramwaj miałam o 22:51, więc jak tylko wpadłam na metę to od razu poszłam do depozytu po rzeczy i naginałam na przystanek. A poza tym piwo to ja wypiłam przed biegiem :P

Było fajnie chociaż biegłam sama, ale to już chyba tradycja powoli. Kolejny start dopiero we wrześniu. A teraz muszę zmodyfikować znowu cały plan i wprowadzić trening siłowy 4 razy w tygodniu + bieganie. 
Nawet znalazłam się na jakimś zdjęciu - po lewej takie małe z numerem 401 :P
(Źródło: lepszypoznan.pl)