Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty

24 czerwca 2018

30. Sudecka Setka

Sudecka Setka miała być moim pierwszym biegiem kwalifikacyjnym do BUGT. Okazało się jednak, że organizatorzy zmienili zasady, i start nic mi nie da. Mimo to pojechałam żeby sprawdzić jak w tych górach mi pójdzie. Dystans: niecałe 100 km, limit: 20 godzin, przewyższenia: około 2800 m. Zapowiadał się fajny i przyjemny bieg chociaż po Gwincie nie byłam pozytywnie nastawiona. Bałam się że znowu coś nie zagra i zejdę z trasy. 
Do Boguszów-Gorce przyjechałam w piątek około południa z Pauliną, która wybrała dystans 42 km. Byłyśmy tam pierwszy raz. Boguszów-Gorce to mała mieścinka na milionie wzgórz. Wszędzie było pod górę. Nocleg miałyśmy na hali, ale udało nam się dostać materace, więc warunki były dobre. W dodatku bardzo mało pań tam nocowało, i nie czekałyśmy w kolejce do toalety. 
Około godziny 16:00 poszłyśmy odebrać pakiety startowe, a później podjęłam próbę zaśnięcia chociaż na 2-3 godziny. Niektórzy tak jak padli na materac, tak spali. Ja może z godzinę. Jakoś o 21:40 ruszyłyśmy na Rynek, bo o 22:00 był start. Do ostatniej chwili zastanawiałam się co ubrać, bo na noc zapowiadali jakieś 6-8 stopni. Zdecydowałam się na krótki rękaw, rękawki oraz bluzę. W plecaku miałam jeszcze pseudo przeciwdeszczową kurtkę. Rozpoczęło się odliczanie i ruszyliśmy najpierw na rundkę wokół Rynku, w blasku sztucznych ogni, przy licznie zgromadzonych mieszkańcach, a później w las. Minęła mnie Marta która poznała mnie po kwiatach we włosach (muszą być! Bez tego nie biegnę), i ostatecznie zajęła 1 miejsce w kategorii (gdybym zdecydowała się na bieg to byśmy stały razem na podium).
Bałam się biegu w nocy, bo myślałam że wszyscy się tak rozdzielą, że w końcu zostanę sama. Jednak cały czas ktoś był za mną lub przed. Kilometry leciały szybko, a mi szło bardzo dobrze. Po niecałych 50 minutach byłam na punkcie na 6 km. Wbiegliśmy do jakiejś wsi grubo po 23:00 a tam kibice! Trąbili, krzyczeli, i hałas jak na meczu. Kolejne punkty na 13, 20 i 22. Niestety tu zrobiło się jakieś zamieszanie, bo powinny być na 20 i 26. Gdzieś pomiędzy kolejna grupa. Rozpalone ognisko, krzyki, jeden z mężczyzn bez koszulki krzyczał że mamy dawać, bo jest gorąco. Tego się nie spodziewałam. Było już kilkanaście minut po północy, łagodny, długi zbieg na zboczu góry, wokół mnie wysokie drzewa, i nagle ciemność. Zero czołówek za mną i przede mną. Nareszcie byłam sama. Tylko księżyc uśmiechał się do mnie.
W końcu zmiana terenu i niewielkie podejście do punktu na 32 km. Później jeszcze trochę z górki i zaczęło się długie, mozolne czołganie które można porównać do drogi na Morskie Oko. Około 5-metrowej szerokości uklepana droga, wijąca się dookoła góry. Kilkaset metrów przed szczytem dogoniłam Paulinę. Okazało się że miała skurcze łydek. Dotarłyśmy na punkt i nareszcie dostałam ciepłą herbatę. Do samej mety biegłyśmy razem tyle że ona już tam została, a ja szybko przebrałam się zakładając drugi komplet koszulka+bluza, założyłam czapkę (później okazało się że wyglądałam w niej idiotycznie, jakbym miała wodogłowie czy coś, ale przynajmniej było mi ciepło), zjadłam, wypiłam i dzida dalej. Czułam się bardzo dobrze i nic mnie nie bolało oprócz kręgosłupa, bo około 20 km nerwy dały o sobie znać promieniując na biodro, i nie mogłam za mocno pochylać się na podejściach. Nogi jak nowe, maraton zrobiony poniżej 6 godzin, więc można lecieć dalej. Gdzieś około 46 km dopadła mnie senność. Ale czegoś takiego jeszcze nie miałam. Czułam się jakbym w ogóle nie spała, i oczy same mi się zamykały. Momentami biegłam z zamkniętymi. Ta mordęga ciągnęła się przez ponad 20 kilometrów, i jedyne o czym wtedy marzyłam to żeby dotrzeć do 72 km, i koniec. Schodzę bo zaraz padnę. To było coś nad czym nie byłam w stanie zapanować i się tego pozbyć. Nawet podejście na Dzikowiec gdzieś na 54 km mnie nie obudziło. A tam było co robić. Jak to zobaczyłam... Pion bez końca. Pełzasz, myślisz że to już koniec, a tu zakręt i dalej pod górę. Kolejny zakręt i kolejny, łydki płoną, tempo takie że zegarek go nie pokazuje. Ale nareszcie jest! Punkt i ciepła herbata. Tylko co z tego jak zmarzłam do tego stopnia że trzymając kubek wylewałam zawartość. Szybko ruszyłam mając nadzieję że trochę się rozgrzeję. Bardzo się myliłam. Nie ważne czy podejście, czy zbieg. Było mi zimno, a jeszcze zaczęło padać. Nie jakoś mocno, ale wystarczyło żebym przemokła.
(To chyba 6x km. Co mnie podkusiło żeby buff zostawić na głowie, i załadować na to czapkę to nie wiem. Tak zepsuć zdjęcie tylko ja potrafię. Źródło: FB Szynalski.eu)
Na 65 km zostałam trochę dłużej, wypiłam dwie herbaty i rozbudziłam się. Z tym że miałam kolejny problem. Od 50 km coraz mniej jadłam. Zbiegi zrobiły mi taką dyskotekę w żołądku, że na każdym kolejnym mnie cofało. Na podejściach to samo, bo jednak musiałam się trochę pochylać co powodowało ucisk na bebechy. 67 kilometr i paskudne burczenie, ale miałam zbyt skostniałe ręce żeby sięgnąć batona. No i nie miałam ochoty. Na 72 kilometrze pomiar czasu, kawałek dalej punkt, i na tym zakończyłam.
Cały czas zastanawiam się czy dobrze zrobiłam, bo w porównaniu do tego co było na gwincie to zupełnie inna bajka. Nie odczułam dystansu, nie było takiego zmęczenia, ściany, i zjazdu. Tam już po 30 km miałam betonowe uda, a tu nic. W dodatku średnie tempo bardzo zbliżone bo tam 9:02, a teraz 9:22. Chociaż obu biegów nie można porównywać, bo to zupełnie inny teren. Być może szukam teraz wymówki na moje lenistwo i słabą głowę, bo przecież i tak na 72 km zostanę sklasyfikowana, dostanę medal, więc po co się męczyć? Ale może dla mojego organizmu styranego treningami, i chorobami to było najlepsze co mogłam zrobić? Bo niestety przy niedoczynności przegrzanie (GWiNT) jak i wychłodzenie może skończyć się źle, a przede mną było jeszcze od 3,5 do 4 godzin wysiłku. Lub bałam się powtórki z Gwinta, że jednak coś zacznie się dziać po tym 80 kilometrze? Wyciągnęłam wnioski z ostatniego startu. Miałam ze sobą dodatkowo elektrolity i czapkę, ale to chyba za mało. Wygląda na to że teraz na każdym przepaku muszę mieć kurtkę, a najlepiej kombinezon narciarski. Może wtedy w końcu uda mi się dotrzeć do mety?

Sprzęcior:
- Hoka OneOne Speedgoat 2 (miałam obawy że w nocy nie sprawdzą się, skręcę kostkę na zbiegu bo ciemno czy coś, ale biegło mi się w nich bardzo dobrze, stopy nie bolały i zbiegi były bardzo pewne - no i najważniejsze - nie rozdarły się i wciąż są w jednym kawałku)
- skarpety kompresyjne RoyalBay (cały dystans, tym razem nic nie zmieniałam)
- kamizelka Inov8 Race Ultra 5l + dwa flaski po 0,5 l
- portki Domyos
- koszulka Biegam bo mnie ludzkość wkurwia x2
- rękawki Biegam bo mnie ludzkość wkurwia
- bluza Kalenji z kolekcji Trail x2
- czołówka Petzl Actik Hybrid 300lm (dała radę na jednym komplecie baterii przez 6 godzin w trybie standard)

Co jadłam i piłam:
- żel Vitargo czarna porzeczka = 102 kcal
- żel Powergym Isopower limonka z kofeiną = 96 kcal
- żel Honey Stinger Acai Granat = 100 kcal
- żel Honey Stinger Mango Pomarańcza = 100 kcal
- żel Nutrend Pomelo = 96 kcal
- żel ALE Cola z kofeiną = 110 kcal
- żel Power Gel jabłko z kofeiną = 102 kcal
- baton Chia Charge Cashew Karma = 152 kcal
- baton Chia Charge Double Choc Chip = 233 kcal
- 2 banany = 180 kcal
- saszetka elektrolitów Powergym Isopower = 145 kcal
- saszetka elektrolitów Dextro Carbo = 206 kcal
- 6 kubeczków herbaty
- nie więcej jak 1,5 l wody
Razem: 1622 kcal
Według zegarka spaliłam 4005 kcal natomiast Strava twierdzi że 6523 kcal. Mimo to wyszłam na dużym minusie, ale jak doliczę ile zjadłam po biegu (makaron w wersji wege, połowa pizzy 32 cm, piwo, czekolada...) to jednak okaże się że na plus.

Statystyki:
- dystans: 72,46 km
- czas ruchu: 9:12:48
- czas całkowity: 11:19:01
- przewyższenia: wg zegarka - 1910 m, Strava - 2684 m
- miejsce OPEN K: 5
- miejsce K20: 2
- zero otarć, pęcherzy, skręceń, ale zaczęły mi się robić kalafiory od dużego palca, a ulewy nie było

Ciągle coś mi nie wychodzi, i te wszystkie starty to o kant tyłka. W dodatku każdy kolejny jest trudniejszy, a motywacja spada. Za miesiąc Lądek i jeśli tego nie ukończę to o BUGT mogę zapomnieć.

Ah, i na Sudecką wrócę żeby tę setkę trzasnąć. I to w 14 godzin!

9 maja 2018

Wings For Life World Run 2018

6 maja po raz piąty cały świat stanął na starcie najpiękniejszego biegu. Biorę udział od pierwszej edycji. Niewiele brakowało a bym się nie zapisała, bo opłata startowa była dla mnie wtedy dość wysoka. Mimo to od 2014 roku melduję się na starcie. Zawsze celem dla mnie było minimum 15 kilometrów, ale ciągle coś nie wychodziło. Do trzech razy sztuka? Nie w moim przypadku!
Pogoda w tym roku nie była łaskawa dla biegaczy, a biorąc pod uwagę późną godzinę startu, czekało na nas małe piekiełko. Przed startem zebraliśmy się dość dużą ekipą wkurw_team:
To jest jedyne zdjęcie z biegu na którym jestem. Niestety brak wtyk u fotografów.
Ze względu na zwiększenie limitu do 8000 całą imprezę przeniesiono na MTP. Z jednej strony to dobra decyzja, ale jednak Malta miała swój klimat. Gdy zobaczyłam plan miasteczka biegowego to bałam się, że właśnie na starcie znowu utknę w korku na kilka minut. Strefy startowe były pilnowane na wejściu, a mimo to znalazłam się w szybszej bo nie ogarnęłam wejść. Ale nie byłam jedyną osobą która stała nie tam gdzie powinna (oczywiście wszystko wyszło w trakcie biegu kiedy sporo osób już po 1,5 km szło, i tradycyjnie blokowało ruch). O dziwo przekroczyłam linię startu po około minucie. Ruch był płynny w porównaniu do trasy z Malty - tam korek robił się na krótkim podbiegu zaraz po starcie, i chodnik był wąski aż do ulicy Baraniaka co mocno spowalniało. Początek trasy przyjemny bo płaski i z górki, ale robiło się niefajnie po około 3-4 kilometrach ze względu na mocno nagrzany asfalt. Miałam ochotę skończyć bieg przy pierwszym podstawionym autobusie. Po około 40  minutach zjadłam żel, który co prawda szybko zadziałał i nogi odżyły, ale rozbolał mnie żołądek. Wtedy bałam się że zrobię 10-12 km i na tym się skończy. Męczyłam się okrutnie i te kilometry miałam najwolniejsze. Ale jak tylko wybiegłam poza Poznań to zrobiło się "chłodniej", nogi przełączyły się na autopilota, i każdy kolejny kilometr był coraz szybszy chociaż żołądek nie dawał mi spokoju aż do samego końca. Dzięki zmianie trasy udało mi się w końcu wybiec za Poznań, ale tam zrobiło się mocno pagórkowato czego nie odczuły moje nogi, ale płuca tak (wydolnościowa padaka level hard). Miałam milion myśli w głowie od takich że dałam dupy bo zaczęłam w tempie 5:15-20 min/km, biegło mi się bardzo dobrze, była szansa nawet na 20 km, ale ten nagrzany asfalt mnie zniszczył, po takie że może już skończę na tym 13-14 kilometrze. A po chwili znowu "Dasz radę! Utrzymaj tempo do 15 kilometra a później niech się dzieje co chce." Gdy minęłam chorągiewkę z oznaczeniem tego 15 km to uśmiechnęłam się szeroko, i jeszcze przyspieszyłam. Na zegarku 15,7 km i nagle usłyszałam obsługę biegu na rowerach że mamy zbiegać na prawą stronę, bo jedzie samochód. W dodatku dopingowali i krzyczeli że damy radę do tego 16 km. Cała się spociłam, bo tak niewiele brakowało do kolejnego kilometra. Jeszcze przycisnęłam, tempo coś około 4:15 min/km i udało się! 16,17 km! Cieszyłam się jakbym zrobiła ze 30 km.
To by było na tyle jeśli chodzi o pozytywy. Nie wiem co mnie podkusiło, ale postanowiłam iść na autobus na 17 kilometr zamiast się cofnąć, bo założyłam że będzie tak jak na poprzednich edycjach, czyli busy co około 2,5 km. Skończyło się na ponad 4-kilometrowym spacerze w słońcu i bez wody. A na 19-kilometrze zobaczyłam tłum ludzi. Co jakiś czas przejeżdżały autobusy, niektóre upchane ludźmi aż kipiało, ale też takie gdzie z 10-15 osób ze spokojem by weszło. Mimo to kierowcy nie zatrzymywali się żeby kogoś zabrać, a my czekaliśmy dobre półtorej godziny. W końcu zjawił się nadzór ruchu, i trzy autobusy. Skończyło się sprintem do tego ostatniego, a i tak weszłam na styk. Gdybym nie pobiegła to nie wiem ile jeszcze bym tam stała. W dodatku kilka razy zatrzymywaliśmy się bo było zwężenie drogi lub ktoś zasłabł, a po drodze mijaliśmy ogromne grupy ludzi na kolejnych kilometrach. Tutaj niestety organizator poległ po całości, bo dystanse mniej więcej od 10 do 25 km są najbardziej oblegane, to już nie jest Poznań, i tutaj powinno być zabezpieczone najwięcej autobusów. Bieg skończyłam około godziny 14:30, a na Targach znalazłam się kilka minut przed 17:00. Byłam tak zła, zmęczona, i głodna, że tylko odebrałam medal, i poszłam do domu (a zawsze zostawałam po biegu żeby oglądać relację na telebimie). A najbardziej było mi żal mamy z którą umówiłam się po godzinie 15:15 bo miała moje rzeczy, i czekała tyle czasu nie wiedząc co się dzieje (nie biegam z telefonem), a ma problem z kręgosłupem. Dopiero po godzinie 16:00 udało mi się do niej zadzwonić dzięki uprzejmości jednego z biegaczy. Jeszcze jedynym minusem były za krótkie punkty odżywcze. Gdybym nie zabrała flaska z wodą to już na pierwszym punkcie bym padła, bo po prostu się nie dopchałam nawet do głupiego Red Bulla. 
Mimo tych zgrzytów organizacyjnych za rok również pojawię się na starcie, i tym razem planuję przebiec półmaraton!

25 kwietnia 2018

17. Cracovia Maraton

W Krakowie biegłam maraton już dwa razy (2016 i 2017 rok), i nie wyobrażałam sobie żeby teraz miało być inaczej. Co prawda moje treningi nie są ukierunkowane na ten dystans, ale wiedziałam że coś tam z życiówki mogę urwać. Niestety plany po raz kolejny pokrzyżowała pogoda - wciąż utrzymywały się dość wysokie temperatury. Mimo porażki w Poznaniu postanowiłam spróbować i jakoś uciągnąć tempo szybsze niż na półmaratonie. 
Przyjechałam dzień wcześniej razem z Pauliną. Zostawiłyśmy bagaże w hostelu i spacerem spod Barbakanu udałyśmy się do biura zawodów po pakiet. Tam skorzystałyśmy z Pasta Party, a reszta dnia minęła na zwiedzaniu. Późnym wieczorem pojawiły się pierwsze sygnały przedstartowej "sraczki", czyli ból brzucha i trzęsące się ręce. Dawno tak się nie denerwowałam przed biegiem. Ledwo stałam na nogach bo były jak z waty, a gdy na 10 minut przed startem wchodziłam do swojej strefy chciało mi się płakać. Postanowiłam biec swoim tempem czyli około 5:50-5:55 min/km, bo uznałam że jest dla mnie komfortowe jak na ten dystans, a w takim słońcu nie ma co się zarzynać.
Pierwszy kilometr i świeżość (w) kroku.
Kilometry mijały szybko, o dziwo nie było mi mocno gorąco, no i jak na mnie, nie sapałam jak dziad. Gdzieś na 7 kilometrze stała Paulina, ale była tak skoncentrowana na informatorze biegu, że musiałam do niej krzyczeć żeby mnie zauważyła. 
Wciąż świeżość bo to 4 kilometr.
Na 20 kilometrze agrafki strażacy ustawili kurtynę wodną, więc mogłam się schłodzić w obu kierunkach. Powoli zbliżał się 23 km, którego poniekąd się bałam, bo trasę znałam tylko do Tauron Areny, a z profilu wynikało że tam jakiś mocniejszy podbieg będzie. Biegłam, biegłam, coś tam było pod górę, znowu biegłam, a tu już 25 km na zegarku i nic! Jakoś cudownie się wyprasował - chyba słoneczko za mocno dogrzało asfalt i się coś stopiło. Motywacja trochę spadła gdy z naprzeciwka biegli zawodnicy będący już na 34 km, ale noł stres! Za jakąś godzinkę to ja będę tędy sunąć.
Takie tam z Bulwarów gdzieś na 18 kilometrze.
Nawrotka za Placem Centralnym trochę mi się dłużyła, ale tam też czekała na nas kurtyna. Tutaj zaczęłam zwalniać i nie wiem co było tego powodem. Nie było mi gorąco bo oblewałam się wodą żeby schłodzić organizm. Wydaje mi się że przyjęłam zbyt dużo płynów i przez to żołądek ogłosił mały bunt co groziło prawdopodobnie cofką. Ale miałam okrutną Saharę w paszczy i nie mogłam się powstrzymać od picia. Tak naprawdę najgorsze były te malutkie podbiegi na Bulwarach - góra, dół, góra, dół... I tak przez ostatnie 2-3 kilometry. Tam zawsze zaginała się trasa i miałam wrażenie, że przede mną jeszcze 10 kilometrów a nie 2. 
Zawinęłam rogala wokół Wawelu i do mety!
Nareszcie ostatni podbieg z Bulwarów, następnie Podzamcze i coś na co czekałam od startu - długi finisz na ulicy Grodzkiej aż do Rynku! Wciąż mam ciary jak o tym pomyślę i oczy same zalewają się łzami. Te tłumy krzyczących, robiących ogromny hałas waląc w rozwieszone reklamy na barierkach kibiców, i to tak że nie słyszysz własnych myśli... Taka meta tylko w Krakowie! To jest chyba jedyny maraton gdzie pomimo bólu i zmęczenia wbiegam na metę z ogromnym uśmiechem. A tym razem śmiałam się już od Wawelu. I nie byłam mocno zmęczona, bo w końcu zajarzyłam że przebiegałam obok Smoka Wawelskiego, i do niego też się uśmiechnęłam. Każdemu życzę emocji nie do opisania na tych ostatnich metrach.

Na koniec jeszcze kilka słów co do organizacji:
Po raz pierwszy dostałam koszulkę w wybranym przez siebie w formularzu rozmiarze, ale coś z rozmiarówką się popsuło bo rozmiar S jest jak XS, i ciężko trochę. Oj ciężko :D Sama trasa bardzo fajna - bieganie po pętli było okropne i mam nadzieję że już tak zostanie. Nowa Huta jest spoko. Tylko z oznaczeniem kilometrów był problem bo czasem zegarek pokazywał mi że już mam te 24 km, a wg organizatora to było jeszcze 200-300 metrów - lub odwrotnie. Ja jeszcze nie dobiegłam do pełnego kilometra a tu niby już 30. Ostatecznie wyszło 42,5 km, ale to norma. Do pryszniców po biegu kolejek brak, depozyt sprawny... Nie mam na co narzekać oprócz siebie. Nie doczytałam informatora bo chyba był posiłek po biegu, a ja z góry założyłam że na mecie każdy dostanie pakiet regeneracyjny do ręki. No i psikus. 

Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- portki Domyos
- koszulka Biegam bo mnie ludzkość wkurwia
- zegarek Suunto Ambit3 Sport
- 4x żele Nutrend (2x pomelo i 2x cytryna)
- 1x żel Diamant greipfrut
Podsumowanie:
- czas netto: 4:14:14

Tak jeszcze tylko na koniec dodam, że... trasa przypomina smoka! (o tu, smok jak nic! ) I to jest kolejny argument żeby za rok znowu pobiec w Królewskim Mieście.

A za półtora tygodnia widzimy się po raz piąty na Wings For Life World Run!

18 kwietnia 2018

11. Poznań Półmaraton

Zdaję sobie z tego sprawę, że nie każdy bieg kończy się życiówką, ale po pół roku przygotowań liczyłam na to, że jednak urwę ze 2 minuty. Tym razem treningi nie były bez ładu i składu, i nie wychodziłam biegać kiedy miałam ochotę. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć że plan zrealizowałam w 100%. Oczywiście były treningi które opuściłam, ale ze względów zdrowotnych, a nie że "nie chce mi się". Dlatego sobie nie mogę nic zarzucić. 
Organizatorzy postanowili zmienić godzinę startu z 9:00 na 10:00. Tłumaczyli to tym, że w zeszłym roku sporo osób wypełniając ankietę dotyczącą biegu uznało, że 9:00 to za wcześnie. I na tym się przejechali, bo pogoda nie była już taka łaskawa. 
Z trenerką ustaliłam że ustawię się na czas 2:00 i po 11 kilometrze przyspieszę. Trzymałam się różowej ekipy do 13 kilometra, ale nie byłam w stanie wycisnąć z siebie szybszego tempa. W dodatku mocno spuchnęły mi dłonie, i czułam że powoli organizm "gotuje się" ze względu na wysoką temperaturę. Odrobinę zwolniłam, i zając mi uciekł. Początek podbiegu na ulicy Solnej około 18,5 km trochę mnie zmęczył, ale nogi tego nie odczuły. I dopiero wtedy dobrze mi się biegło, a ciało zaczęło lepiej znosić upał. Szkoda że tak późno... Na alejach Niepodległości dzida do mety, bo został ostatni kilometr z haczykiem. 
Nareszcie upragniony pomarańczowy dywan, trybuny, i meta, a na zegarku porywające 02:02:52. Tak niewiele do złamania 2 godzin. Jednak nie żałuję że zwolniłam, bo nie chciałam skończyć tak jak wiele osób - czyli siedząc na krawężniku nie ogarniając otoczenia lub co gorsze, leżąc nieprzytomnym na ziemi. 
Nie wiem co myśleć o tym starcie i jak go podsumować. Wydaje mi się że dobrze przepracowałam zimę, ale pogoda zrobiła swoje. Dość długo trzymał mróz. W dodatku z dnia na dzień temperatura wzrastała czasem o 10 stopni przez co ledwo żyłam - bolała mnie głowa, zasypiałam na stojąco, i ogólnie ciężko mi się funkcjonowało. Pierwszą porcję "tropików" otrzymałam na Maniackiej Dziesiątce. Sądziłam że od tamtego czasu jakoś się ogarnę, a tu kolejny skok powyżej 20 stopni, i ugotowałam się. Zresztą nie tylko ja.
(Zastanawiam się kiedy biodra wypadną mi z zawiasów...)
Za tydzień walka o życiówkę na królewskim dystansie w Królewskim Mieście. To jest mój dystans, i wiem że jestem w stanie poprawić swój czas nawet jeśli temperatura będzie podobna. Ale trzymajcie kciuki żeby jednak spadła o kilka stopni ;)
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 6
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- portki Kalenji
- koszulka Biegam bo mnie ludzkość wkurwia
- zegarek Suunto Ambit3 Sport
- 2x żele Nutrend (pomelo i cytryna)
- 1x carbosnack 25 ml
Podsumowanie:
- czas netto: 02:02:52

4 stycznia 2018

2017 rok na biegowo i plany na 2018

Styczeń:
Postanowiłam w końcu zabrać się za treningi zwłaszcza, że przede mną pięć maratonów oraz ultra. Wszystko szło całkiem dobrze i biegałam regularnie. Dobiłam do oszałamiających 139,33 km.
Luty:
Szło coraz lepiej, kilometraż wzrósł do 151,66, i byłam dobrej myśli. 11 lutego wystartowałam w kolejnym biegu City Trail osiągając czas 26:51. Bez szału, bo wtedy nie czułam się najlepiej, ale utrzymywałam tempo.
Marzec:
Szaleństwo! Nigdy nie zrobiłam tylu kilometrów w jednym miesiącu - 163,88! Wiedziałam że jestem dobrze przygotowana do półmaratonu, bo zdobyłam pączkowe mistrzostwo w kategorii kobiet w biegu na orientację. Na kolejnym City Trail wynik był trochę lepszy czyli 26:37. A kiedy zbliżał się ten dzień, 26.03, byłam coraz bardziej zdenerwowana. Chciałam pobiec na 1:55, ale jeśli by się nie udało to trudno. Ważne żeby chociaż zrobić życiówkę. Niestety zabrakło mi 50-kilka sekund. Jednak to był fajny bieg, bo ten sławny podbieg w połowie dystansu którego niemal wszyscy się bali minął dość szybko, i tym razem nie padłam. Kilka dni po starcie nie było już tak kolorowo. Czwartek, 30.03 i ostatni trening przed Dębnem. Coś nie stykało w prawej nodze, i to był bardzo znajomy ból... Ten sam co w zeszłym roku tylko w lewej. Przerwałam bieg, dobrze się porolowałam, rozciągnęłam i tyle. 
Kwiecień:
Miesiąc zaczęłam od startu w Dębnie. Ustawiłam się na czas 4:15 bo nie miałam w planach robienia życiówki. Jednak chciałam ukończyć bieg z przyzwoitym wynikiem. Wszystko się posypało już na starcie. Kilka kroków i wróciła ta cholera ITBS tylko w prawą nogę. Większość normalnych osób zeszła by z trasy, ale gdzie! Dopiero 2 kilometry a ja mam wstyd robić, i rezygnować? No dajcie spokój! Gdzieś około 3-4 kilometra zagadał do mnie jeden z biegaczy, i razem biegliśmy do 22-23 kilometra rozmawiając, więc to odciągnęło uwagę od nogi. Później zwolniłam bo bolało coraz bardziej i nie radziłam sobie z tym. Udało się doczłapać w 4:25:11. Kolejne 3 tygodnie nie robiłam nic oprócz chodzenia na siłownię oraz rolowania. W Krakowie wystartowałam wstając z kanapy i dobiłam nogę. Mogłam odpuścić, bo biegłam tu rok temu ale zaparłam się gorzej jak osioł. To była tragedia: 4:38:13. 
Maj:
Po niecałym tygodniu odpoczynku (noga sztywna, skrzypiąca, nie dająca się zgiąć w kolanie) stanęłam na starcie Wings For Life. To miał być ten bieg kiedy w końcu dobiegnę do 15 km. I prawie się udało! O dziwo noga mi nie doskwierała, ale i tak nie zrealizowałam celu. Wyszło 14,12 km. Dałam sobie spokój z bieganiem. Postawiłam na siłownię, ćwiczenia z taśmą, do tego fizjoterapeuta, i dopiero jak nic nie bolało to zaczęłam chodzić na bieżni pod górę oraz jeździć na rowerze.
Czerwiec: 
Powolne truchtanie i 60,99 km w miesiącu. Marzenia o starcie w Chudym Wawrzyńcu na dystansie +80 km poszły się walić. Zostało tylko +50. 
Lipiec:
Kilometraż powoli wzrastał, ale wciąż nie mogłam zrobić długiego wybiegania przed Chudym. Jednak uznałam że wystartuję tyle że to będzie bardziej marsz niż bieg, i podziwianie widoków.
Sierpień:
Nadszedł ten dzień... Nie dość że prawie w ogóle nie spałam to spóźniłam się na start. Do tego była taka ulewa i grzmoty, że nawet marszobieg krajoznawczy odpadał. Hamowałam się na zbiegach żeby oszczędzać nogę. Udało się! Po 10 godzinach, mokra po same gacie, zmęczona, brudna, dotarłam do mety, gdzie czekał witający wszystkich Krzysiek Dołęgowski. W trakcie biegu też płakałam, ale tu poryczałam się jak małe dziecko, i ledwo wyduszałam z siebie słowa do trzymającego moją rękę przez dobre 2 minuty Krzyśka. A po Chudym Tatry, rekonesans trasy Biegu Ultra Granią Tatr i wolontariuszowanie właśnie na tym biegu. Zrobiłam ponad 91 km i pasmo nie dało o sobie znać!
Wrzesień:
Znowu się zaczęło! Pełna obaw stanęłam na starcie wrocławskiego maratonu. Miałam biec na 4:30 żeby się nie zajechać za bardzo, ale po 6 kilometrach uznałam że to jest zbyt wolne tempo, więc przyspieszyłam. Nareszcie wróciłam do biegania, i wparowałam na metę z czasem 4:19:40! Dwa tygodnie później czekało mnie to samo tyle że w Warszawie. Postanowiłam trzymać się zająca na 4:20. Przyspieszyłam później, ale tak żeby balony były za mną. Po raz kolejny się udało i 4:19:24. Byłam już mocno zmęczona ale w Poznaniu chciałam pobiec szybciej. Nie wzięłam tylko jednego pod uwagę - Poznań to nie Wrocław, i tu nie jest płasko.
Październik:
Tutaj kończyłam Koronę Maratonów Polskich (którą miałam już od Warszawy, ale koniecznie chciałam to zrobić w rodzinnym mieście). Start był stresujący (nie tylko opóźnienie, ale też zostawiłam żele w torbie którą oddałam mamie dosłownie na 8 minut przed startem) i zaczęłam za szybko. Miałam biec na 4:15, ale coś mnie podkusiło żeby przyspieszyć. I zdechłam przed połówką. Zaliczyłam taką ścianę jak chyba jeszcze nigdy. Na 33 km punkt kibica Kobiety Biegają postawił mnie na nogi bo przeczołgałam się obok nich płacząc, i mówiąc że już nie daję rady. Wtedy przyspieszyłam. Jak na trzeci maraton w przeciągu 5 tygodni to obsuwa była mała. Ostatecznie 4:26:31. A tydzień później dałam w palnik na pierwszym biegu City Trail. Piątaka wymęczyłam w 26:41 co było dla mnie ogromną niespodzianką, bo nie sądziłam że dam radę tak szybko pobiec po maratonie. W zasadzie nie zrobiłam żadnego roztrenowania (chyba nawet nie za bardzo było po czym), i kilka dni po starcie w maratonie rozpoczęłam współpracę z trenerem. I zaczęłam chodzić na jogę.
Listopad:
Jedziemy z koksem! Biegałam regularnie i wychodziłam z domu niezależnie od pogody. Nie ważne czy nawalał deszcz, wiało tak że ledwo stałam na nogach - w planie trening, trzeba go zrobić żeby nie tłumaczyć się trenerowi dlaczego jest czerwona kropka. W dodatku nareszcie złamałam 26 minut na 5 km i to w terenie! Drugi bieg CT i 25:53! Na biegu niepodległości otarłam się o życiówkę na 10 km: 52:21. Nie wiem jak mi się to udało, bo nie robiłam żadnych szybszych jednostek, a tylko klepałam kilometry w tempie żółwia. Koniec miesiąca na razie skromny: 114,36 km
Grudzień:
Zaczęłam mocno, bo startując pierwszy raz na Dziewiczej Górze. 5,2 km przebiegłam w 31:31 i tutaj wyszło że coś nie styka pomiędzy moimi nogami a płucami. Podbieg, zbieg - zero zmęczenia w nogach, zakwaszenia itd., ale za to ledwo nadążałam z oddychaniem. Tydzień później kolejny start w CT, i znowu poprawa: 25:47. Niby tylko 6 sekund, ale jak się cieszyłam! A zaraz po świętach, obżarta do granic możliwości, wystartowałam na 10 km. Była by kolejna życiówka, ale zabrakło 400 metrów chociaż trasa miała atest, więc mój rekord na dystansie 9,56 km to 48:12. Robi wrażenie to 4 z przodu nie? Miesiąc zakończyłam z największym kilometrażem ever jaki do tej pory zrobiłam: 195,2 km.

Życióweczki w 2017 roku:
- maraton: nope
- półmaraton: j/w
- 10 km: też nie
- 5 km: 25:47
Ale dopiero się rozkręcam!

Przebiegłam: 1414 km
Spaliłam: 165024 kcal
Na treningach spędziłam: 312 godzin, 31 minut i 02 sekundy

A co szykuję na 2018 rok? Będzie bardzo ciekawie! Sezon zaczynam od startu w poznańskim półmaratonie. Tydzień później czeka mnie maraton w Krakowie, i właśnie tu spróbuję złamać 4 godziny. Trasa łatwa nie jest, i będzie ciężko, ale gdzie indziej robić życiówkę jak nie tu, w Królewskim Mieście? Maj zacznę biegiem dla tych którzy nie mogą, czyli Wings For Life, jednak tym razem nie nastawiam się na jakiś konkretny dystans. Po prostu cisnę w trupa. Po tygodniowym odpoczynku, w nocy 12 maja, zmierzę się z dystansem 110 kilometrów na GWINT Ultra Cross. Czerwiec też będzie ciężki bo tym razem zacznę późnym wieczorem, o 22:00, a do pokonania będę mieć 100 kilometrów po górach. Sudecka Setka wita! Lipiec to wielka niewiadoma - wszystko jest uzależnione od funduszy. Do wyboru: 110 km w Lądku lub 80 km na TriCity Trail. Coś muszę wybrać, bo potrzebuję tych dodatkowych kilometrów, a to dlatego że w sierpniu nastąpi zwieńczenie moich przygotowań, i nie mogę tego wszystkiego zepsuć: Tatra Fest czyli 60 km po Czerwonych Wierchach oraz Tatrach Zachodnich! Być może we wrześniu wystartuję ponownie we wrocławskim maratonie lub po długiej przerwie na Forest Run 50 km - będę decydować na ostatnią chwilę. Natomiast październik to już tradycyjnie maraton w Poznaniu. A jeśli terminy się nie pokryją to bardzo chciałabym pobiec półmaraton w Krakowie. Czy to dużo? Nie. Są większe czubki niż ja ;) Będąc pod opieką trenera liczę na to że wszystko się uda i to bez kontuzji. To będzie dobry rok. Z pierdalnięciem!

26 grudnia 2017

Korona Maratonów Polskich

Postanowiłam zebrać w całość wszystkie pięć startów: opisać organizację, dojazd, zawartość pakietu startowego, trasę, i wszystko to, co jest dla nas biegaczy istotne. 
W planach było zrobienie Korony Półmaratonów i Maratonów w rok, ale udało się tylko to drugie, ponieważ wszystko pokrzyżowała kontuzja (znowu ITBS). Chciałam to ukończyć właśnie teraz, a dokładniej w około 6,5 miesiąca, bo moje biegowe plany sięgają 2019 roku (a 2018 już mam ogarnięty), i będę musiała bardziej skupić się na ultramaratonach, a nie asfalcie. 

DOJAZD
1. Dębno: czytałam opinie że ciężko się tam dostać, ale zupełnie nie rozumiem w czym problem. Z Poznania do Kostrzyna nad Odrą jest bezpośrednie połączenie PKP. Na miejscu (dworzec kolejowy) są autobusy podstawione przez organizatora, a na stronie zawodów znajdziemy godziny odjazdów. Wracamy do Kostrzyna dokładnie w ten sam sposób - również busem z Dębna. 
2. Kraków: PKP
3. Wrocław: PKP
4. Warszawa: PKP
5. Poznań: tu mieszkam ;)
OPŁATA STARTOWA (2017)

Dębno
Kraków
Wrocław
Warszawa
Poznań
Podstawa
140,00 zł
70,00 zł
90 zł -150 zł
100 zł – 168 zł
100,00 zł
Zniżka
NIE
TAK
(m.in. 50% dla zdobywców Korony Maratonów Polskich)
TAK
(15% dla zapisanych na Nocny Wrocław Półmaraton)
NIE
TAK
(20% dla osób które ukończyły Poznań Półmaraton)
Inne





Kwota uzależniona od przyznanego numeru startowego
Kwota uzależniona od rodzaju pakietu (z koszulką lub bez)


ZAWARTOŚĆ PAKIETU
Dębno
Kraków
Wrocław
Warszawa
Poznań
- koszulka techniczna New Balance
- numer startowy
- kubek
- ręcznik
- piwo
- żel energetyczny
- medal
- koszulka techniczna
- numer startowy
- żelki Frugo
- galaretki Wawel
- baton AcitvLab
- worek materiałowy
- medal
- koszulka techniczna 4F
- numer startowy
- chrupki
- chlebek Melvit
- owsianka Melvit
- probiotyki Sanprobi
- worek materiałowy
- medal
- koszulka bawełniana/techniczna (za dopłatą)
- plastikowy worek na depozyt
- numer startowy
- próbka żelu Perwoll
- gumowa opaska Adidas
- napój Arla
- żel pod prysznic Adidas
- próbka kapsułek DoppelHerz
- żel energetyczny
- kupony zniżkowe do Multikina
- medal
- koszulka techniczna 4F
- worek materiałowy
- numer startowy + chip
- żel energetyczny
- 2 piwa
- medal

Najbogatszy pakiet (a zarazem najdroższy) dostaniemy w Dębnie. Jeśli dopłacimy to następny w kolejności jest ten z Warszawy. Poznański wydaje się najbiedniejszy, ale wbrew pozorom jest porządny, koszulka jest świetnej jakości, worek tak samo (mam wszystkie worki z półmaratonu i maratonu odkąd je wprowadzili i są całe chociaż targałam w nich różne rzeczy) no i te dwa piwa! Kraków, Wrocław i Warszawa ma tzw. zapychacze, czyli jakieś chrupki, próbki, batony. A ulotki znajdziemy wszędzie.
PASTA PARTY I POSIŁEK PO BIEGU

Dębno
Kraków
Wrocław
Warszawa
Poznań
Przed biegiem
TAK
(opcja mięsna i wege)
TAK
(tylko mięsna)
TAK
TAK (za dopłatą)
TAK
(opcja mięsna i wege)
Po biegu
TAK
(opcja mięsna i wege) + piwo
NIE (pakiet „regeneracyjny”)
TAK
(opcja mięsna i wege) + Lech Free z pakietu
TAK (zupa)
TAK
(opcja mięsna i wege) + piwo
Być może dla Was to nieistotne, ale dla mnie tak - piwo po biegu! Piję naprawdę rzadko i dla mnie to jest poniekąd nagroda. Ambrozja, napój bogów i takie tam. To jedna z niewielu okazji kiedy mogę wypić alkohol, więc tu zdecydowanie wygrywa Poznań. Powoli wprowadzane są opcje wegetariańskie - we Wrocławiu był to makaron z warzywami, w Poznaniu z sosem pieczarkowym, a w Dębnie chyba też wersja warzywna. Jeśli chodzi o Kraków to każdy na mecie dostawał do ręki butelkę wody, izotonik, banany oraz siatkę, tzw. pakiet regeneracyjny w którym był baton, owsianka, mini chlebek i chyba coś jeszcze (niestety skleroza).
TRASA (PRZEWYŻSZENIA)*
Dębno
Kraków
Wrocław
Warszawa
Poznań
+161 m/ -147 m
+219 m/ -210 m
+84 m/ -99 m
+225 m/ -224 m
+100 m/ -119 m
Z tabelki wynika że Dębno wcale takie płaskie nie jest, ale jeśli chodzi o trudność trasy (podbiegi) to wg mnie (a właściwie moich nóg, które odczuwają każde wzniesienie) mogę ułożyć je w takiej kolejności:
Wrocław + Dębno (oba płaskie jak stół), następnie Warszawa i raczej na równi Poznań oraz Kraków.
Dlatego jeśli chcecie zrobić życiówkę albo niezbyt się zmęczyć to dwa pierwsze będą idealne.
ATRAKCYJNOŚĆ TRASY (SKALA 1-5)
Dębno
Kraków
Wrocław
Warszawa
Poznań
3
5
2
1
4
Od razu wyjaśniam skąd takie oceny. Wrocław i Warszawa pokazały, że nie mają nic do zaoferowania oprócz startu lub fragmentu w centrum. Reszta to były blokowiska i drogi szybkiego ruchu, wielopasmówki itd. W Dębnie było ciekawej pomimo pętli i tam się nie nudziłam. Poznań też puszcza nas blokami, i nudzi agrafką na Wildzie, chociaż w tym roku trasę zmienili i nie biegliśmy aż tyle przez Chartowo. Jednak jest piękna Malta gdzie wielu poznaniaków pewnie zaczynało biegać, ale też cudowny Sołacz! Kraków dla mnie wygrywa (nadal dwie pętle mnie zabijają), ale takiej atmosfery jak na ostatnich metrach od Wawelu do Rynku nie ma nigdzie!
ORGANIZACJA STREFY METY
1. Dębno: na mecie nie dostajecie folii NRC tylko foliowe wdzianko do utrzymania ciepła (bardzo fajna rzecz, wielorazowego użytku), i od razu jesteście kierowani do biura zawodów, gdzie znajdują się szatnie, prysznice, depozyty, posiłek po biegu, i stąd też odjeżdża autobus na dworzec PKP. Wszystko jest w jednym miejscu, nie trzeba krążyć.
2. Kraków: również folia na mecie, do ręki wciskają Wam opisane wcześniej siaty z jedzeniem, i wchodzicie do strefy z depozytami i szatniami. Nie zlokalizowałam tylko pryszniców. Na dworzec PKP mamy rzut beretem, bo wszystko znajduje się na Rynku Głównym.
3. Wrocław: zaraz za metą panowie wojskowi wydają wodę, i można było schłodzić się dodatkowo lodem. Następnie folia NRC oraz papu. Niestety jest trochę chodzenia bo musicie obejść stadion i jeszcze przejść się kawałek do biura zawodów, ponieważ tam są szatnie, depozyty i prysznice. Na przystanek tramwajowy też nie jest blisko, a do centrum jakieś 5 kilometrów.
4. Warszawa: wbiegacie na metę i idziecie kilkadziesiąt metrów wzdłuż ogrodzenia gdzie nie ma nic. Później dostajecie wodę, medal i jakąś śmieszną, plastikową pelerynkę. Jeśli ktoś trafi na dostawczaka z najdalszym numerem (jak ja) to zasuwa po swoje rzeczy jeszcze jakieś 300 metrów, po czym tyle samo musi się cofnąć żeby dostać się do szatni. A szatnie to ledwo stojące, małe namioty na trawie. Miałam problem ze zlokalizowaniem miejsca gdzie wydają posiłek po biegu. Najpierw rzuciło mi się w oczy stoisko z płatnym jedzeniem. Meta niby w centrum, ale też trzeba przejść jakieś 5 km na dworzec.
5. Poznań: strefa jest duża, nie tworzy się żaden korek. Ustawione są stoły z izotonikiem, owocami, czekoladą, w tym roku jeszcze z babeczkami, a wolontariusze chodzą między zawodnikami z tackami z kubkami wody. Przy wyjściu wydawane są folie NRC oraz medale, i przechodzi się do strefy gdzie mogą być już kibice. Tam wydawane jest piwo, a makaron dostaniemy w tej samej hali w której było Pasta Party. Depozyty, szatnie i prysznice znajdują się w hali obok, i wszystko jest w jednym miejscu. Na dworzec PKP jest jakieś 5 minut pieszo.

*Przewyższenia podaję zgodnie z tym co pokazał mi zegarek Suunto Ambit3 Sport.

Oczywiście możecie z wieloma kwestiami się nie zgadzać, ale o gustach się nie dyskutuje. Mimo to chętnie poczytam Wasze opinie i uwagi o każdym z biegów. Może jest coś o czym zapomniałam wspomnieć?

16 października 2017

18. Poznań Maraton

Dwa dni przed startem: zero stresu. Dzień przed: tak samo. W dniu startu: pełen luz! Jedyne czego się obawiałam to pogoda. Przecież jest pa(i)ździernik, a tu 20 stopni. Słońce przebijało się przez chmury i było bardzo ciepło. Wiedziałam że jeśli przygrzeje to zagotuję się już po 5 kilometrach i padnę jak mucha. Całe szczęście słońce przegrało i przez kilka godzin siedziało grzecznie za chmurką. O 8:30 tradycyjnie zdjęcie wkurw_team, a na 8:45 umówiłam się z mamą pod Sheratonem. 8:43 a jej nie ma. Zadzwoniłam, była już przy Święcickiego, więc powiedziałam że pójdę do toalety i niech poczeka na mnie na miejscu. Wyszłam, nie ma jej. Panika! Znowu dzwonię. Okazało się że nie chcą jej przepuścić. Dotarłam na początek stref i error: barierki i też nie przejdę. 8 minut do startu a ja z workiem w ręce. Przeszłam przez ogrodzenie w strefie 3:10, dobiegłam do linii startu i niestety tu też problem bo barierki. Złapałam kogoś z obsługi, zapytałam czy jest szansa dostać się na drugą stronę, bo wie pan, zaraz start, mama czeka, a ja z rzeczami... Wzięli ode mnie tobołek i zanieśli jej. Ulga, wróciłam do swojej strefy i zorientowałam się że nie mam żeli. Dwa miałam przy pasku, ale reszta została w worku. Żeby mnie jeszcze bardziej dobić okazało się że start opóźniono o ponad 50 minut. Organizatorzy robili co mogli żeby nas jakoś zająć (trzy razy rozgrzewka), a w pewnym momencie inicjatywę przejął Mezo i zaśpiewał "Życiówkę". Było mi wstyd stojąc w tym tłumie, bo jak tylko zapowiedzieli że zaśpiewa to ludzie zaczęli gwizdać. Rozumiem irytację (sama byłam zła, powoli robiłam się głodna), ale to nie jego wina że stoimy. W końcu ruszyliśmy. Całe szczęście mama czekała na przystanku. Zbiegłam na bok i wygrzebałam te cholerne żele (w dodatku sznurek od worka się zaplątał i nie mogłam go otworzyć). Do 10 kilometra było jeszcze znośnie, ale na Wildzie dotarło do mnie że jednak nie zrobię życiówki i nie poprawię czasu nawet o minutę. Od 20 kilometra aż do Sołacza ściana. Chciałam zejść z trasy. Na 33. popłakałam się widząc różową strefę kibica i dziewczyny z Kobiety Biegają. Wydukałam tylko że już nie mogę. Wtedy Zuza krzyknęła "ukończyłaś Chudego, dasz radę!". Wróciła moc chociaż część podbiegu na św. Wawrzyńca przeszłam. Na 37 kilometrze czekał Łukasz z piwem: jak to smakowało! A kawałek dalej zobaczyłam znajome legginsy. Podbiegłam i okazało się że to Marta. Chwyciłam ją za rękę i zapytałam co się stało, bo miała łamać 4 godziny. Niestety nogi ogłosiły bunt. Ale dała radę i dobiegła pomimo kryzysu! Ostatnie 3 kilometry ciągnęły się jak guma od gaci. Znam trasę, bo wiele razy tamtędy biegałam, ale nigdy podczas treningu to się tak nie wlokło jak wczoraj. Nareszcie rondo, Chemik, płot targowy, niebieski dywan, meta i... nic. Szłam a właściwie toczyłam się w bliżej nie określonym kierunku. Byle przed siebie. Nogi z ołowiu i pustka w głowie. Wzięłam kubek wody, muffinkę, stanęłam gdzieś na środku strefy żarciowej dla biegaczy, i mieliłam beznamiętnie tę bułę wypatrując przy okazji mamę i Paulinę. Po kilku minutach ruszyłam po medal. I tam stała mama. Podeszłam, przytuliłam ją i zaczęłam znowu płakać. Byłam zmęczona jak nigdy. Powiedziała tylko "i po co ci to było?", - "bo korona". I kolejna porcja smarków... Znowu nie mogłam się schylić żeby wyplątać chip. Ale musiałam się ogarnąć bo przecież trzeba było zrobić zdjęcie z całym złomem:
6 miesięcy, 5 maratonów i wymęczona Korona Maratonów Polskich. Większość osób (tych normalnych) robi to w 2 lata, ale ja się uparłam. Zresztą to nie jest jakiś specjalny wyczyn. Gdybym każdy maraton zrobiła w czasie poniżej 3:45 to można powiedzieć że to już jest coś. W moim wykonaniu to było klepanie grubo powyżej 4 godzin.
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka Kobiety Biegają
- 4x żele Nutrend (2x cola z kofeiną i 2x pomelo)
Podsumowanie:
- czas netto: 4:26:31
- brak otarć i innych urazów

Sprawdziłam międzyczasy na STS i żyłka mi strzela, bo biegłam na czas 4:10-4:14, ale zmęczenie zrobiło swoje. I tak dobrze że w porównaniu do poprzednich startów miałam obsuwę tylko 7 minut. 

Jeśli chodzi o organizację to poświęcę temu osobny post - zbiorę w całość wszystkie 5 maratonów wchodzących w skład KMP. Ale tak pokrótce: to pierwszy czasowy poślizg w Poznaniu w przypadku startu i przymykam na to oko, bo wg mnie to wciąż najlepiej zorganizowany bieg w Polsce. Odbiór pakietu, expo, zawartość pakietu, punkty odżywcze, strefa mety... tutaj wszystko jest na tip top. Dlatego jeśli ktoś pierwszy raz biegł w Poznaniu to mam nadzieję że jednak wróci ponownie, bo warto!

1 października 2017

39. Maraton Warszawski

Ten start stał pod dużym znakiem zapytania, ponieważ przez cały tydzień po wrocławskim maratonie męczyłam się z zawalonymi zatokami. Pochłaniałam spore ilości czosnku, miodu, cytryny i imbiru żeby tylko to cholerstwo przeszło. Całe szczęście udało się wyleczyć, ale małe osłabienie zostało.
Do Warszawy przyjechałam w godzinach popołudniowych i czekał mnie ten sam "rytuał" co dwa tygodnie temu: walizka do hostelu i spacer po pakiet. Postanowiłam skorzystać z ładnej pogody i przejść się te 5 km na Torwar gdzie znajdowało się biuro zawodów. Jak bardzo podniosło mi się ciśnienie po wejściu... Boksy wystawców ustawiono w taki sposób, że trzeba było obejść wszystko żeby dostać się po pakiet. Dzikie tłumy, pełno spacerowiczów, a pomiędzy nimi lawirowałam ja. Wściekła i głodna. Bo ja tylko po pakiet, nic nie kupuję, chcę go odebrać i wyjść, ale nie! Gdy już udało mi się przedostać przez ten tor przeszkód, doznałam jakiegoś zaćmienia, i zamiast podać wolontariuszowi swój numer startowy to pokazałam dowód. I stałam jak cielę.
W hostelu też nie było za ciekawie. Oprócz osób z obsługi byłam raczej jedyną osobą mówiącą po polsku. Pokój dzieliłam z Azjatką i trzema dziewczynami z Hiszpanii (chyba). Nawet o 6:00 rano miałam problem z dostaniem się do łazienki, a chcąc wyjść odbiłam się od drzwi. Za cholerę nie mogłam ich otworzyć i pół przytomna, o godzinie 7:30 stoczyłam walkę z żelastwem. Na start też dotarłam o własnych nogach, bo miałam niecałe 3 kilometry. Przed tradycyjne zdjęcie wkurw_team, a później sprint z walizką do depozytów. Były to samochody DPD i każdy na numerze startowym miał informację do którego dostawczaka ma oddać rzeczy.
Start mało efektowny. Puścili "Sen o Warszawie", ale jakoś specjalnie mi nic nie urwało. Przebiegłam pod dmuchaną bramą, odpaliłam zegarek no i znowu się zaczęło. Trasę sprawdziłam wcześniej ale na zasadzie "tu jedna prosta, tu druga, zakręt, zawijas i meta", rzuciłam okiem na profil i tyle. Wolałam nie wiedzieć co mnie czeka. I całe szczęście! Maraton Warszawski przebił trasę z Wrocławia jeśli chodzi o nudę. Tu nie działo się nic! Czułam się jakbym biegła po jednym, wielkim blokowisku, co jakiś czas wybiegając na jakąś ekspresówkę. Między 10 a 11 kilometrem nastąpiło zwężenie do 2-3 metrów, i to wyglądało jakby nas wyrzucili poza miasto. Jedynym fajnym fragmentem trasy był ten przez Łazienki. Tu było na prawdę super. A później znowu ekspresówka. Maraton w skrócie, czyli rozmowa ze sobą:
- start: niechcemisie
- do 6-8 km: ale fajnie! Spartanie Dzieciom i muzyczka gra!
- 10-11 km: co to kurwa za chaszcze? Gdzie ja jestem?
- 13-15 km: to jakieś miasto w mieście jest? Jaka ta świątynia paskudna
- 20-21 km: w startówkach po piasku?! Znowu?! Ale fajne chińskie lampiony! 
- 25 km: przybijam piątkę ze starszym panem zabezpieczającym trasę - przecudowny człowiek i sprawił że zaczęłam się uśmiechać
- 30 km: no to jest jakiś żart! Miało być płasko a tu podbieg na jakiś cholerny wiadukt!
- 31 km: serio?! Ale SERIO? Tam na dole jest meta? Może wskoczę do Wisły i przepłynę ten kawałek? Albo nie... bo to mi zajmie więcej czasu niż przebiegnięcie tych 11 kilosów. O! Cieć i ekipa! Słońca moje!
- 32-41 km: czarna, pieprzona dziura w głowie, i wyprzedzają mnie balony na 4:20
- ostatni kilometr: złapię was! Złapię! Ha! Złapałam! I wkurwy są!
Na mecie jeden wielki mindfuck. Płot z obu stron, jakieś 100 metrów niczego, i dopiero dawali medale. Kolejna długa prosta bez niczego: woda. I następna: jakieś worki foliowe czy coś zamiast NRC. No i na deser depozyty. Dostawczaki ustawione wzdłuż ulicy. Ja miałam numer 55 czyli musiałam przejść jakieś 400 metrów żeby odebrać walizkę, a następnie tyle samo cofnąć się do przebieralni, którą był wielki namiot z kilkoma ławkami w środku. Dobrze że przestało padać, bo w środku było by bagno. Po doprowadzeniu się do stanu używalności udałam się na poszukiwanie posiłku po biegu. Ciężko było to namierzyć... A jak już mi się udało, to kolejka mnie powaliła. Zresztą nie warto było czekać bo dawali cienką zupkę i "piwo" bez procentów. Wczołgałam się po schodach, usiadłam na ławce, zjadłam swoje zapasy, i spacerem ruszyłam w stronę dworca. 
Wyjdzie że się czepiam (już któryś raz), ale małe biegi w jakiejś pipidówie są lepiej zorganizowane niż maraton w stolicy. Punkty odżywiania bardzo słabe - woda, izotoniki, banany i chyba cukier. W dodatku stoły rozstawione tylko po jednej stronie przez co kilka razy wpadłam na ludzi, bo cały czas wielu nie ogarnia że jak weźmiesz kubek to zbiegasz na bok, a nie zwalniasz czy nagle się zatrzymujesz (!). No i jak na Warszawę to spodziewałam się ciekawszej trasy. Meta równie mało efektowna co start czyli brama na Wisłostradzie.
Ot, kolejny odklepany maraton. Całe szczęście nie będę musiała tu więcej biegać.
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 6
- opaski kompresyjne Zeropoint
- koszulka BBMLW
- 3 x żele Nutrend (śliwka, pomelo i cola z kofeiną)
Podsumowanie:
- czas: 4:19:24

Jeszcze raz dziękuję Maciejowi i całej zgrai wkurw_team za piątaki na 31 kilometrze i zaraz przed metą. Przy "życiu" utrzymywała mnie myśl, że ktoś czeka na trasie, i będę miała do kogo się odezwać. Jesteście najlepsi!

13 września 2017

35. Wrocław Maraton

Do Wrocławia jechałam lekko poddenerwowana. Nie byłam pewna na ile mogę sobie pozwolić, bo nie zrobiłam długiego wybiegania typowo pod maraton, i bałam się że znowu przygrzeje a nie dla mnie bieganie w słońcu. 
W hostelu byłam po godzinie 13:00.  Na miejscu okazało się że dzielę pokój z samymi mężczyznami, i wszyscy biegli! Nie wiem tylko co mnie podkusiło żeby szukać noclegu w centrum przy ruchliwej ulicy przez całą dobę. Nie mogłam spać przy otwartym oknie bo słyszałam dosłownie wszystko. Co chwilę się budziłam, i udało mi się zasnąć dopiero po północy. Jednak pobudkę miałam już około 5:30. Dzień zapowiadał się cudownie... Z zapałkami w oczach zwlekłam się z łóżka, wypiłam sok z buraków, i podeszłam do okna. Było pochmurno, chłodno, czyli w sam raz. Miałam nadzieję że pogoda się utrzyma. Wyszliśmy we trójkę jakoś po 7:00 licząc na bezproblemowy dojazd na stadion. I tak myślało jakieś kilkadziesiąt (jak nie więcej) innych osób. Na przystanku szaro od ludzi, a organizatorzy nie pomyśleli żeby zorganizować dodatkowy transport. Udało nam się wcisnąć do pierwszego tramwaju, i całą podróż spędziliśmy ściśnięci jak sardynki. Okna były zablokowane, w środku duszno i niewiele brakowało a pierwszych mdlejących zbierali by jeszcze przed startem. W drodze do depozytu znowu wpiłam sok, ale już na siłę bo żołądek był pełny. Szybko oddałam walizkę i sprint na grupowe zdjęcie. Takie o:
Zostało 30 minut do startu, a ja nadal nie wiedziałam na jaki czas się ustawić. W planie było 4:30 i przyspieszanie tak od 30-32 km. Spojrzałam na balony na 4:15 i przesunęłam się w ich stronę. Szybko się ogarnęłam, bo jak?! Ma być 4:30! Albo... może pobiegnę pomiędzy trzymając się tempa 6:15 min/km? Nie no! 4:30. Gdy mijałam linię startu to pomyślałam sobie "ty czubie, co ty znowu robisz?", i to wracało przez kilka kolejnych kilometrów. W skrócie cały maraton wyglądał mniej więcej tak:
- do 5 km: nie sapię i nie jestem czerwona na twarzy, coś jest nie tak, ja zawsze sapałam
- 6 km: za wolnoooo, przyspieszam!
- 10-25 km: mam tę moc! Dlaczego nie ustawiłam się na 4:15?
- 26-32 km: matko bosko biegowo jeszcze tyle kaemów! Nie chce mi się...
- 33-34 km: zerkanie co kilkanaście sekund na zegarek jakie tempo, bo nie może być wolniej jak 6:15 min/km, nogi totalny beton, ale zaciśnięte zęby i nie ma że boli. Nie zwolnię choćby się waliło.
- 35 km: mały error, żołądek chwilowo się zbuntował i krótki marsz na wodopoju 
- 36-38 km: lekki zjazd typu "otoczenie zaczyna się niebezpiecznie oddalać" ale trzymam pion
- 39-42 km: "kurwa no... dajcie żyć już". I kolejne przeliczanie że chyba uda się dobiec w 4:20-4:21
- ostatnie 200 metrów (czyli 600): brzuch wciągnięty żeby ładnie wyjść na zdjęciach, tempo 4:15 min/km (że ja, że tak szybko, wiatr we włosach), znowu rzucanie okiem na zegarek - uda się na 4:19!
(To jest 42 kilometr, i tak wygląda tempo 4:15 min/km w moim wykonaniu)
Od stref startowych dzida do mety, rogal przed bramą stadionu (tylko tam trzeba z gracją żeby stopy nie wykręcić bo ktoś wpadł na mądry pomysł żeby wyłożyć tu bruk), i jeeest! Stadion! I lekki WTF?! Ale że piach? Nie ma tartanu? Panie! Ja tu w startówkach, nówki sztuki i mam je w piachu tarzać? W każdym razie udało się. Nie wiem jak, ale mnie poniosło na 4:19:40! Dla jednych to nawet nie był bieg (no spoko, nie każdy jest w stanie to zrobić w 3 godziny choćby się zarzynał na treningach), ale jak na start po kontuzji, i w zasadzie bez przygotowań to jest to dobry czas. W dodatku gorszy od mojej życiówki tylko o 8 minut.
Co do samej trasy: dawno się tak nie nudziłam. Serio... To było beznamiętne, monotonne klepanie kilometrów po płaskim. Doliczyłam się trzech bardzo krótkich zbiegów, a podbiegów nie pamiętam, ale może dlatego że ich nie było (a moje nogi są w stanie odczuć każde, najmniejsze nachylenie). Robotę robili sami uczestnicy - na 8 km jeden śpiewał "Eye of the tiger" głosem kastrata, a chyba około 11 km ktoś miał w plecaku głośnik i odpalone radio. Mieszkańcy Wrocławia chyba uwielbiają Queen bo na 28 i 32 kilometrze zapodano nam "We are the champions" (ale to chyba powinno być na mecie prawda? Ja tu jeszcze umieram). Okazało się że robiłam nieświadomie za zająca, bo na mecie podszedł do mnie mężczyzna i powiedział że biegł za mną cały czas. Ale chyba pierwszy raz udało mi się utrzymać w miarę równe tempo (!).
Sprzęcior:
- kapcie Asics Hyper Speed 6 (takie startóweczki styropianowe dla tych co walą dyszkę poniżej 40 minut, a tu taki słoń jak ja zajeżdża je w tempie 6:04 min/km na maratonie)
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- koszulka BBMLW 
- 3 x żele Nutrend Cola z kofeiną
Podsumowanie:
- czas: 4:19:40
- miejsce OPEN: 3000 (hyhy, taka ładna liczba to podałam bo zazwyczaj byłam 738584)

To ten. Widzimy się w Warszawie!

5 września 2017

Bieg Ultra Granią Tatr 2017, czyli wolontariuszem być

Po Chudym Wawrzyńcu czekała mnie niezbyt ciekawa podróż do Zakopanego. Niby to tylko 100 kilometrów z hakiem, a dojazd zajął niemal cały dzień. Dwie przesiadki, oczekiwanie na peronach po 2-3 godziny, i przed 22:00 weszłam do pokoju. Szybkie mycie, nastawienie budzika i do łóżka, bo następny dzień miał być bardzo ciężki. 
Zgłosiłam się do wolontariatu na Bieg Ultra Granią Tatr, ponieważ chciałam w tym uczestniczyć chociaż w taki sposób, bo jestem jeszcze za cienka żeby wziąć udział. Jest to dla mnie bieg z serii "must pobiec", i mam nadzieję że uda się wystartować za 2 lata. Ale tym razem musiał mi wystarczyć identyfikator z napisem "Team". Jednak zanim wyruszyłam na swój punkt, to przez 3 dni robiłam rekonesans trasy żeby na własnej skórze poczuć to, z czym zmierzą się zawodnicy. W planach miałam rozłożenie tego na 2 dni, ale odezwało się zmęczenie po Chudym. Całość zrobiłam z przypadkowo poznaną przez internet osobą - Kamilem, który dzielnie znosił mnie i moje sapanie na szlaku. 
Dzień 1
Siwa Polana - Grześ - Rakoń - Wołowiec - Jarząbczy Wierch - Kończysty Wierch - Starobociański Wierch - Ornak - Hala Ornak
Dystans: ok. 26,5 km + ok. 5,5 km do wejścia Doliny Kościeliskiej 
Rohacze
Spotkanie przed podejściem na Starobociański Wierch
Dzień 2
Hala Ornak - Dolina Tomanowa - Ciemniak - Krzesanica - Małołączniak - Kopa Kondracka - Goryczkowa Czuba - Kasprowy Wierch - Hala Gąsienicowa/Murowaniec
Dystans: 16 km + ok. 5,5 km dojście do Hali Ornak oraz ok. 4,5 km zejścia do Kuźnic
 Czerwone Wierchy z Krzesanicy
Hala Gąsienicowa z Kasprowego Wierchu
Dzień 3
Hala Gąsienicowa/Murowaniec - Dolina Pańszczyca - Krzyżne - Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich - Dolina Roztoki - Wodogrzmoty Mickiewicza
Dystans: ok. 14 km + ok. 4,5 km dojścia do Murowańca z Kuźnic oraz ok. 3 km zejścia do Palenicy
Dolina Pańszczyca z Przełęczy Krzyżne
Razem: ok. 79 km, przewyższenia +4867 m/-4715 m

Najgorszy i wysysający z człowieka wszystko co się da jest pierwszy odcinek. Niby Tatry Zachodnie, na zdjęciach takie łagodne, kopulaste, a jednak potrafią człowieka sponiewierać. Ciężko się zbiegało. Zwłaszcza z Wołowca. Tam szłam, a właściwie dreptałam w miejscu. Włączyła mi się jakaś totalna blokada i nie byłam w stanie biec. Nie wiem czy to obawa przed ITSB, że znowu zacznie boleć, czy dlatego, że po obu stronach miałam przepaść, i wystarczyło jedno potknięcie żeby spaść i mocno potrzaskać się o kamienie. Z Ornaku już niemal do końca marsz, bo skończyła nam się woda i bardzo zdychaliśmy. Najbliższy strumień w którym można było uzupełnić zapas był niedaleko schroniska. Dzień drugi był najprzyjemniejszy. Kamil dał popalić nogom w pierwszy etapie, więc teraz ja korzystałam i leciałam jak szalona po Czerwonych Wierchach. Tym razem bez obawy, że jak polecę na twarz to przy okazji sturlam się jak beczka. Z Kasprowego mieliśmy schodzić, ale no... nie skorzystać i nie pobiec? Jak teraz sprawdzam zapis z zegarka to zastanawiam się jakim cudem nie połamałam nóg w takim tempie. Chociaż najlepsze miało dopiero nadejść! Ostatni etap niby lajtowy - tylko trzeba podejść na Krzyżne. Faktycznie nie było źle. Wesoło się zrobiło na zejściu. Tempo miałam zbliżone do wejścia, a kilka razy zdarzyło mi się po prostu usiąść z myślą "nie no to są jakieś jaja, nigdzie nie idę". Całe szczęście mieliśmy dobrą pogodę, bo gdyby zaczęło padać to chyba bym została na górze. Większość tego zejścia pokonałam na tyłku, więc całe szorty i kompresy były brązowe od piachu. Przy schronisku trochę zmoczyliśmy nogi w stawie (Kamil po sam tyłek), i tu zaczęło się dobre zbieganie. Jak wypadłam ze szlaku przy Wodogrzmotach to byłam wielkim, sapiącym, spoconym burakiem. Ale było warto! Odpuściliśmy ostatnie 15 km trasy (Dolina Waksmundzka, Kopieniec, Nosalowa Przełęcz), bo byłam mocno zmęczona, a przecież miałam jeszcze Chudego w nogach.
Na następny dzień zrobiłam sobie wolne, bo kiedyś trzeba odpocząć. Kamil pojechał, a na jego miejsce przyjechała Paulina którą znam z Instagrama. W planach miałyśmy Granaty, ale odezwała się noga. Wolałam nie ryzykować, zostałam w domu, a ona poszła sama na Giewont. 
Niewiele brakowało a nie poszłabym na odprawę. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałam sobie że odbędzie się 18 sierpnia, a nie 17. Całe szczęście przeczytałam raz jeszcze maila od organizatorów. O 19:00 wszystko się zaczęło: omówiono trasę, co nam wolno, czego nie, jak się zachowywać, wydano koszulki, identyfikatory, buffy i przydzielono do odpowiednich odcinków. Na początku chciałam zgłosić się do pierwszego, ale zbiórka o 1:30 w nocy ostudziła moje zapędy. No przecież mam urlop! Drugi odcinek był obsadzony, więc zgłosiłam się do trzeciego - od Murowańca po Wodogrzmoty.  Na nasz punkt miałyśmy dostać się przez Dolinę Suchej Wody. Po 3 km marszu zgarnął nas samochód TOPR w którym wieźli zupę pomidorową na punkt odżywczy do Murowańca. Tej jazdy po wertepach nigdy nie zapomnę. Miałyśmy taki zaciesz jak 5-letnie dzieci na karuzeli. Zjadłyśmy szarlotkę i około 8:00 wyszłyśmy ze schroniska. Razem z Kasią stałyśmy na Zadnim Upłazie, czyli na skrzyżowaniu żółtego szlaku na Krzyżne z czarnym na Rówień Waksmundzką. Zostałyśmy sędziami i do nas należało zapisywanie numerów zawodników, zgłaszanie ewentualnych przekrętów, zejść z trasy itd. Niestety u nas decyzję o rezygnacji z dalszego biegu podjął Bartek Gorczyca. Jeśli dobrze pamiętam to był wtedy na 2 lub 3 miejscu. Zostawił też GPS dlatego jeśli ktoś śledził zawodników to mógł bardzo się zdziwić widząc, że Bartek jakieś 4,5 godziny jest w tym samym miejscu, następnie cofa się do Murowańca, a później schodzi Doliną Suchej Wody - to byłam ja. Chyba najdziwniejsze pytanie zadał Robert Faron: "czy będzie jeszcze jakaś góra". Zgłupiałyśmy i pierwszą naszą myślą było "to on nie zna trasy?". Nie zatrzymywał się więc nie wiem czy słyszał nasze "jeszcze Krzyżne, później w dół Roztoki, i pod górę na Polanie pod Wołoszynem". Oprócz tego padło kilka propozycji matrymonialnych, na nasze pytanie o numer startowy niektórzy podawali numery telefonu (a wielu zawodników było już mocno zmęczonych, i często na nasz widok mamrotali "ale ładne dziewczyny"), ale najczęstszym pytaniem było to kiedy ma padać. Bo zbierało się i niemal dokładnie o 14:00 zaczęło lać. Ja stałam w bardzo twarzowej, niebieskiej, turystycznej pelerynce przypominającej worek na śmieci, a gdy przebiegał zawodnik to Kasia nurkowała pod nią żeby zapisać numer. Jednak nasz notes ostatecznie wyglądał jak szmata. Kilka razy zagrzmiało nam nad głowami, i dwa razy przeleciał helikopter GOPRu. Jednak żadnemu z zawodników nic się nie stało (było tylko kilka poodzieranych kolan z potokami krwi przez całe skarpety kompresyjne, a jeden wywinął orła zbiegając do naszej dziury). Cały czas spoglądałyśmy na zegarek, i zastanawiałyśmy się czy ci co dopiero do nas dotarli jeszcze zdążą w limicie na Wodogrzmoty, a zostały wtedy 3 godziny. Naprawdę starałam się odpowiadać na ich pytania najbardziej przekonywająco jak tylko mogłam, że na pewno zdążą i trzymamy za nich kciuki. Jak później sprawdzałam wyniki to całe szczęście wielu się to udało. Kilkanaście minut po godzinie 15:00 pojawił się zamykacz, i mogłyśmy zwinąć chorągiewki. Nad głowami znowu zagrzmiało i przyspieszyłyśmy. Po drodze znalazłyśmy na wielkim głazie bukłak - nie wiem jak można zgubić/zapomnieć coś tak dużego, ale oddałyśmy to do biura rzeczy znalezionych. Zejście wlokło się niemiłosiernie. Byłam cała mokra i pomimo stania kilka godzin w jednym miejscu (i tak naprawdę nic nie robieniu) zmęczona. Dłonie mi tak zmarzły że ledwo wyciągnęłam chip i nadajnik GPS z plecaka żeby oddać sędzi głównej (moje rękawiczki były w plecaku jednego z zawodników, który zapomniał swoich). Zjadłyśmy ciepły posiłek na mecie, osuszyłyśmy w toalecie, i około 20:00 byłam w domu. 
Cieszę się że wzięłam w tym udział! Poznałam fajnych ludzi, i miałam okazję pomóc spełnić marzenie wielu osób które wystartowały. Jesteście bohaterami niezależnie od tego jaki czas mieliście na mecie! To nie jest łatwy bieg, i nie ma tu przypadkowych osób. Gratuluję wszystkim i mam nadzieję że za 2 lata to ja pojawię się na trasie (po przeanalizowaniu czasu ruchu nawet byłabym w stanie to teraz ukończyć!). A jeśli nie to na pewno spotkacie mnie ponownie w czerwonej kamizelce ;)

A to robią wolontariusze w trakcie oczekiwania na pierwszego zawodnika...