Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty

8 maja 2017

4th Wings For Life World Run

7 maja zmierzyliśmy się po raz czwarty ze światem, ale też z samym sobą. Cele były dwa: przebiec jak najwięcej kilometrów dla tych którzy nie mogą, i zgromadzić jak najwięcej pieniędzy na badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym. 25 lokalizacji, ponad 155 tysięcy uczestników, i zebrane 6,8 milionów euro. 
Zachmurzenie, wiatr, niewielki deszcz, i stosunkowo niska temperatura jak na maj. Tak wyglądał tegoroczny bieg. Warunki przypominały te z pierwszej edycji, kiedy to udało mi się przebiec 13,21 km, i to był mój najlepszy wynik. Niestety w 2015 i 2016 roku było już ich mniej. W planach miałam znowu 15 km. 
Załadowana sokiem z buraków, pojechałam na Maltę zaraz po pracy. Byłam trochę niewyspana, ale pobudka o 4:00 robi swoje. Na miejsce dotarłam ok. 11:30 i od razu poszłam się przebrać. Po 12:00 spotkanie Wkurw_team, wspólne zdjęcie, i czekało mnie kilkanaście minut stania w kolejce do depozytu. Do ostatniej chwili nie zdejmowałam kurtki bo zostałabym wielkim soplem lodu. Około 12:30 weszłam ze znajomymi do strefy startowej i wtopiłyśmy się w tłum, bo wiadomo że w kupie cieplej. 30 minut później start! Pierwszy kilometr był najwolniejszy, bo przede mną było mnóstwo ludzi, a trasa aż do Baraniaka wąska co niestety bardzo spowalniało. A do tego trzeba dodać biegaczy którzy nie potrafili się odezwać, krzyknąć "lewa/prawa wolna, przepraszam" itd., tylko przepychali się, wbijając w innych łokcie, i bezczelnie przepychając się. Każdy chciał przebiec jak najwięcej, ale bez przesady... Po wydostaniu się z tego kotła można było odetchnąć bo na ul. Baraniaka, Królowej Jadwigi, czy Solnej zrobiło się szerzej i luźniej. Pierwszy wodopój na podbiegu na ul. Królowej Jadwigi. Dziki tłum, ludzie brali kubki, ale nie odchodzili na bok przez co blokowali innym dostęp. Udało mi się dorwać wodę, banana i pognałam dalej. Tutaj odczułam już zmęczenie, bo starałam się nadrobić te 3-4 minuty oczekiwania na starcie. Na większych skrzyżowaniach, a zwłaszcza na węzłach przesiadkowych jak Rondo Rataje czy Śródka, było sporo ludzi, więc dopingu nie brakowało. Wydaje mi się że w tym roku kierowcy byli bardziej wyrozumiali. Trąbili (ale nie dlatego żebyśmy skończyli bo chcą przejechać), wychodzili z samochodów, klaskali, krzyczeli. W pamięć zapadł mi pan w niebieskim garniturze jakoś przed 11 km. Wyszedł ze swojego samochodu, bił brawo, i mówił że "ze spokojem, my poczekamy". To było bardzo fajne i miłe, bo jak widać nie wszyscy puszkowcy mają spięte cztery litery. Gdy mijałam toi toie przy których rok temu zakończył się mój bieg, zaczęłam się śmiać, bo nie tym razem! Cisnę dalej! Na drugim wodopoju udało mi się dorwać tylko izotonik co odbiło się na tych kilku kolejnych kilometrach, bo już nie miałam siły. Kwasu w mięśniach tyle że można by wiadro uzbierać. Biegłam głową i sercem. Chciałam przebiec więcej niż te 13,21 km. Nawet gdyby to miało być tylko 13,22. Jak usłyszałam że już niedaleko jest samochód, spojrzałam na zegarek i coś mi nie pasowało. Leciałam poniżej 6:00 min/km co dawało mi lepszy wynik jak 15 km, ale po chwili przypomniałam sobie że przecież byłam w plecy o te 3-4 minuty na starcie, bo swoje musiałam odstać. Coraz większy hałas, wrzawa, krzyki że jest 300 metrów za nami, a ja jeszcze nie dobiegłam do 14 kilometra! Wydusiłam resztki energii z siebie i jest! Gdy minęłam chorągiewkę to uśmiechnęłam się, zwolniłam i czekałam na samochód, który wyprzedził mnie 100 metrów dalej. 
To był dobry bieg. Mój ostatni przed dłuższą przerwą, bo niestety ITBS wciąż nie daje mi żyć, i jestem stałym bywalcem gabinetu zabiegowego, gdzie dźgają mnie w pośladki w celu zmniejszenia stanu zapalnego.
(Źródło: t-run.pl)
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 6
- opaski kompresyjne Zeropoint
- rajty Kalenji
- koszulka BBMLW
Podsumowanie:
- czas: 1:23:01
- dystans: 14,12 km
Organizacja:
Niestety jest sporo rzeczy do których można się przyczepić, i to nie są duperele:
1. Depozyty: stałam kilkanaście minut żeby oddać worek. Lepiej było z odbiorem, bo kolejka była krótsza, ale to i tak zajmowało sporo czasu, bo kazano nam podpisać się na obu papierkach (jeden był przyczepiony do worka, a drugi dawaliśmy wolontariuszowi aby łatwiej było mu znaleźć nasze rzeczy). Gdy siedziałam na trybunach i widziałam te kolejki to współczułam ludziom którzy w taką pogodę marzną w krótkich rękawkach, bo nie dla wszystkich wystarczyło folii termicznych. 
2. Folie termiczne: ponoć były w autobusach. Ponoć bo nikt niczego nam w środku nie rozdał. Dostałam ją dopiero jak wyszłam z busa. O dziwo tym razem wody było pod dostatkiem, bo poprzednie dwie edycje pod tym względem to była żenada.
3. Posiłek po biegu: kolejka po horyzont, bo było jedno stanowisko wydające. Następne kilkanaście minut czekania i marznięcia.
4. Limit uczestników oraz lokalizacja: wystartowało ostatecznie około 5500 osób. Malta nie jest w stanie tylu ludzi pomieścić. Długi czas oczekiwania na start przez co nie mamy 30 minut na ucieczkę, a 20-kilka, i pierwszy kilometr to mordęga. Jest wąsko, ciasno... Start powinien być z poziomu ul. Baraniaka, szersza brama startowa, i mniejszy limit (ponownie jakieś 3000). Cel szczytny i wiadomo że im więcej osób tym lepiej, ale w Poznaniu się nie da, bo nie ma miejsca. 

Na koniec jeszcze kilka słów o zwycięzcach. W Poznaniu dali czadu. Po raz drugi wygrał Tomek Walerowicz przebiegając 85,14 km a jeśli chodzi o kobiety to triumfowała Joasia Zakrzewski z wynikiem 52,26 km. Natomiast zwycięzcą w przypadku biegaczy (można poniekąd powiedzieć że globalnym) został Bartek Olszewski pokonując 88,24 km. Dominika Stelmach zmiażdżyła rywalki (ale też rywali), ustanawiając rekord kobiet, czyli 68,21 km i zostając globalną zwyciężczynią. A to jeszcze nie koniec, bo w Cambridge również wygrał Polak, Jacek Cieluszecki, który przebiegł 68,80 km. Brawo! Wszystkim należą się gratulacje i pokłony, bo to co zrobili nie mieści mi się w głowie. Jednak dla mnie zwycięzcą totalnym jest Aron Anderson. Przeczytałam już kilka niezbyt fajnych komentarzy na jego temat: bo na wózku, więc miał łatwiej, bo z górki zjeżdżał i się nie męczył... A ktoś z tych narzekaczy pomyślał, że jednak tak łatwo nie miał? Że jednak przez ponad 6 godzin musiał się poruszać za pomocą siły własnych rąk? Że musiał pokonywać w ten sposób wzniesienia? Oglądał ktoś rywalizację do końca? Widzieliście jak on wyglądał i ile serca wkładał w to aby jeszcze trochę dokręcić? Jaki był szczęśliwy gdy minął go samochód? Ja prawie płakałam widząc to. 92 kilometry i 140 metrów. To jego wynik. Wejdźcie na jego instagram. Ten człowiek cieszy się życiem i z niego korzysta. Bierzcie przykład!

Widzimy się za rok, 6 maja 2018 roku. Tylko jeszcze nie wiem gdzie... Mam 3 lokalizacje na oku :)

2 maja 2017

16. Cracovia Maraton

Maraton w Krakowie, po zeszłorocznym starcie tam, stał się obowiązkowym biegiem w moim kalendarzu. Tym razem niewiele brakowało a nie dotarłabym na miejsce. A wszystko przez PKP. Z miesięcznym wyprzedzeniem kupiłam bilet przez internet. Wszystko ładnie, pięknie, aż nadszedł dzień wyjazdu. Ja, mistrz organizacji i planowania, zostałam na dworcu bo nie było mojego pociągu. Sprawdziłam tablicę odjazdów/przyjazdów i jedyny pociąg do Krakowa był o 12:21. Dotarłam na peron, nadal zero informacji i zapowiedzi, a po chwili na tablicy wyświetliło się: Szczecin Główny. Zamarłam. Bagaż pod pachę i sprint do punktu IC. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Dzień dobry! Bilet do Krakowa na dzisiaj proszę. Na najbliższy pociąg.
= Dzień dobry. Wątpię żeby były jakieś miejsca do Krakowa, bo jest majówka.
- Niech pani sprawdzi. Mogę stać, leżeć, jechać na dachu, ale muszę tam dzisiaj być!
= Do Krakowa na stojąco? Ale sprawdzę... Ma pani szczęście. Jest miejsce na 14:47.
- Biorę!
I tak lżejsza o 71 zł, po ponad dwu i półgodzinnym czekaniu, trzy godzinnej obsuwie dotarłam. Całe szczęście znajoma też biegła, była już na miejscu, i udało jej się wydrukować oświadczenie aby odebrać pakiet za mnie. Biuro zawodów zamykali o 20:00, a ja byłam na miejscu przed 21:00. Następnie czekał mnie kolejny sprint. Tym razem do hali gdzie był nocleg. Musiałam tam być przed 22:00, i wpadłam na styk. Weszłam do środka i od razu skierowałam się do tej samej sali w której spałam rok temu. Zostawiłam walizkę przed wejściem, wzięłam torbę, obeszłam wszystko, stanęłam w rogu, i zaczęłam się zastanawiać czy gdzieś tu się jeszcze wcisnę. Po chwili od jednego biegacza padła propozycja noclegu razem z nim - na dużym, dmuchanym, dwuosobowym materacu. Trzy razy zapytałam się czy na pewno, bo myślałam że sobie żartuje. A jednak nie! Pierwszy raz nie spałam na podłodze, na karimacie tylko pełen luksus. Materac!
Obudziłam się po 5:00, wyjrzałam za okno i pogoda nie zachęcała do wyjścia. Szaro, buro, trochę mgły, i deszcz. Pomimo paskudnej pogody nie skorzystałam z dojazdu tramwajem. Postanowiłam się przejść, bo dawno nie byłam w Krakowie, a że darzę to miasto miłością (jakkolwiek to brzmi w odniesieniu do jakiegoś miejsca), to chciałam chłonąć jego atmosferę na tyle ile się da. Po drodze zatrzymałam się przy pięknych kamienicach na ulicy Retoryka. 
Organizacja na Rynku Głównym była taka sama jak rok temu - w ten sam sposób ustawione toi toie (nawet z nich nie korzystałam, bo można nabawić się klaustrofobii w tym wąskim korytarzu), depozyty i szatnie. Problem miałam w depozycie bo tym razem najniższe numery znajdowały się na początku, a rok temu było odwrotnie. Sugerując się tym od razu poszłam na sam koniec, a tam zdziwienie... Musiałam przedzierać się z wielkim workiem, który się powoli urywał, między ludźmi, którzy postanowili akurat w depozycie się przebierać, rozgrzewać itd. Nie było tam miejsca, ale po co. Lepiej utrudniać wszystkim życie, stać w przejściach, nie przepuszczać, i jeszcze mieć pretensje że ktoś kogoś trąca bagażem. Przez te ceregiele spóźniłam się na zdjęcie Wkurw_team. Co prawda tylko 3 minuty ale jednak (zwłaszcza że ja organizowałam wszystko). Przed samym startem spotkałam jeszcze Monikę (ona odbierała mi pakiet), życzyłyśmy sobie powodzenia, i poszłyśmy do strefy. Chciałam spróbować atakować 4 godziny, bo jak biegłam w Dębnie to tempo na 4:15 było dla mnie wolne, konwersacyjne. Niestety nie byłam w stanie dopchać się do balonów, więc stanęłam gdziekolwiek. 
Start jak zwykle przepiękny! Zła pogoda nie odstraszyła kibiców i turystów. Wielu z nich stało w oknach i na balkonach hoteli przy Rynku. Zapamiętałam starsze panie które były na balkonie i odliczały razem ze spikerem, a gdy padło hasło "Start!", skakały i klaskały. Zupełnie jakby same startowały. Na początku było nieprzyjemnie, bo padało. Miałam kałuże w butach jeszcze zanim ruszyłam. Utrzymywałam całkiem sensowne tempo tak do 17-18 km. Tam minęły mnie balony na 4:15. Trochę się zdenerwowałam ale biegłam dalej. Gdzieś od 25 km zaczął wariować żołądek. Nie wiem co było powodem, bo żele miałam sprawdzone. Izotonik tak samo, a w trakcie całego biegu zjadłam tylko 1/3 banana, bo więcej nie potrzebowałam. Znacznie zwolniłam bo bałam się że zwymiotuję. Na każdym kolejnym wodopoju przechodziłam do marszu żeby żołądek się uspokoił. Przy Tauron Arenie na drugiej pętli wyprzedzili mnie pacemakerzy na 4:30. No trudno... Trzeba biec dalej. Gdzieś po 35 km dodatkowo zaczęło doskwierać mi pasmo, ale ból był mniejszy niż w Dębnie. Około 41 km był już bardziej upierdliwy i chciałam przejść do marszu, ale w tym miejscu, pod samym Wawelem znajdował się niesamowity punkt kibica. Podbiegł chłopak nadzierając się do mnie, później wołając przez mikrofon po imieniu, i od razu odechciało mi się iść. Do samej mety biegłam, a ostatnie 200 metrów to było coś pięknego, i znowu zdusiło mi gardło ze wzruszenia. Pomimo bólu wbiegłam na metę z uśmiechem.
(zdjęcie: fotomaraton.pl)
Kraków jest magiczny i chociaż uzyskany wynik jest beznadziejny to nie uważam tego startu za stracony czas. Kibice są tu najlepsi!
Trasa:
Krąży opinia że Kraków jest płaski i idealny na życiówkę. Kłóciłabym się bo płaskie jest Dębno, a następnie Poznań. 
Organizacja:
Znowu te kibelki na Rynku... Ciasno, tłok, ciężko się tam dostać, a później wydostać. Lepiej skorzystać z płatnej toalety w Sukiennicach. Jeśli chodzi o pakiet to w tym roku składał się z:
- koszulki
- medalu
- numeru startowego
- żelek Frugo (w moim pakiecie ich nie było)
- galaretek Wawel
- batonu białkowego ActivLab
- kuponu na Pasta Party
- worka
Na mecie każdy dostał coś w rodzaju pakietu regeneracyjnego, ale w tym roku był dość słaby. W siatce znalazłam keczup i musztardę Roleski, owsiankę, mini chlebek Melvit i baton. Chlebek i baton można zjeść od razu ale co mi po owsiance którą trzeba zalać mlekiem/wrzątkiem? Oprócz tego wydawano wodę, izotonik i banany. Nadal uważam że taki pakiet jest dobrym rozwiązaniem bo nie marnuje się jedzenie, ale pod warunkiem że jest tam coś sensownego, co faktycznie pozwoli na uzupełnienie energii. Po biegu poszłam coś zjeść bo inaczej bym padła w pociągu (co nie skończyło się dla mnie dobrze, bo czymś się strułam, ale nie jestem pewna czym).
Sprzęcior:
- kapcie Asics Hyper Speed 5 (polecam na deszcz, bo błyskawicznie "usuwana" jest woda ze środka, więc skończyło się bez otarć i pęcherzy)
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka BBMLW
- rękawki Halfworn
- 2 żele Nutrend Cola z kofeiną Natural Born Runners i 1 żel ALE Cola z kofeiną Natural Born Runners
Podsumowanie:
- czas netto: 4:38:13
- miejsce OPEN K20: 134
- uszkodzenia: jeszcze trochę ITBS

Wracając do PKP: pociąg powrotny miałam o 14:51, więc w tempie ekspresowym musiałam się ogarnąć po biegu. Gdy dotarłam na dworzec to pociąg już stał na peronie. Weszłam, usiadłam, i ulga. Po chwili przyszło małżeństwo z biletami na to samo miejsce co ja. Postanowiliśmy poczekać na konduktora i to wyjaśnić. Pociąg ruszył i po około 30 minutach kontrola. Co się okazało? Mój bilet od ponad miesiąca był nieważny. Myślałam że się rozpłaczę, bo tego już było za wiele. Kupowałam go w punkcie IC. Na początku chciałam miejsce na pociąg odjeżdżający przed 17:00, ale nie było miejsc. Rozmowa ta sama: bo majówka więc pełne obłożenie i jest tylko na 14:51 w pierwszej klasie. Ze strony konduktora padło pytanie, że jak mogłam nie sprawdzić daty. Ale jeśli kupowałam bilet w kasie, wyraźnie mówiąc 30.04 a nie 02.04 to co miałam sprawdzać? Wróciłam do domu, schowałam bilet żeby gdzieś się nie zapodział i tyle. Musiałam kupić kolejny, ale tym razem 97 zł w plecy... Po powrocie złożyłam reklamację na oba, bo w końcu nie były wykorzystane i mam nadzieję że otrzymam zwrot, bo kwota mała nie jest. Takich problemów z PKP jeszcze nigdy nie miałam. 

W planach miałam październikowy półmaraton w Krakowie, ale niestety termin pokrywa się z poznańskim maratonem z którego nie zrezygnuję. Dlatego widzimy się w Królewskim Mieście na 17. Cracovia Maraton!

9 kwietnia 2017

10. Poznań Półmaraton

Zaczęłam od Dębna, więc teraz wypadało by wrócić do Poznania. 
To było moje drugie podejście do złamania 1:55. Wydaje mi się że zimę przepracowałam o wiele lepiej niż rok temu, mimo to czegoś brakowało. Ale, ale! Znowu zaczynam od końca, więc może przenieśmy się do 24 marca, czyli na 2 dni przed startem. Od razu po pracy pognałam odebrać pakiet. Na Expo spędziłam bardzo mało czasu, bo nie chciałam kupić czegokolwiek. Przechodząc obok stoisk z pięknymi, kolorowymi butami, opaskami, czy czapkami, wmawiałam sobie że wszystko mam. Całe szczęście podziałało. Spotkałam też sporo znajomych osób i wymieniłam na szybko kilka zdań. Na sobotę umówiłam się z nowo poznanymi członkami wkurw_team na Pasta Party. A że było nam mało to wybraliśmy się jeszcze do miasta na kawę i ciacho. Z soboty na niedzielę była zmiana czasu i spaliśmy o godzinę krócej. Ustawiłam wszystkie budziki jakie miałam żeby nie lecieć z wywieszonym językiem na start (mam aż 600 metrów do pokonania, tyle wygrać!). Szybko zasnęłam, ale ta godzina w plecy dużo zepsuła, bo po przebudzeniu czułam się jakby mnie rozjechał czołg. Tradycyjnie bułka z dżemem, pół litra soku z buraków i można było wychodzić. Przed startem zdjęcie z wkurw_team i ciśniemy:
Znalazłam pacemakerów na 1:55 i pozostało mi czekanie na start swojej strefy. Powoli przesuwałam się o przodu aż trochę ich wyprzedziłam. Nagle za moimi plecami wyrósł ochroniarz z linką, i balony zostały za mną. Musiałam wystartować z szybszej strefy co wybiło mnie z rytmu, bo przez cały czas próbowałam uciekać przed balonami. Gdy zbliżał się ten słynny podbieg na ok. 10,5 km lekko się spociłam, bo będąc na agrafce zobaczyłam zająców. O dziwo nie cierpiałam tak bardzo jak rok temu. Zwolniłam, ale po wczołganiu się na górę przyspieszyłam, i udało się wrócić do poprzedniego tempa. Niestety radość trwała krótko. Na 12-13 kilometrze wyprzedzili mnie, a ja już nie miałam siły utrzymać tego tempa. Zaczęło się przeliczanie w jakim czasie dotrę do mety. Na początku ubzdurałam sobie że przecież uda się na 1:55, no może 1:56. Po czym przypomniałam sobie że oni wystartowali jakieś 3 minuty po mnie, więc nie jestem w stanie nic nadrobić. Pozostało mi po prostu dobiec do mety. Jakoś na 17 km na Rondzie Skubiszewskiego dopadł mnie kryzys. Na myśl o długiej prostej odechciało mi się biec. Wlokłam się z totalnie pustą głową. Nie myślałam o niczym, nic do mnie nie docierało. Mijałam biegaczy siedzących na krawężnikach, których podtrzymywali ratownicy, a ja dalej: lewa, prawa, lewa, prawa. Dopiero na skrzyżowaniu Matejki/Szylinga/Grunwaldzka przyspieszyłam. I nareszcie! Upragniony skręt na targi i do hali! 
(fot. Fotografia Patryk Stremich)
Meta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Co prawda od pomarańczu aż raziło, ale tam było dużo ludzi, super doping, a pomiędzy biegaczami lawirował Mezo, który dawał koncert zaraz po ukończeniu biegu. Zwątpiłam trochę bo nie za bardzo wiedziałam gdzie jest ta meta (a przecież trzeba zastopować zegarek!), ale udało się wypatrzeć matę. 
Ledwo dysząc skierowałam się na prawo, za wszystkimi. Na wyjściu z hali dostałam medal oraz kwiatka. Do tego momentu było wszystko ok po czym zaczął się horror. Łącznik pomiędzy obiema halami był zatkany. Żeby przejść gdziekolwiek trzeba było się przeciskać. W dodatku świeciło słońce, więc w środku było jak w szklarni. Udało mi się wydostać do strefy z jedzeniem. Tam również ścisk. Szłam wzdłuż stołów szukając pomarańczy. Okazało się że były z drugiej strony, więc znowu przepychanie. Gdy już wpadły w moje ręce, stanęłam z boku, ściągnęłam chip, i niestety musiałam cofnąć się do szklarni. Oddałam chip i ruszyłam do wyjścia przez halę w której były szatnie i depozyty. Tu czekał kolejny problem. Na wejściu stali ochroniarze którzy nie wpuszczali kibiców, ale niestety ich zachowanie (kibiców) pozostawało wiele do życzenia. Pchali się w przejściu i zupełnie nie pozwalali wyjść biegaczom. Cisnęły mi się na usta niecenzuralne słowa, bo ledwo wleczesz nogami, jesteś głodna, zmęczona, i nie możesz wyjść bo stado baranów blokuje drogę, bo już teraz, zaraz, natychmiast musi się zobaczyć ze swoim misiem pysiem. Udało mi się dostać pod halę gdzie wydawano makaron i piwo. Po 10 minutach krążenia znalazłam mamę, i poszłam jeść. Makaron dostałam bez problemu, ale to co się działo przy wydawaniu piwa... Niby były jakieś kolejki, ale w zasadzie można było się wepchnąć bez problemu. Nie przypominam sobie żeby rok temu były takie tłumy, i taki problem z piwem (dla mnie to istotna sprawa, bo na % pozwalam sobie w zasadzie tylko po biegu, a na "co dzień" nie piję).
Pakiet startowy:
Tradycyjnie, jak to w Poznaniu:
- fajny, solidny worek
- pasująca kolorystycznie koszulka techniczna 4F
- piwo Miłosław
- numer startowy
- bon na Pasta Party
- medal i żarełko po biegu
Trasa:
Identyczna jak rok temu. Zmiana była kosmetyczna i dotyczyła tylko początku. Zamiast skręcać na Most Dworcowy, biegliśmy w stronę Kaponiery, Cytadeli, a tam na Garbary. Według mnie to nadal zły pomysł, bo na wysokości Sheratona przy przystanku tramwajowym znowu był zator, i musiałam stanąć. Tłok był aż do Garbar. Kompletnie nie rozumiem dlaczego nie możemy biec w drugą stronę... No i bardzo bym chciała żeby zmniejszono limit, i wróciła trasa z 8. Poznań Półmaratonu.
Organizacja:
Nie mam do czego się przyczepić oprócz jednej rzeczy o której napisałam wcześniej - strefa zawodnika. Ten nagrzany, zamknięty łącznik, gdzie nie było totalnie przepływu ludzi: tragedia. Wydaje mi się że łącznik powinien być otwarty, i dla nas odgrodzona od kibiców przestrzeń na placu przed halami, tak że moglibyśmy się bez przepychania dostać na makaron. Za to meta wymiata! Ponoć tam było duszno, ale mój organizm nie zarejestrował tej oszałamiającej zmiany temperatury. Mam nadzieję że w przyszłym roku też będzie finisz na hali.
Sprzęcior:
- kapcie New Balance Minimus Zero
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka BBMLW
- 3 żele ALE cola z kofeiną
Podsumowanie:
- czas netto: 1:58:12
- miejsce OPEN K20: 871
- skurcze/obtarcia/pęcherze: brak

Potwierdza się to co kiedyś napisałam - nie mam szczęścia do półmaratonów w rodzinnym mieście. Kolejne podejście do złamania 1:55 w czerwcu we Wrocławiu.

3 kwietnia 2017

44. Maraton Dębno

Powinnam zacząć od wpisu na temat 10. PKO Poznań Półmaratonu, ale wczoraj biegłam w Dębnie, i ten start o wiele bardziej zasługuje na pierwszeństwo.
Zacznę od tego, że w czwartek postanowiłam zrobić ostatni, lekki trening czyli 40 minut na bieżni a następnie trening funkcjonalny. Po 20 minutach biegu pojawił się niewielki ból w okolicy prawego kolana, który z każdą sekundą coraz bardziej doskwierał. Zakończyłam na 24 minucie, bo już wiedziałam co się stało: wysiadło mi drugie pasmo biodrowo-piszczelowe. Pięknie... na 3 dni przed startem. Zadzwoniłam do dziadków i na drugi dzień byłam u ortopedy. Liczyłam się z tym że zastrzyk może naruszyć co nieco i może się pogorszyć, ale nie miałam nic do stracenia. Dostałam jeszcze leki przeciwbólowe i tyle. Wróciłam do domu, na tyle na ile mogłam porozciągałam i do spania, bo w sobotę wyjeżdżałam.
Odbiór pakietu poszedł bardzo sprawnie. Dostałam odpowiedź na wszystkie swoje pytania, odesłano mnie do stanowiska wydającego skierowania na nocleg, i dokładnie wytłumaczono jak dojść na halę. 
(Było też małe Expo ale ominęłam szerokim łukiem żeby nie kupić czegoś bardzo "potrzebnego")
Dokulałam się na miejsce, rozpakowałam cały bajzel i wyruszyłam na Pasta Party, które zaczęło się o 17:00. Wizualnie klapa. Nałożono mi zlepek rozgotowanego makaronu który wyglądał jak wielka klucha. Całość ratował sos.
(Była też wersja bezmięsna)
Wróciłam na swój kawałek podłogi i przygotowałam sprzęcior na rano. Przy okazji poznałam Pana Jana który organizuje Cross Maraton Jana Kulbaczyńskiego po ziemi Kodeńskiej i Piszczackiej. W związku z tym że to jego bieg, to wiadomo że będzie zachwalał. Ale to na prawdę sympatyczny człowiek, i na pewno impreza wygląda tak jak opisuje, więc jeśli w okolicach marca macie wolny termin to polecam (klik). 
Pierwsze podrygi przedstartowe zarejestrowałam po godzinie 5:00 rano. Budzik nastawiłam na 7:30 więc trochę się wkurzyłam jak bladym świtem ludzie zaczęli się zrywać i powoli szykować. Od tego momentu mój "sen" wyglądał raczej jak czuwanie. Około 6:30 stwierdziłam że to nie ma sensu i zaczęłam czytać książkę. Większość wokół mnie była już ubrana, z numerami startowymi na klacie oraz spakowana (była 8:00 a start o 11:00), a ja nadal leżałam wbita w piżamę i śpiwór. Totalny luz i zero stresu przed biegiem. Jedyną moją myślą było "co ja tu do cholery robię", ale szybko o tym zapominałam przegryzając bułkę z dżemem i zalewając ją sokiem z buraka. Jakoś o 9:30 ruszyłam cztery litery do toalety, umyłam się, ubrałam, i coś tam zaczęłam pakować, a po 10:30 spacerkiem dotarłam do depozytu. Przed oddaniem rzeczy wolontariusz zapytał czy na pewno wszystko mam, i dopiero wtedy zabrał ode mnie walizkę. Teraz już nie było odwrotu i ruszyłam za tłumem w stronę startu. Tam małe zdziwienie, bo nie mogłam dostać się do swojej strefy (tzn. stref nie było, ale uznałam że podział jest na podstawie pacemakerów) z boku, tak jak jest na większości biegów, tylko wchodziłam przodem przepychając się między elitą. Najadłam się stresu, bo do startu zostały 3 minuty, a zegarek nie chciał znaleźć sygnału GPS. Jednak idealnie zsynchronizował się ze strzałem startera. Gdy usłyszeliśmy hasło "start" na tarczy pojawiła się informacja że jest sygnał. Odetchnęłam i mogłam ruszyć. Postanowiłam trzymać się zająca na 4:15 bo w planach nie miałam ataku na życiówkę. To miał być rekreacyjny, bezstresowy bieg. Bałam się pętli, bo nie przepadam za takimi trasami. Tutaj cztery razy wracałam na ten sam punkt odżywczy co było dość denerwujące, ale całość minęła zaskakująco szybko. Około 7 kilometra zagadał do mnie jeden z uczestników i biegliśmy razem jakieś 15 kilometrów. Niestety nie zapamiętałam numeru startowego żeby go odnaleźć na twarzoksiążce, ale zaprosił mnie do swojej winnicy w Toskanii, którą kupi za jakieś 10 lat jak będzie obrzydliwie bogaty. Poczekam na zdjęcia z fotomaratonu, znajdę go i odezwę za te 10 lat :D Bieg ulicami Dębna był niezapomniany. Cały czas stały tłumy! Gdy przebiegaliśmy przez wsie to tam także był doping. Starsza pani waliła w bęben, strażacy odpalali syreny... coś cudownego! Pierwszy problem pojawił się około 27 kilometra kiedy konkretnie mnie zakuło w bok kolana. Musiałam się zatrzymać i przejść do krótkiego marszu. Pomogło i ruszyłam dalej. Niestety od 35 kilometra było coraz gorzej i zaczęłam odliczać ile mi jeszcze zostało, ile to zajmie, byle zająć czymś głowę. Na 36 kilometrze pojawił się płacz. To był mój sposób na ból czyli uwolnienie enkefalin. Jakiś kilometr dalej minęłam kobietę, która widząc moją koszulkę krzyknęła "Dalej! Biegnij jak cię to wkurwia!". Zaśmiałam się i odpowiedziałam że teraz to mnie wszystko wkurwia. Poczłapałam dalej i cały czas płakałam. Jakoś przed 42 kilometrem minęłam większą grupkę, która widząc moje skrzywienie i łzy, zaczęła głośno dopingować i krzyczeć jaką mam piękną opaskę. Kawałek dalej wyskoczył mężczyzna krzyczący do mnie Marianna (albo Marita, już nie pamiętam). Ostatnie 200-300 metrów to było ogromne wsparcie ze strony mieszkańców. Ja nadal zaryczana, zasmarkana i skrzywiona kuśtykałam do mety, a oni krzyczeli i pomagali jak mogli. W pewnym momencie nie wiedziałam czy płaczę z bólu, czy wzruszam się że tyle osób mnie otacza, i jest tam dla nas. We wszystkich biegach w których brałam udział meta była oddzielona barierkami (Poznań w tej kwestii rządzi, wokół ciebie jest dywan, długo nic, echo, barierki, i dopiero ludzie), a tutaj jak na wyścigach kolarskich - wąski korytarz, szerokość może metr, i tłum! Nikt nie wchodził tobie pod nogi i na trasę. Jeśli chodzi o nagromadzenie emocji na mecie to nie wiem czy tu nie było ich więcej niż w Krakowie. Nie chciałam żeby ten bieg się kończył, bo było rewelacyjnie, ale ze względu na ból marzyłam o mecie. Nie wiem jakim cudem to się udało, ale pomimo ITBS dotarłam w 4:25:11. Zero zmęczenia, nic mnie nie bolało. Zupełnie jakbym nie przebiegła maratonu, a może z 10 kilometrów. Gdyby nie ten ITBS... Ale co zrobić. Zdarza się pomimo wizyt u fizjoterapeuty i ćwiczeń. Planowałam dobiec jakieś 10 minut szybciej żeby w miarę spokojnie się ogarnąć i zdążyć na autobus odwożący do Kostrzyna, ale ze względu na obsuwę musiałam się streszczać. Ekspresowe ogarnięcie, przebranie, i tak szybko jak mogłam (he he... tiptopami po jednym stopniu jak stara babcia) wbiłam do busa. A że zostało mi jakieś 6 minut to zabrałam numer startowy i "poszłam" po piwo, bo kolejki do makaronu były o wiele dłuższe. Podeszłam do panów stojących na początku, i zapytałam czy mogę bezczelnie się wepchnąć, bo zaraz odjeżdża mi autobus a mnie bardzo suszy. Przepuścili mnie (dziękuję raz jeszcze), wzięłam złoty trunek, wróciłam pod bus, szybko wypiłam i w drogę. 
Pomimo bólu będę dobrze wspominać ten start. Z góry założyłam że będzie tak sobie, ale całość zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Organizacja jest na bardzo wysokim poziomie, i sam bieg w takim małym mieście, przy niewielkiej ilości uczestników (ok. 2100 osób) ma swój klimat. Cieszę się że tu przyjechałam, bo bardzo mi się podobało, i na pewno wrócę za rok (pomimo niezbyt oszałamiającego makaronu, ale to mały szczegół).
Sprawy "techniczne"
Dojazd:
Z Poznania do Kostrzyna nad Odrą jest bezpośrednie połączenie PKP (ale więcej jest tych z przesiadkami). Natomiast z Kostrzyna organizator zapewnia bezpłatny autobus, który zawiezie nas pod samo biuro zawodów. Transport jest przeddzień zawodów jak i po. 
Nocleg:
Można skorzystać z bezpłatnego noclegu na hali (do wyboru przy starcie lub mecie). 
Pakiet:
Wiele osób narzekało na cenę (140 zł), i że gdyby nie korona to pewnie nikt by tam nie przyjechał. Jednak po tym co zobaczyłam to nie dziwię się że koszty były takie a nie inne, ponieważ pakiet zawierał:
- koszulkę techniczną New Balance
- medal
- kubek (do wyboru 2 wzory)
- ręcznik (do wyboru 5 kolorów)
- piwo
- numer startowy
- żel energetyczny
- kupon na Pasta Party, posiłek po biegu oraz piwo
oraz zabezpieczenie trasy, jedzenie na punktach itd., czyli całą tę otoczkę o której zawsze zapominamy, bo liczy się to co dostaniemy do ręki. Mimo to uważam, że przydałby się pakiet bez tych wszystkich pierdół typu koszulka, kubek... Koszulek mam tyle że powoli się nie mieszczą w szafie.
Trasa:
Jeśli chcecie robić życiówkę to tylko tu. Jedyny "podbieg" jaki zarejestrowałam jest przed 14 km w Dargomyślu. Ale jeśli mnie nie bolało, nie paliło i nie wkurzało to znaczy że jest płasko, i można cisnąć do porzygu.
Podsumowanie:
- czas netto: 4:25:11
- miejsce OPEN: 1573
- miejsce w kategorii K20: 37
- skurcze/obtarcia/pęcherze: brak
- inne: ITBS
Mój sprzęcior:
- buty Asics Hyper Speed 5
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- majciochy Kalenji
- koszulka BBMLW (klik)
- 3 żele ALE cola z kofeiną

Ze względu na kontuzję (rozwalone oba pasma to jest pech, chociaż pech to mało powiedziane) musiałam zrezygnować ze startu, który miał odbyć się 22 kwietnia. Całe szczęście bez problemu udało mi się sprzedać pakiet. Przede mną inne, ważniejsze biegi, więc muszę do tego czasu ogarnąć ITBS na tyle ile się da. 

29 grudnia 2016

Podsumowanie: 2016

Długo mnie nie było, ale nie chciałam Wam spamować sucharami. Rok powoli się kończy, a więc pora na podsumowanie. Biegowe oczywiście. Jak zwykle miałam kilka postanowień, które nie wypaliły, ale dużej katastrofy nie ma. Po kolei (tu "postanowienia" na 2016 rok: klik):
1. Dietę jako tako ogarnęłam. Niestety nadal biorę żelazo, ale już nie tak często. W styczniu mam następną kontrolę, i wtedy się okaże czy znowu ferrytyna spadła, czy utrzymuje się na sensownym poziomie. Chciałabym powoli rezygnować z mięsa, ale wszystko zależy od badań. Masa ciała bez zmian, tj. 58-60 kg, ale lecą centymetry z obwodów, czyli nie tracę mięśni. Jestem dobrej myśli że jednak uda się tym razem zejść chociaż do tych 55 kg.
2. Z półmaratonem utknęłam. Start w tym roku był jeden, w Poznaniu. Wymęczyłam tam 1:59. No nic, życie. Nie zawsze trzeba robić życiówki. (relacja tu: klik)
3. Trzecia edycja Wings For Life była dla mnie katastrofą katastrof. Armagedonem i końcem świata. Tak złego startu chyba nigdy nie miałam. Zrobiłam najmniej kilometrów ze wszystkich edycji. Ale jak chcecie poczytać o tym to zapraszam tu: klik.
4. Ah ten maraton. Chodzi za mną te 3:59 i ciągle nic. Najpierw w Krakowie 4:14:05 (klik), a w Poznaniu 4:11:37 (klik). Jednak nie poddaję się. W końcu to zrobię!
5. No z tym rozciąganiem to bywało różnie. Zdarzało się że robiłam to przez tydzień, czy dwa, a później znowu leń. Dlatego nadal jestem sztywna jak kij od szczotki.

Jeśli chodzi o starty w ultra to udało się ukończyć Zielonkę +75 km (klik). Co prawda nie było to zbyt miłe przeżycie, i gdy sobie to przypominam to wszystko mnie boli. Ale chyba dzięki temu ogarnęłam się, i już wiem że nie warto zarzynać się na trasie. Opamiętałam się na nieudanym starcie na Chudym Wawrzyńcu (klik), i zrezygnowałam z Łemkowyny. Bardzo chciałam tam pobiec, ale na 100% noga znowu by wysiadła zwłaszcza, że na błocku nie jest stabilnie, a to dla ITBS dobre nie jest. 
Triathlon nadal mnie męczy i chodzę na basen. Nie tak często jak bym chciała, ale pociesza mnie to, że z moim pływaniem nie jest aż tak źle. Nadal stresuję się, bardzo szybko oddycham bo brakuje mi tlenu, przez co próbuję płynąć jak najszybciej, ale mam nadzieję że w końcu to ogarnę. Do fizjoterapeuty też chodzę. Naprawił mi pasmo i na razie dziadostwo uspokoiło się, i mogę biegać. 

Trochę cyferek:
- przebiegłam: 1287 km
- spaliłam: 164838 kcal
- na treningu spędziłam: 278 godzin, 50 minut i 51 sekund
A rok jeszcze się nie skończył ;)

Wystartowałam w 16 biegach robiąc życiówki na następujących dystansach:
- 10 km - 52:07
- 42,195 km - 4:11:37
Jakie plany na 2017 rok?
1. Tu nie ma żadnej niespodzianki. Tradycyjnie, niezmiennie, i jak zwykle - schuść :D
2. Do czterech razy sztuka czyli Wings For Life i minimum 15 kilometrów.
3. Poznański półmaraton w 1:55 (a jeśli nie Poznań to Kraków bo tym razem nie odpuszczę i jadę).
4. 4 godziny połamane, skopane i zmiażdżone w pył na maratonie. Jeszcze nie wiem na którym, ale 2017 to będzie ten rok, kiedy to się stanie.
5. Skopanie chudej dupy Wawrzyńcowi na trasie +80 km. Nie odpuszczę!
Oprócz tego mam jeszcze trzy chore plany, ale ich nie zdradzę. O rezultatach dowiecie się w maju i październiku. Wtedy wszystko powinno się skończyć. Mam nadzieję że szczęśliwie.

11 listopada 2016

1. Poznański Bieg Niepodległości

W Poznaniu miały odbyć się dwa biegi niepodległości. Pierwszy - nieznani organizatorzy, nie wiadomo skąd, i o co chodzi. Drugi - palce w nim maczał Artur Kujawiński, czyli KB Maniac, Maniacka Dziesiątka, i wszystko jasne. Do tego dobra promocja w mediach społecznościowych, i ten drugi wygryzł pierwszy. Najpierw zaprezentowano koszulki (po 8347583 różnych, bezsensownych sondach), a później przyszedł czas na medal. Napięcie rosło, bo taki piękny, warto się dla niego pomęczyć, i wypluć płuca. Limit? 10 000. Niby fajnie, dużo ludzi, trasa całkiem spoko, i nie powinno być problemów z przepustowością. Ale pierwsze zgrzyty pojawiły się już przy odbiorze pakietu. Zazwyczaj nie zwracam uwagi na jego zawartość, i gdy jest taka możliwość to zawsze wybieram opcję numer startowy+chip, bo koszulek mam tyle że wypadają z szafy (no chyba że dają buff, softflaski czy coś co się faktycznie przydaje), ale tu za 69 zł dostałam: koszulkę (do której zaraz wrócę), numer startowy z chipem, worek do depozytu, wodę i fasolę, a na mecie medal, woda i rogal. Odbiór pakietu poszedł sprawnie. Przyjechałam w środę około 18:00 i całość zajęła mi może z 5 minut. Weszłam i wyszłam. Po powrocie do domu przymierzyłam koszulkę, i zwątpiłam. To bieg dla dorosłych czy dzieci? Rozmiar S sięgał mi odrobinę poniżej pępka. Dobrze że było zimno, i planowałam założyć pod spód coś dłuższego, bo świeciłabym brzuchem i nerkami. Na start dotarłam około 9:30. Wszystko fajnie, strefy oznaczone, i bez problemu weszłam do swojej. Mieliśmy utworzyć "żywą flagę", ale komunikat o ustawieniu się po swojej stronie w zależności od koloru koszulki usłyszałam tylko raz. Pomimo sporej ilości osób (jeszcze nie wiadomo ile ukończyło bieg) start był płynny, i maty pomiarowe przekroczyłam po 4-5 minutach. Pierwsze kilometry to był slalom między ludźmi którzy mózgi zostawiają w domu, i uparcie ustawiają się w nie swoich strefach. To nie był bieg na życiówkę ze względu na tłum, ale na upartego dało się to zrobić. Tylko że inni na to nie pozwalali tamując ruch. Całe szczęście nie było takich sytuacji jak rok temu w Luboniu (popychanie, wbijanie łokcia, prawie wywrotki itd.), a na hasło "lewa wolna" biegacze rozstępowali się przed krzyczącym niczym morze przed Mojżeszem. Tak prezentował się profil trasy:
Początek fajny czyli ul. Niepodległości z górki, więc zaczęłam szybciej, bo wiedziałam że później będzie dłuuuuugo pod górę. I tak od Cytadeli aż do Solidarności jeden wielki pagór. Zrobiło mi się słabo jak przypomniałam sobie że powrót to będzie mozolne "wdrapywanie się", ale jak trzeba to trzeba. Pomimo tego że na Solidarności są chyba 3, a nawet 4 pasy ruchu, to i tak było ciasno. Lecąc za Cytadelą zrobiło się wąziutko, i w dodatku z górki. Nie mogłam się rozpędzić, bo musiałam uważać żeby na kogoś nie wpaść (a że uwielbiam lecieć na rympał w dół, to prawdopodobieństwo że ktoś mi wpadnie pod nogi było spore). A teraz najgorsze... do Cytadeli znowu w górę. Sprawdziłam średnie tempo. Zegarek pokazał 5:24 min/km czyli tyle ile potrzebowałam żeby wyrównać czas z zeszłego roku. Ostatnie 1,5-2 km to było wypruwanie flaków. Nogi mnie nie bolały, ale płuca wyły. Ledwo nabierałam powietrza, ale cały czas powtarzałam sobie że to już koniec i muszę wytrzymać. Od Fredry pełen gaz, mina pt. "ojapierdole", i meta! Tylko no właśnie... Biegnę, a ludzie stoją na matach pomiarowych. Był taki tłum i ścisk że ledwo się tam zmieściłam, i po prostu na chama wepchnęłam żeby zmierzyło mi czas. Później wcale nie było lepiej. Na sam medal czekałam 15 minut. Jak już go w końcu dostałam to znowu czekałam, ale na wodę i rogala. Myślałam że nigdy nie wydostanę się z tego tłumu. 
Nie wiem jak ocenić ten bieg zwłaszcza, że to nie debiut organizatora w przygotowaniu tak dużej imprezy. Poszedł na ilość a nie jakość. Minusy? Jest ich wiele:
- beznadziejnej jakości i źle skrojone koszulki z dziwną rozmiarówką
- chaos na mecie (niektórzy czekali PRZED METĄ bo nie mogli jej przekroczyć)
- bardzo długie oczekiwanie na medal (w półmaratonie startowało równie dużo biegaczy, i wszystko szło sprawnie)
- brak folii na mecie i ciepłego napoju
- dla wielu osób zabrakło rogali (niestety znalazły się Janusze i Grażyny, nasze wspaniałe polskie cebule, które brały po kilka sztuk), a także medali (tutaj do akcji wkroczyły matki polki, które brały medale dla swoich dzieci, bo uznały że należą im się za kibicowanie - sorry, ale my zapłaciliśmy za nie, i to nam się należą, a nie dzieciom. Chcesz dać dziecku nagrodę za kibicowanie? Kup mu rogala, albo oddaj teraz pieniądze tym którzy tego medalu nie dostali)
- depozyt za daleko od mety (najpierw stoisz w kolejce po medal, zgrzany, upocony jak świnia, a jak już go dostaniesz, to zdążysz przymarznąć do asfaltu)
Plusy:
- świetny medal
- sprawny odbiór pakietu
I to by było na tyle. Oby organizatorzy wyciągnęli z tego wnioski, za rok zmniejszyli limit o połowę, ogarnęli porządne koszulki (a najlepiej to możliwość wybrania pakietu bez niej), i przeszkolili wolontariuszy tak, aby rozdawali po 1 (słownie: JEDNYM) rogalu na uczestnika, a nie 3-4. Liczyłam na fajny bieg w swoim mieście, a jest mi po prostu wstyd przed osobami, które przyjechały z innych miast. Maraton i półmaraton organizacyjnie pierwsza klasa, a to było jakieś nie wiadomo co. Znowu mam dylemat gdzie pobiec za rok.
Aha, czas netto 53:55. Jak na totalny brak treningów typowo pod szybkość (i ogólnie brak treningów, bo teraz to bardziej roztrenowanie jest) i tak jestem zadowolona. Od grudnia ruszam z planem na przyszły rok, bo w zasadzie wszystkie starty mam zaplanowane. Będzie moc!

13 października 2016

17. Poznań Maraton

Nie przygotowywałam się zbytnio do tego startu ze względu na ITBS którego dorobiłam się w połowie czerwca. Biegałam bardzo rzadko - dwa, trzy razy w tygodniu, czasem zdarzało się że cztery, ale nie były to długie dystanse. Za siłę biegową zabrałam się na jakieś półtora miesiąca przed startem, i zrobiłam aż jedno wybieganie. Mimo to ustawiłam się przy pacemakerach na 4:00 licząc na cud. W sobotę dość późno wróciłam do domu, ponieważ byłam w knajpie ze znajomymi z pracy. Myślałam że się nie wyśpię, a zerwałam się z łóżka o 6:00. Przestawiłam zegarek, ale nie mogłam już zasnąć, więc wstałam. Wyjrzałam za okno a tam deszcz. Cudownie... zapowiadała się powtórka z półmaratonu, i bieg w przemoczonych ubraniach. Całe szczęście wypogodziło się. Wyszłam z domu o 8:30, i ze spokojem dotarłam na miejsce (mam całe 800-900 metrów). Jednak do strefy wpadłam na jakieś 3 minuty przed 9:00. Znalazłam Jaśka i rozpoczęło się odliczanie. 6, 5, 4, 3, 2, 1... i przy "Rydwanach ognia" ruszyliśmy! Już na 2 km przeszło mi przez myśl że nie dam rady utrzymać tego tempa. Sprawdzałam co dzieje się na ekranie zegarka a tam 5:38, 5:34, 5:31 min/km. Yhm, chyba Jaśka poniosło. Mimo to zamiast zwolnić, twardo się go trzymałam. Tzn. próbowałam, bo coraz więcej ludzi mnie wyprzedzało, a niektórzy robili to w taki sposób że miałam ochotę zdzielić ich w łeb (pozdrowienia dla pani w oczojebnej, zielonej koszulce, która biegła z łokciami rozstawionymi na całą szerokość chodnika, wszystkich trącała, i ogólnie zachowywała się tak jakby była tam sama). I tak zleciało mi 17 km - na gonieniu króliczka. Później zaczęły się schody, a właściwie to podbieg, którego rok temu zupełnie nie odczułam. Tym razem odniosłam wrażenie że aż do 24 km było w górę, i w górę, i jeszcze, na Giewont. Chyba nigdy nie użyłam tylu przekleństw podczas biegu. Na 23 km znowu zaczął padać deszcz, i żeby bardziej dowalić - wmordewind. Zrobiło mi się zimno, chciałam przyspieszyć żeby po prostu się rozgrzać, ale w mięśniach był sam kwas. Nie miałam siły na nic. Gdy dotarłam na Maltę wyprzedził mnie ostatni zając na 4:00. Rozpoczęły się skomplikowane obliczenia, wyższa matematyka, czyli w jakim czasie się dokulam jeśli zwolnię. Trochę siły dodał mi puszczony przez głośniki doping kibiców nagrany dzień wcześniej na Expo (świetny pomysł!), ale na Wiankowej tempo zdechło, a reanimacja była nieskuteczna. I znowu odliczanie: biegnę już 2 godziny, jeszcze drugie tyle, jeszcze półtorej... Kurwa. 10 km do mety?! JA UMIERAM! Idę do domu, mam to w dupie. Będąc na 30 km znowu wrócił zeszły rok. Tam dopiero się rozkręcałam, przyspieszałam, a teraz totalna padaka. 
Na 32 km w końcu pojawiły się znajome twarze - Ania i Monika. Nie jestem w stanie opisać tego jak się ucieszyłam gdy je zobaczyłam. To teraz gnamy! Ale chyba coś nie wyszło. Na św. Wawrzyńca walczyłam, uklepywałam ten asfalt drobnymi krokami w tempie 6:50 min/km, aż na samej końcówce przeszłam do marszu. To był bardzo zły pomysł. Gdyby to było możliwe to kwas z mięśni wylałby mi się uszami. Jaki ból, jaki beton w udach... Jednak nie pozostało mi nic innego jak zacisnąć zęby, spiąć poślady i lecieć dalej. Na 36 km stał on - Łukasz, który obiecał mi nagie, męskie pośladki. Biegnę, macham rękoma, on do mnie, i tak machamy, ja krzyczę, pytam gdzie ten tyłek, a on zaczął biec obok, i też krzyczał, i rozpinał pasek od spodni, guzik, zamek, aż mi poświecił swoim pośladkiem! No taki doping to ja rozumiem. Nagle tyle mocy na mnie spłynęło, że zaczęłam przyspieszać. 
W końcu zaczęłam rejestrować co dzieje się wokół na trasie. Brakowało mi tlenu, nogi nadal ociężałe, ale biegłam, i nadal przeliczałam czy uda się zrobić życiówkę. Nie chciałam znowu pozwolić pacemakerom na 4:15 mnie wyprzedzić tak jak w Krakowie. I nie dałam się! Od Przybyszewskiego była petarda, a od skrzyżowania Matejki/Szylinga rakieta. Tempo po 5:10-4:40! Zapomniałam o nogach, o tym że boli mnie lewa kostka, rwie prawy przywodziciel, i że w zasadzie to nie wygląda jak bieg tylko dogorywanie Quasimodo, który przeskakuje z lewej nogi na prawą po rozżarzonych węglach. Miałam przed oczami tylko metę. Wbiegając na teren targów, na ostatnich 195 metrach uśmiechałam się. Pomimo bólu miałam uśmiech na paszczy, i miałam totalnie w dupie to, że nie udało mi się utrzymać tempa na 3:59. Dobiegłam do tej cholernej mety pokonując kryzys który ciągnął się przez 10 km. 
Posumowanie:
- czas netto: 4:11:37
- miejsce OPEN K: 424
- miejsce K18: 108
- skurcze/obtarcia/pęcherze/inne: brak
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- koszulka BBMLW
- portki Decathlon
- 3 żele Nutrend jagoda, pomelo
- 1 żel ALE cola z kofeiną
- 1 szot z buraka BeetIt

Organizacja:
Wszystko perfekcyjnie ogarnięte. Szybki odbiór pakietu, długie punkty żarciowo-nawadniające, fajny pakiet startowy (koszulka jest c-u-d-o-w-n-a!), i w ogóle och, ach. Nie mam tylko pojęcia jak działały depozyty i jak smakował makaron, bo z tego nie korzystałam. Nie wiesz gdzie wystartować w przyszłym roku? To oczywiste że w Poznaniu ;) Tu wszystko jest zapięte na ostatni guzik, i nie ma mowy o żadnym fopaaa.

14 sierpnia 2016

Chudy Wawrzyniec 2016

Była 2:15 jak zadzwonił budzik. Wiele osób już wstało. Powoli budzili się kolejni uczestnicy, robił się gwar i już nie dało się spać do ostatniej chwili. Wszystko naszykowałam przed snem. Niestety było niewygodnie i za krótko, ale co zrobić? Sama chciałam to teraz mam. Nie wiedziałam jak się ubrać, bo padał deszcz, ale w ciągu dnia miało się przejaśnić. Założyłam krótkie legginsy i koszulkę. Na start pojechałam w bluzie i kurtce przeciwdeszczowej. Było nieprzyjemnie, zimno i mokro. W ostatniej chwili ściągnęłam bluzę i schowałam ją do plecaka. Początkowe 6 km jest po asfalcie i lekko pod górę, ale bez problemu dało się biec. Pierwsze podejście na Rachowiec. Weszłam bez większego problemu. Jednak te zaczęły się na zbiegu. Cały czas kropiło, błota było mnóstwo, a do pokonania niemal pionowa ściana po mokrej trawie. Jak to ja, leciałam z góry jak poparzona. W głowie jedna myśl: "zwolnij debilu, bo połamiesz sobie nogi!", ale byłam w swoim żywiole. Zbiegi to jest to! Kolejne kilometry były całkiem przyjemne. Gdy minęłam dziesiąty to przypomniałam sobie o ITBS. Na treningu do tej pory robiłam nie więcej jak 9 km, a tu proszę, wszystko działa.
Kolejne podejście na Kikulę było już bardziej męczące. Ciągnęło się od około 15 do prawie 18-19 km (ale nie dam sobie ręki uciąć). Tempo miałam czasem tak wolne, że zegarek go nie pokazywał. Widoki? Morze mleka... nie było widać nic dalej jak na 15 metrów. Następny zbieg, podbieg, i pierwsza w mojej oszałamiającej biegowej karierze wywrotka. Jednak zapomniałam że to góry, i nawet niewielki deszcz powoduje, że ze szlaku robi się błotna zjeżdżalnia. A moje buty, idealne na takie warunki, leżały w worku, w bazie zawodów. Cudownie. I poleciałam na te kolana... W ostatniej chwili podparłam się rękoma. Niewiele brakowało, a leżałabym twarzą w kałuży. No nic, trzeba się otrzepać (czyli wytrzeć uwalane dłonie o legginsy), i lecieć dalej. Na pierwszym nieoficjalnym wodopoju, czyli schronisku na Wielkiej Raczy, nie zatrzymywałam się. Wyrzuciłam tylko opakowania po żelach i pognałam dalej mijając Marcina Świerca (chyba że miałam jakieś omamy, więc proszę mnie poprawić). Robiło się zimniej, zacinał deszcz, coraz mocniej wiatr, a tego zapowiadanego przejaśnienia ani widu, ani słychu. Założyłam kurtkę, i wtedy to się stało... Chyba na 28 km (lub 31) odezwało się kolano. Znacznie zwolniłam, już nie leciałam jak szalona na zbiegach, i coraz częściej szłam. Nie chciałam żeby zaczęło mocniej boleć, bo byłam w połowie drogi. Starałam się biec po płaskim, ale w pewnym momencie już za bardzo się nie dało. Walczyłam ze sobą, zastanawiałam się co zrobić. Przecież nie zejdę z trasy na 14 km przed końcem, ale z drugiej strony nie mam wyboru. W dół w miarę bez problemu, ale czekały mnie jeszcze dwa ciężkie podejścia. Dotarłam do punktu kontrolnego na 38 km. Tam minęłam się z Klarą. Szybka konsultacja co robić, czy dam radę. Powiedziała że tak, ale oddalając się krzyknęła: "ale chyba nie lecisz długą trasę?". Niestety nie tym razem. Zjadłam osławione borówki ze śmietaną, zgarnęłam batona, do bidonu wlałam izotonik, i poleciałam. Może się uda? Na bardzo prostym i bezproblemowym podejściu zaczęło boleć, i to konkretnie. Dotarłam do zbiegu i koniec. Nie byłam w stanie postawić kolejnego kroku. Łzy zaczęły mi spływać po policzkach, bo tak daleko zaszłam, miałam dobry czas jak na debiut w górskim biegu, i taki pech. Nie mogło zacząć boleć za te 14 km? Wróciłam się na Przegibek. Mijałam biegaczy. Niektórzy patrzyli na mnie ze zdziwieniem jakby zastanawiając się co robię, bo może się pomyliłam i to zła trasa. Wielu pytało czy dam sobie radę, czy może cofną się ze mną na punkt. Ale nie chciałam ich spowalniać. Przy jednej dziewczynie się rozpłakałam i nie mogłam wydusić z siebie słowa żeby jej powiedzieć co się stało. Założyłam bluzę którą miałam w plecaku, bo zaczęłam tracić czucie w rękach. Całe szczęście udało się załatwić transport, bo w tym samym miejscu zszedł z trasy inny uczestnik, który miał ten problem co ja. Gdy z wolontariuszką Magdą czekałam na samochód to robiło mi się coraz zimniej. Pożyczyła mi swoje rękawiczki i kije żebym mogła zejść. Gdybym kontynuowała "bieg" to pewnie szybciej wykończyło by mnie wychłodzenie niż noga. Stałam i cała się trzęsłam. Dojeżdżając do bazy w Ujsołach mijaliśmy finiszujących biegaczy, w tym Klarę. Cholernie zazdrościłam, ale co zrobić... Tym razem rozsądek wziął górę. Nie chciałam totalnie zajechać nogi, bo chyba nigdy bym z tego nie wyszła. Niestety na miejscu też nie było kolorowo. Od rana brak ciepłej wody. Nie dość że dosłownie telepałam się z wychłodzenia, nie mogłam zginać palców, to czekał mnie prysznic w zimnej wodzie. Całe szczęście nie zachorowałam.
Podsumowanie:
- dystans: ok. 38 km + 2,92 km
- czas: 06:25:27
- uszkodzenia: ITBS
Sprzęcior:
- Asics Fuji Trainer 3 (a powinny być Runnegade... głupi błąd)
- opaski kompresyjne Zero Point
- legginsy Kalenji (Decathlon)
- koszulka BBMLW 
- kamizelka Asics Visible Vestpack
- 3 żele Nutrend Endurosnack Jagoda (zjedzone 2)
- 1 żel Etixx (z pakietu startowego, o smaku limonki, paskudztwo)
- 3 batony Flapjack Fitness Authority (zjedzone 3/4 jednego)
- 1 szot BeetIt (przed startem)
Wypiłam jakiś litr wody, na punkcie zjadłam dwa kawałki arbuza i borówki.

Sam bieg świetnie zorganizowany. Wszystko jest w regulaminie, dzień wcześniej jest odprawa, więc jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości to może uzyskać informacje bezpośrednio u źródła. Nocleg na sali był w tym roku płatny (10 zł), ale zapewnione są 2 noce, więc nie trzeba się spieszyć po biegu z prysznicem, jedzeniem i pakowaniem. W pakiecie dostaliśmy dwa 0,5 l softflaski - rewelacyjny pomysł! Przymierzałam się do zakupu, a tu proszę. Czytali w moich myślach. 

Nie traktuję tego jako porażki. Wrócę za rok silniejsza i skopię dupę temu patyczakowi na długiej trasie. Łatwo nie odpuszczam! 
A przede mną kolejne wyzwanie - maraton w październiku. To będzie drugie podejście do złamania 4 godzin. 

22 czerwca 2016

Zielonka Challenge

Na genialny pomysł biegania ultra wpadłam po przekroczeniu mety pierwszego maratonu. Od tamtego dnia mój mózg doznał solidnego złamania. Za mną dwa "mikro" dystanse, więc przyszła pora na coś konkretnego. Chciałam aby ten start wypadł jeszcze przed Chudym Wawrzyńcem. Rok temu biegłam w Zielonka Ultramaraton. Jednak w tym roku biegu nie zorganizowano. Zostało mi do wyboru Rykowisko na dystansie 100 km lub Ultra147 ze Szczecina do Kołobrzegu (można było wystartować z późniejszych odcinków trasy). Z nieba spadł mi Krzysztof Pilarski, bo idealnie w połowie czerwca ogarnął właśnie Zielonka Challenge na trzech dystansach: +21, +45 i +75 km. Termin idealny więc się zapisałam. 
Przygotowania przebiegały w miarę bez zakłóceń. Jako długie wybieganie przed startem potraktowałam maraton w Krakowie. I bardzo dobrze że tak zrobiłam, bo pojawiły się problemy ze stopą. Wystarczyło 5-6 km i pojawiał się ból przy kostce. Telefon do znajomego fizjo, ogarnięcie i już ok. Kilometraż nie był duży dlatego nie wiem jak to się mogło przyplątać. Ostatni 30-minutowy trening zrobiłam na 3 dni przed startem. Wtedy już po 5 minutach bolało, więc zapowiadała się męczarnia. Jeszcze dzień wcześniej jechałam do Decathlonu po bukłak, bo mój okazał się dziurawy i nie dało się nic z tym zrobić. Oczywiście 100% blondynki. Dwie etykiety z ceną 39,99 zł za bukłak 2-litrowy. Obejrzałam i wzięłam jeden z tyłu, taki wiecie, nie macany. Przy kasie 29,99 zł ale nie zainteresowało mnie to, bo ostatnio jak pojechałam po kurtkę to zapłaciłam 19,99 zł chociaż widniała cena 39,99 zł. W domu go odpakowałam i okazało się że wzięłam litrowy. No nic. Musiał mi wystarczyć. Upchałam wszystko w kamizelkę, naszykowałam ciuchy i do spania. Wstałam około 5:00 i nareszcie zjadłam swoje ulubione śniadanie przed biegowe, czyli bułka z dżemem. Do tego pół litra soku z buraków i byłam gotowa do biegu. Na miejsce zawiózł mnie dziadek, bo musiałam jeszcze odebrać pakiet (numer, chip, czapeczka z daszkiem, woda, izotonik, bon do sklepu 361sport). Ogarnęłam bajzel i poszłam na miejsce startu, a tam... pusto. Było po godzinie 7:00, a tu nie rozłożone maty pomiarowe, brak toi toiów (skandal! Jak może nie być zielonej budki na starcie to ja nie wiem...). Nie było nic. O 7:30 miała być odprawa, a zaczęła się o 7:50 przez co start opóźnił się o jakieś 2-3 minuty. 
Początek biegu był spokojny. Nie świeciło słońce, do tego przyjemny chłód i nawet noga mi nie dokuczała. Coś tam zaczęło drażnić na 3 km, ale nie zwróciłam na to uwagi. Pierwsze kilometry to była końcówka Zielonki z zeszłego roku. Biegłam i uśmiechałam się jak debil, bo przypominałam sobie jak tu zdychałam, a wtedy zaserwowano nam na deser Dziewiczą Górę. Tym razem była na początku (i całe szczęście!). Wczołgałam się na górę i zadowolona zaczęłam frunąć w dół. 
 (Źródło: Fotografia Ewa Hermann)
Gdzieś na 10 km dołączył do mnie Paweł i biegliśmy razem do pierwszego punktu. Na początku pomyślałam, że trafiłam na złe towarzystwo, bo facet po Biegu Rzeźnika, na zegarku tempo 6:17 min/km... No przecież umrę mu tu zaraz jak on chce takie tempo utrzymać. Na 15 km miał być pierwszy punkt, a tu zonk. Przeniesiono go prawie na 17 km. Zwolniliśmy i do 31 km biegliśmy większą grupką. Przeklinałam ile wlezie, bo punkt miał być na 27 km, a tu 4 km różnicy. Do rozejścia tras biegłam sama. Wtedy pojawił się pierwszy kryzys jak i konkretny ból przy kolanie. Odpaliłam internet w telefonie, przeczytałam te kilka komentarzy, które pojawiły się pod moim wpisem, i zaczęłam płakać. Bo jak? Mam się poddać? Oni trzymają za mnie kciuki! Na rozejściu dogoniłam Pawła, który wcześniej dał mi żel przeciwbólowy. Od tego momentu aż do mety pełzaliśmy razem. Jemu zaczęło też dokuczać kolano, więc nie było problemu z trzymaniem tempa. Kolejny punkt miał być na 43 km, ale znowu przesunięcie na 45. Tak samo kolejny. W Dąbrówce Kościelnej mieliśmy problem z oznaczeniem trasy, bo trafiliśmy na skrzyżowanie, i nikt nie wiedział co dalej. Na poboczu siedział jeden z biegaczy, i też miał problem z trasą. Zadecydowaliśmy że biegniemy prosto i to był dobry wybór. W Niedźwiedzinach zastałam takie widoki:
Przez chwilę nie myślałam o nodze, i o tym że marzę, żeby ktoś mi ją upierdolił w połowie uda, bo zaraz zdechnę. Gdy dobiegliśmy do punktu na 55 km to cieszyliśmy się jak głupki, bo minęliśmy tablicę o Puszczy z początku biegu, a to znaczy że do mety było "niewiele". Były momenty gdzie zostawiałam Pawła i całą resztę (cały czas wyprzedzaliśmy się na trasie jeszcze z trzema biegaczami), i "biegłam" sama, bo chciałam już to skończyć. Przy Jeziorze Miejskim noga dała mi ostro popalić. Czekało mnie prawie pionowe podejście. Wtoczenie się na górę zajęło mi wieki, bo każdy krok sprawiał gigantyczny ból. Jak już udało mi się tam wleźć to zaczęłam wyć. Miałam dość wszystkiego. Byłam zła że akurat teraz, dzisiaj ta pieprzona noga musiała zacząć boleć, bo pewnie już dawno byłabym na mecie, a tu jeszcze 15 kilometrów. Sprawdziłam godzinę, zacisnęłam zęby i ruszyłam dalej. Chciałam po prostu zdążyć na pociąg powrotny o normalnej porze. Jakoś na 60 km zatrzymała się para na rowerach, zaczęli klaskać, dopingować, i powiedzieli że oznaczenia na drzewach się nie zgadzają, bo trasa jest krótsza. Nawet nie wiecie jak mi ulżyło... W tamtej chwili nawet pół kilometra robiło mi różnicę. Na punkcie na 63 km uzupełniłam bukłak, napiłam się izotonika, i gdy chciałam biec dalej to zobaczyłam Pawła. Poczekałam na niego. Znacznie zwolniliśmy, bo kolano nie dawało mu spokoju. W pewnym momencie zaczęłam go motywować i powtarzać, że jak wysiądziemy z pociągu to pójdziemy do Piotra i Pawła po zimne piwo. Zadziałało. Jednak gdy wyszliśmy na drogę asfaltową to znowu marsz. Ostatnie 4 km przeszliśmy. Na 69 km padła mi bateria w zegarku, więc odpaliłam endomondo. Przynajmniej mogliśmy sprawdzić na mapie gdzie jesteśmy i jak daleko jest do mety. Z mapy zamieszczonej przez organizatora wynikało, że koniec naszej mordęgi jest pomiędzy małymi bajorami. Gdy do nich doczłapaliśmy, trasa zakręciła. Krzyknęłam do Pawła że skręcamy, a wtedy usłyszałam "Jak kurwa skręcamy? Miało być prosto! Mam dość! Chcę już to piwo!". I pobiegł. Poniekąd nie miałam wyjścia i zaczęłam za nim kuśtykać. Jak zobaczyłam majaczące chorągiewki to sama zaczęłam się wydzierać "O ja pierdole. Koniec? To jest meta?"
Osoby z cateringu były tak miłe, że nam przyniosły jedzenie do stołu żebyśmy nie chodzili, a dla Pawła wygrzebały kawałek (w zasadzie to cały bochen) chleba, który zobaczył przed startem i nie dawał mu spokoju. Udało się zdążyć na pociąg na styk. Na peronie spotkaliśmy Agnieszkę, która startowała na dystansie +21 km z kijkami. Nie obyło się bez żartów z naszego chodu. Jechaliśmy pociągiem Kolei Wielkopolskich, więc nie mieliśmy problemów z wejściem, bo nie było schodów. Ale te się zaczęły w Poznaniu, bo pociąg zatrzymał się na starym peronie, który jest znacznie obniżony w porównaniu do tych nowych. Zablokowałam wejście bo nie wiedziałam jak mam wysiąść. Jak już wypadłam na peron to pojawił się kolejny problem - musieliśmy zejść, a następnie wejść. Z zejściem nie było źle, ale przy wchodzeniu Agnieszka mi pomagała. Gdy zapłaciłam za piwo w Piotrze i Pawle, i odeszłam od kas to zatrzymał mnie ochroniarz. Zapytał czy dobrze się czuję. Trochę się zdziwiłam że ktoś zareagował, ale na prawdę musiałam tragicznie wyglądać: wlokłam nogę za sobą, na twarzy sól, i zdarta szyja od kamizelki. Usiedliśmy przed City Center przy fontannie i wypiliśmy zasłużony trunek. Chwilę pogadaliśmy, Agnieszka cofnęła się na peron bo jechała do Warszawy, Paweł poszedł do domu, a ja wtoczyłam się po schodach na przystanek.
Podsumowanie:
- czas: 10:43:41
- miejsce OPEN K: 4
- miejsce w kategorii wiekowej K1: 2
- skurcze/obtarcia/pęcherze/inne: ITBS
- inne uszkodzenia: brak
Sprzęcior:
- Asics Fuji Trainer 3
- portki Decathlon
- koszulka BBMLW
- opaski kompresyjne Zeropoint
- 3 żele Nutrend 75 g, jagoda
- 3 batony Zmiany Zmiany Petarda
- 2 shoty z buraka BeetIt (ale nie wypite)

Oprócz tego zjadłam kilka kawałków arbuza i pomarańczy na trzech punktach, wypiłam jakieś 4 litry izotonika DextroEnergy oraz ok. 3 litrów wody. 
Gdyby nie to cholerne kolano (ostatecznie okazało się że to ITBS) to czas byłby lepszy przynajmniej o godzinę, bo nie bolało mnie absolutnie nic, i nie odczuwałam żadnego zmęczenia. Zdaję sobie sprawę z tego że bieg z tym cholerstwem nie był rozsądny, ale wiem co to znaczy zejść z trasy. "Biegnąc" nawet nie podejrzewałam że to akurat pasmo. Uznałam że jeśli mogę nawet chodzić to nie ma potrzeby rezygnacji, i zrobiłam to na własną odpowiedzialność. A jeśli uważacie że to idiotyzm to proponuję poczytać np. "Jedz i biegaj" Scotta Jurka. Moje kolano to nic. Zresztą każdym startem udowadniam coś sobie, a nie innym, i jestem dumna że dotarłam do mety chociaż teraz ledwo chodzę. 
Organizacja biegu:
Minusem jest brak przygotowania startu na czas, i niezbyt dobrze oznakowana trasa. Były momenty zwątpienia, gdzie biec dalej. Ostatecznie udało nam się nie zgubić, ale ten element jest do poprawy w przyszłym roku. Brakowało mi jeszcze czegoś słonego do jedzenia na punktach. Co prawda była sól himalajska, ale wiadomo... Lepiej czasem zjeść krakersa, bo od słodkiego robiło się w pewnym momencie niedobrze. W związku z tym że mało kobiet zdecydowało się na najdłuższy dystans, udało mi się po raz pierwszy (i pewnie ostatni) stanąć na pudle. Tzn. nie stałam na nim bo w momencie dekoracji byłam jeszcze na trasie przez co nie otrzymałam nagrody. Zajrzałam do regulaminu i jest tam taka wzmianka:
Nagrody będą przyznane jedynie tym zawodnikom, którzy po pokonaniu trasy stawią się na dekorację zwycięzców. W przypadku ich nieobecności nagrody zostaną przekazane zawodnikom z kolejnych, dalszych miejsc.
Kobieta która przybiegła za mną również się załapała (po nas nie było już nikogo, więc nie było komu przekazać nagród), ale wygląda na to że nie dostaniemy nic bo biegłyśmy (fanty i tak otrzymywała pierwsza osoba, a reszta pamiątkowe dyplomy i takie jakby... tabliczki). Napisałam do organizatora czy mimo to jest szansa, że ten dyplom dostanę, ale na razie czekam na odpowiedź. Jeśli odmówi to będzie mi cholernie przykro. Czas mam jaki mam, dupy nie urywa, ale ukończyłam, i zajęłam to drugie miejsce czy to się komuś podoba, czy nie.

Nie wiem czy wystartuję za rok. Mam nadzieję że Zielonka Ultramaraton wystartuje po raz drugi, bo chyba chciałabym zmierzyć się z Dziewiczą Górą na końcu trasy ;) 

17 maja 2016

15. Cracovia Maraton

Nie wiem od czego mam zacząć, bo od niedzieli mam milion myśli w głowie, i nie potrafię zebrać tego w całość. Dlatego ten post może być trochę chaotyczny. 
Do Krakowa pojechałam po życiówkę. Chciałam w końcu złamać 4 godziny. W sobotę zapakowałam się w pociąg razem z Moniką z grupy Kobiety Biegają. Po niecałych sześciu godzinach byłyśmy na miejscu. Najpierw zrobiłyśmy szybkie zakupy, a następnie udałyśmy się do biura zawodów, zahaczając o rynek. Tam czekała już na nas brama start/meta. 
Odbiór pakietu poszedł bardzo sprawnie chociaż kręciło się tam sporo osób. Zawartość sympatyczna: numer startowy, koszulka, galaretki, wafelek, trochę ulotek i worek. Po obejściu expo poszłyśmy na Pasta Party. Do wyboru był makaron z sosem bolońskim lub lazania warzywna. I tu duży plus za makaron -  był dobrze zrobiony, i nie przypominał rozgotowanej papki. Mogliśmy też skorzystać z darmowej kawy, herbaty lub wody. Moja porcja była spora, i później ledwo zjadłam kolację. Najedzone rozeszłyśmy się do swoich "noclegowni". Ja na halę, a Monika do hostelu. Trafiłam na salkę do judo, więc nie spałam na twardych dechach jak było w Tauron Arenie, tylko na miękkich matach. Ludzi było sporo, ale nie na tyle że był problem z dostaniem się do toalety.
Pobudkę miałam już o 5:00. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam ledwo widoczny budynek AGH - cały we mgle. Próbowałam jeszcze zasnąć na godzinę, ale nie byłam w stanie. Powoli zaczęłam szykować rzeczy, pakować się, i wlewać w siebie buraczane "EPO". Wyszłam około 7:45 tak żeby zdążyć na 8:20 na grupowe zdjęcie wkurw_team. Dotarłam na czas, ale oni stali z jednej strony pomnika Mickiewicza, ja z drugiej, nie widziałam ich, także sierota level pro. Znalazłam tylko kilku niedobitków, w tym Wu, więc z nim zrobiono mi zdjęcie :D 
Postawiłam wszystko na jedną kartę - stanęłam przy balonach na 4:00, i co będzie to będzie. Pomimo tego że startowało ponad 6000 osób to do linii startu dokulałam się po 5-6 minutach. Od samego początku ruch był płynny, nikt nikomu nie blokował ani zabiegał drogi, i nie musiałam bawić się w interwały. Nie pamiętam już na którym to było kilometrze, ale nagle usłyszałam "cześć". Spojrzałam w bok, odpowiedziałam, i jeszcze przez chwilę nie łapałam kto to jest. W końcu do mnie dotarło że to "znajomy" z instagrama Rafał. Biegłam z nim do 20 km, i do tego czasu utrzymywałam tempo tak na poniżej 4:00. Później zaczęłam zdychać, i nie chciałam już spowalniać Rafała, który i tak postanowił przyspieszyć. Od tego momentu zaczęła się lekka umieralnia. Czułam się jakby to był mój pierwszy maraton. Nogi zaczęły robić się coraz sztywniejsze i cięższe, a nie ułatwiała tego myśl, że przede mną jeszcze jedno okrążenie. Mimo to rozpoczęłam je z uśmiechem na paszczy co uchwycono na zdjęciu (tzn. tak mi się wydaje że to uśmiech).
(fot. Olga Neumann Fotografia)
Na drugiej pętli, na Błoniach, zerwał się tak silny wiatr, że myślałam że stoję w miejscu a nie biegnę. To samo było na Bulwarach wzdłuż Wisły. Wszystko zaczęło mi przeszkadzać, nawet kibice. Nie mogłam już słuchać tego walenia w bębny i gary. Chciało mi się płakać. Najpierw powtarzałam sobie że dam radę, i udawało mi się przyspieszać, a 5 minut później znowu miałam serdecznie dość. Jednak był na trasie jeden punkt, który zapadł mi w pamięć. Na 10,5/30,5 km pod mostem rozstawił sprzęt chłopak, który najzwyczajniej w świecie napierdalał taką rąbankę, że nagle dostawałam mega kopa i byłam w stanie wbiec na ten cholerny most. Zresztą punktów kibica było mnóstwo - średnio co około 1,5 km, więc ciągle coś się działo, i ktoś krzyczał. Było na prawdę niewiele miejsc "bezludnych". Na krótkim podbiegu przed 30 km pojawił się mężczyzna w stroju smoka! Jak go zobaczyłam to od razu się uśmiechnęłam i przybiłam z nim piątaka. Na całej trasie były dwa ciągnące się jak flaki z olejem fragmenty - Al. Pokoju aż do Tauron Areny, i Bulwary tak od 39 do 41 km. Tam każdy kilometr trwał wieczność. Po 40 km wyprzedziły mnie balony na 4:15. Wtedy spojrzałam na zegarek, ale coś mi się nie zgadzało, bo jeszcze był zapas kilku minut. Później wyprzedził mnie kolejny. Tu już ciśnienie mi się podniosło. Jak to?! Mam 4:15 nie złamać?! Przed pierwszym (z dwóch) podbiegiem przed metą wyprzedził mnie czwarty pacemaker. Jak przeklinałam... Już miałam wszystko gdzieś i bluzgi nie były tylko w mojej głowie, ale rzucałam nimi na lewo i prawo. Dogoniłam go. Został ostatni podbieg obok Wawelu na Podzamczu. Tam minęłam karetkę z której wystawały nogi biegacza podłączonego do kroplówki. Przycisnęłam ile tylko mogłam, bo już było mi wszystko jedno, czy padnę na twarz, nogi się pode mną ugną, albo na nie zwymiotuję. Nogi miałam sztywne, bolało mnie udo gdzieś w okolicy pasma, pod kolanami... Ale cały czas biegłam, i goniłam te cholerne baloniki. Na ul. Grodzkiej gdzieś na wysokości Kościoła śś. Piotra i Pawła je złapałam. Ledwo oddychałam, biegłam z zaciśniętym gardłem bo dławiłam łzy. Te ostatnie kilkaset metrów zapamiętam na długo, bo to był chyba mój najpiękniejszy finisz. W najpiękniejszym miejscu. W Krakowie na Rynku Głównym. Na całej długości ul. Grodzkiej wzdłuż barierek byli kibice. Takich tłumów na mecie nie widziałam nigdzie! W Poznaniu wbiegając na metę jest bardzo duży odstęp między biegaczami a kibicami. A tu zaledwie kilka metrów. Do mety biegło się wąskim korytarzem pełnym krzyczących do ciebie ludzi. Gdybym była w stanie to bym krzyczała z radości, ale nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa. Chyba pierwszy raz na metę wpadłam z uśmiechem. Zegarek pokazał 04:14:05 i jestem z tego cholernie dumna, bo to był pierwszy maraton który mnie bolał, a ja na prawdę dałam z siebie wszystko. Jak tylko się zatrzymałam to ledwo szłam. W zasadzie to szurałam nogami. Gdy wlokłam się w kierunku depozytu usłyszałam, że ktoś mnie woła. To znowu był Rafał. Siedział na ziemi pod barierką. Przybiegł 2 minuty przede mną (mijał mnie na podbiegu przed metą). Zwaliłam się na bruk obok niego i zdychaliśmy. Po kilku minutach dostałam skurcz w lewe udo nad kolanem. Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam co zrobić, bo nigdy nie miałam skurczy w trakcie czy po biegu. Wbijałam palce w mięśnie, uciskałam i czekałam aż samo przejdzie. Gdy podniosłam w końcu dupsko, bo robiło się zimno i wypadało iść do tego depozytu po rzeczy, to dostałam drugi skurcz - w drugą nogę, ale tym razem przywodziciel oberwał. Tego jeszcze nie było... Jakieś pięć minut po mnie przybiegła Monika - też zrobiła życiówkę ;) 
Udało mi się doczołgać do szatni. Tam rozwaliłam się prawie na całej ławce i gapiłam się na ten swój bajzel przez dobre kilka minut, bo nie wiedziałam za co mam się zabrać, i co ze sobą zrobić. W końcu się ogarnęłam, znalazłam Monikę i poszłyśmy coś zjeść. Ale nie obyło się bez problemów - pierwsze klika kroków po wstaniu z ławki, i od razu niebezpiecznie spięły mi się łydki. Gdybym ich w porę nie rozluźniła to dopadły by mnie skurcze w obie nogi. Szybkie rozciąganie i doczłapałyśmy do McDonalda. Nie jadłam tego fast fudowego żarcia ładnych kilka lat. Zamówiłam łódeczki ziemniaczane czy coś takiego, a kawałek dalej w Carrefour kupiłam piwo, które wypiłam na ławce na Plantach. Pociąg powrotny miałyśmy o 16:20, więc udałyśmy się na dworzec. W związku z tym że galeria była zamknięta to musiałyśmy znaleźć jakiś kibelek. Monika zatrzymała ochroniarza i usłyszałyśmy "idźcie prosto, później w prawo i do samego końca kas, a tam schodkami na dół". Zmierzył nas, spojrzały na dumnie dyndające na klacie medale, i dodał "niestety" :D Szkoda że w drodze powrotnej nie siedziałyśmy razem, ale miałyśmy różne wagony. Chociaż i tak miałam towarzystwo. Usiadł obok mnie Wojtek, lat 63 (ukończył maraton z czasem 3:30). Dopiero po kilku minutach zorientowaliśmy się że spaliśmy obok siebie na hali. Rozmawialiśmy oczywiście o bieganiu, więc do Częstochowy się nie nudziłam (tam Wojtek wysiadał). Później odcięłam się od otoczenia słuchawkami i próbowałam nie paść twarzą ze zmęczenia w siedzenie przede mną. W Poznaniu byłam około 23:00 i jak wpadłam do domu to pochłonęłam gar makaronu, sernik i tort. Chyba mi wystarczy na kolejne pół roku :D
Podsumowanie:
- czas netto: 04:14:05
- miejsce OPEN: 3625
- miejsce w kategorii K18: 114
- skurcze/obtarcia/pęcherze/inne: 2 skurcze
- inne uszkodzenia: brak
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- portki Decathlon
- koszulka BBMLW
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- 4 żele Nutrend smak pomelo i jagoda

Organizacja biegu:
Na plus:
- sprawny odbiór pakietu i fajna zawartość
- bezpłatny nocleg blisko startu (max 20 minut pieszo lub tramwaj)
- długie punkty odżywcze
- dobrze zorganizowana strefa startu i mety
- zaraz po biegu każdy otrzymywał najpierw: folię NRC, wodę, później izotonik, banan, a na końcu pakiet regeneracyjny w którym były paluszki, draże, galaretki, wafelek, Oshee - bardzo fajna rzecz, bo przynajmniej nie marnuje się jedzenie, nie stoi się w żadnej kolejce tylko wszystko dostaje do ręki
- sprawny odbiór i wydawanie rzeczy w depozycie
- smaczny makaron na Pasta Party
- świetna koszulka i piękny medal! - teraz jak przechodzę obok wieszaka ze zdobytym żelastwem i patrzę na tego Smoka to od razu się uśmiecham, i jednocześnie wzruszam (do malkontentów którzy uważają że to medal z biegu dla dzieci - gdy zawiesili wam go na szyi to sądzę, że mieliście w dupie to jak wygląda bo liczyło się to że dobiegliście i na 99,9% chwaliliście się nim wszędzie gdzie się da; uwaga dla organizatorów - za rok proszę o Baltazara Gąbkę lub Szpiega z Krainy Deszczowców - poważnie! Albo wielkiego precla :D Będę nie na 100 a 1000%)
Na minus:
- dziwne ustawienie toi toiów - na przeciwko siebie, pomiędzy odstęp może metra, było ciasno, ludzie się tłoczyli i gdyby się coś stało to byśmy utknęli... w gównach
- brak makaronu po biegu, ale to pewnie było spowodowane tym że dostaliśmy ten pakiet regeneracyjny, więc to jest tak pomiędzy + a -

Nie mogę też przekonać się do dwóch pętli. To ma swoje plusy, bo wiesz jak rozłożyć siły, co cię czeka po raz drugi itd., ale jednak trochę nudzi. Gdy byłam przy Tauron Arenie i pomyślałam że muszę się tam doczołgać drugi raz to zrobiło mi się słabo. 
Mimo to będę tam za rok, czyli 30 kwietnia 2017 - rezerwujcie sobie ten termin i przyjeżdżajcie do magicznego Krakowa w którym wszystko jest możliwe!
Jeszcze raz dziękuję Rafałowi za holowanie przez kilka kilometrów, Monice za miłe towarzystwo, wolontariuszom za kawał dobrej roboty, organizatorom i tym którzy trzymali za mnie kciuki (Monika B. to do Ciebie za ten post na grupie że razem z Moniką biegniemy po marzenia. Lepiej tego ująć nie mogłaś ;)