Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bieganie. Pokaż wszystkie posty

16 października 2017

18. Poznań Maraton

Dwa dni przed startem: zero stresu. Dzień przed: tak samo. W dniu startu: pełen luz! Jedyne czego się obawiałam to pogoda. Przecież jest pa(i)ździernik, a tu 20 stopni. Słońce przebijało się przez chmury i było bardzo ciepło. Wiedziałam że jeśli przygrzeje to zagotuję się już po 5 kilometrach i padnę jak mucha. Całe szczęście słońce przegrało i przez kilka godzin siedziało grzecznie za chmurką. O 8:30 tradycyjnie zdjęcie wkurw_team, a na 8:45 umówiłam się z mamą pod Sheratonem. 8:43 a jej nie ma. Zadzwoniłam, była już przy Święcickiego, więc powiedziałam że pójdę do toalety i niech poczeka na mnie na miejscu. Wyszłam, nie ma jej. Panika! Znowu dzwonię. Okazało się że nie chcą jej przepuścić. Dotarłam na początek stref i error: barierki i też nie przejdę. 8 minut do startu a ja z workiem w ręce. Przeszłam przez ogrodzenie w strefie 3:10, dobiegłam do linii startu i niestety tu też problem bo barierki. Złapałam kogoś z obsługi, zapytałam czy jest szansa dostać się na drugą stronę, bo wie pan, zaraz start, mama czeka, a ja z rzeczami... Wzięli ode mnie tobołek i zanieśli jej. Ulga, wróciłam do swojej strefy i zorientowałam się że nie mam żeli. Dwa miałam przy pasku, ale reszta została w worku. Żeby mnie jeszcze bardziej dobić okazało się że start opóźniono o ponad 50 minut. Organizatorzy robili co mogli żeby nas jakoś zająć (trzy razy rozgrzewka), a w pewnym momencie inicjatywę przejął Mezo i zaśpiewał "Życiówkę". Było mi wstyd stojąc w tym tłumie, bo jak tylko zapowiedzieli że zaśpiewa to ludzie zaczęli gwizdać. Rozumiem irytację (sama byłam zła, powoli robiłam się głodna), ale to nie jego wina że stoimy. W końcu ruszyliśmy. Całe szczęście mama czekała na przystanku. Zbiegłam na bok i wygrzebałam te cholerne żele (w dodatku sznurek od worka się zaplątał i nie mogłam go otworzyć). Do 10 kilometra było jeszcze znośnie, ale na Wildzie dotarło do mnie że jednak nie zrobię życiówki i nie poprawię czasu nawet o minutę. Od 20 kilometra aż do Sołacza ściana. Chciałam zejść z trasy. Na 33. popłakałam się widząc różową strefę kibica i dziewczyny z Kobiety Biegają. Wydukałam tylko że już nie mogę. Wtedy Zuza krzyknęła "ukończyłaś Chudego, dasz radę!". Wróciła moc chociaż część podbiegu na św. Wawrzyńca przeszłam. Na 37 kilometrze czekał Łukasz z piwem: jak to smakowało! A kawałek dalej zobaczyłam znajome legginsy. Podbiegłam i okazało się że to Marta. Chwyciłam ją za rękę i zapytałam co się stało, bo miała łamać 4 godziny. Niestety nogi ogłosiły bunt. Ale dała radę i dobiegła pomimo kryzysu! Ostatnie 3 kilometry ciągnęły się jak guma od gaci. Znam trasę, bo wiele razy tamtędy biegałam, ale nigdy podczas treningu to się tak nie wlokło jak wczoraj. Nareszcie rondo, Chemik, płot targowy, niebieski dywan, meta i... nic. Szłam a właściwie toczyłam się w bliżej nie określonym kierunku. Byle przed siebie. Nogi z ołowiu i pustka w głowie. Wzięłam kubek wody, muffinkę, stanęłam gdzieś na środku strefy żarciowej dla biegaczy, i mieliłam beznamiętnie tę bułę wypatrując przy okazji mamę i Paulinę. Po kilku minutach ruszyłam po medal. I tam stała mama. Podeszłam, przytuliłam ją i zaczęłam znowu płakać. Byłam zmęczona jak nigdy. Powiedziała tylko "i po co ci to było?", - "bo korona". I kolejna porcja smarków... Znowu nie mogłam się schylić żeby wyplątać chip. Ale musiałam się ogarnąć bo przecież trzeba było zrobić zdjęcie z całym złomem:
6 miesięcy, 5 maratonów i wymęczona Korona Maratonów Polskich. Większość osób (tych normalnych) robi to w 2 lata, ale ja się uparłam. Zresztą to nie jest jakiś specjalny wyczyn. Gdybym każdy maraton zrobiła w czasie poniżej 3:45 to można powiedzieć że to już jest coś. W moim wykonaniu to było klepanie grubo powyżej 4 godzin.
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka Kobiety Biegają
- 4x żele Nutrend (2x cola z kofeiną i 2x pomelo)
Podsumowanie:
- czas netto: 4:26:31
- brak otarć i innych urazów

Sprawdziłam międzyczasy na STS i żyłka mi strzela, bo biegłam na czas 4:10-4:14, ale zmęczenie zrobiło swoje. I tak dobrze że w porównaniu do poprzednich startów miałam obsuwę tylko 7 minut. 

Jeśli chodzi o organizację to poświęcę temu osobny post - zbiorę w całość wszystkie 5 maratonów wchodzących w skład KMP. Ale tak pokrótce: to pierwszy czasowy poślizg w Poznaniu w przypadku startu i przymykam na to oko, bo wg mnie to wciąż najlepiej zorganizowany bieg w Polsce. Odbiór pakietu, expo, zawartość pakietu, punkty odżywcze, strefa mety... tutaj wszystko jest na tip top. Dlatego jeśli ktoś pierwszy raz biegł w Poznaniu to mam nadzieję że jednak wróci ponownie, bo warto!

1 października 2017

39. Maraton Warszawski

Ten start stał pod dużym znakiem zapytania, ponieważ przez cały tydzień po wrocławskim maratonie męczyłam się z zawalonymi zatokami. Pochłaniałam spore ilości czosnku, miodu, cytryny i imbiru żeby tylko to cholerstwo przeszło. Całe szczęście udało się wyleczyć, ale małe osłabienie zostało.
Do Warszawy przyjechałam w godzinach popołudniowych i czekał mnie ten sam "rytuał" co dwa tygodnie temu: walizka do hostelu i spacer po pakiet. Postanowiłam skorzystać z ładnej pogody i przejść się te 5 km na Torwar gdzie znajdowało się biuro zawodów. Jak bardzo podniosło mi się ciśnienie po wejściu... Boksy wystawców ustawiono w taki sposób, że trzeba było obejść wszystko żeby dostać się po pakiet. Dzikie tłumy, pełno spacerowiczów, a pomiędzy nimi lawirowałam ja. Wściekła i głodna. Bo ja tylko po pakiet, nic nie kupuję, chcę go odebrać i wyjść, ale nie! Gdy już udało mi się przedostać przez ten tor przeszkód, doznałam jakiegoś zaćmienia, i zamiast podać wolontariuszowi swój numer startowy to pokazałam dowód. I stałam jak cielę.
W hostelu też nie było za ciekawie. Oprócz osób z obsługi byłam raczej jedyną osobą mówiącą po polsku. Pokój dzieliłam z Azjatką i trzema dziewczynami z Hiszpanii (chyba). Nawet o 6:00 rano miałam problem z dostaniem się do łazienki, a chcąc wyjść odbiłam się od drzwi. Za cholerę nie mogłam ich otworzyć i pół przytomna, o godzinie 7:30 stoczyłam walkę z żelastwem. Na start też dotarłam o własnych nogach, bo miałam niecałe 3 kilometry. Przed tradycyjne zdjęcie wkurw_team, a później sprint z walizką do depozytów. Były to samochody DPD i każdy na numerze startowym miał informację do którego dostawczaka ma oddać rzeczy.
Start mało efektowny. Puścili "Sen o Warszawie", ale jakoś specjalnie mi nic nie urwało. Przebiegłam pod dmuchaną bramą, odpaliłam zegarek no i znowu się zaczęło. Trasę sprawdziłam wcześniej ale na zasadzie "tu jedna prosta, tu druga, zakręt, zawijas i meta", rzuciłam okiem na profil i tyle. Wolałam nie wiedzieć co mnie czeka. I całe szczęście! Maraton Warszawski przebił trasę z Wrocławia jeśli chodzi o nudę. Tu nie działo się nic! Czułam się jakbym biegła po jednym, wielkim blokowisku, co jakiś czas wybiegając na jakąś ekspresówkę. Między 10 a 11 kilometrem nastąpiło zwężenie do 2-3 metrów, i to wyglądało jakby nas wyrzucili poza miasto. Jedynym fajnym fragmentem trasy był ten przez Łazienki. Tu było na prawdę super. A później znowu ekspresówka. Maraton w skrócie, czyli rozmowa ze sobą:
- start: niechcemisie
- do 6-8 km: ale fajnie! Spartanie Dzieciom i muzyczka gra!
- 10-11 km: co to kurwa za chaszcze? Gdzie ja jestem?
- 13-15 km: to jakieś miasto w mieście jest? Jaka ta świątynia paskudna
- 20-21 km: w startówkach po piasku?! Znowu?! Ale fajne chińskie lampiony! 
- 25 km: przybijam piątkę ze starszym panem zabezpieczającym trasę - przecudowny człowiek i sprawił że zaczęłam się uśmiechać
- 30 km: no to jest jakiś żart! Miało być płasko a tu podbieg na jakiś cholerny wiadukt!
- 31 km: serio?! Ale SERIO? Tam na dole jest meta? Może wskoczę do Wisły i przepłynę ten kawałek? Albo nie... bo to mi zajmie więcej czasu niż przebiegnięcie tych 11 kilosów. O! Cieć i ekipa! Słońca moje!
- 32-41 km: czarna, pieprzona dziura w głowie, i wyprzedzają mnie balony na 4:20
- ostatni kilometr: złapię was! Złapię! Ha! Złapałam! I wkurwy są!
Na mecie jeden wielki mindfuck. Płot z obu stron, jakieś 100 metrów niczego, i dopiero dawali medale. Kolejna długa prosta bez niczego: woda. I następna: jakieś worki foliowe czy coś zamiast NRC. No i na deser depozyty. Dostawczaki ustawione wzdłuż ulicy. Ja miałam numer 55 czyli musiałam przejść jakieś 400 metrów żeby odebrać walizkę, a następnie tyle samo cofnąć się do przebieralni, którą był wielki namiot z kilkoma ławkami w środku. Dobrze że przestało padać, bo w środku było by bagno. Po doprowadzeniu się do stanu używalności udałam się na poszukiwanie posiłku po biegu. Ciężko było to namierzyć... A jak już mi się udało, to kolejka mnie powaliła. Zresztą nie warto było czekać bo dawali cienką zupkę i "piwo" bez procentów. Wczołgałam się po schodach, usiadłam na ławce, zjadłam swoje zapasy, i spacerem ruszyłam w stronę dworca. 
Wyjdzie że się czepiam (już któryś raz), ale małe biegi w jakiejś pipidówie są lepiej zorganizowane niż maraton w stolicy. Punkty odżywiania bardzo słabe - woda, izotoniki, banany i chyba cukier. W dodatku stoły rozstawione tylko po jednej stronie przez co kilka razy wpadłam na ludzi, bo cały czas wielu nie ogarnia że jak weźmiesz kubek to zbiegasz na bok, a nie zwalniasz czy nagle się zatrzymujesz (!). No i jak na Warszawę to spodziewałam się ciekawszej trasy. Meta równie mało efektowna co start czyli brama na Wisłostradzie.
Ot, kolejny odklepany maraton. Całe szczęście nie będę musiała tu więcej biegać.
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 6
- opaski kompresyjne Zeropoint
- koszulka BBMLW
- 3 x żele Nutrend (śliwka, pomelo i cola z kofeiną)
Podsumowanie:
- czas: 4:19:24

Jeszcze raz dziękuję Maciejowi i całej zgrai wkurw_team za piątaki na 31 kilometrze i zaraz przed metą. Przy "życiu" utrzymywała mnie myśl, że ktoś czeka na trasie, i będę miała do kogo się odezwać. Jesteście najlepsi!

13 września 2017

35. Wrocław Maraton

Do Wrocławia jechałam lekko poddenerwowana. Nie byłam pewna na ile mogę sobie pozwolić, bo nie zrobiłam długiego wybiegania typowo pod maraton, i bałam się że znowu przygrzeje a nie dla mnie bieganie w słońcu. 
W hostelu byłam po godzinie 13:00.  Na miejscu okazało się że dzielę pokój z samymi mężczyznami, i wszyscy biegli! Nie wiem tylko co mnie podkusiło żeby szukać noclegu w centrum przy ruchliwej ulicy przez całą dobę. Nie mogłam spać przy otwartym oknie bo słyszałam dosłownie wszystko. Co chwilę się budziłam, i udało mi się zasnąć dopiero po północy. Jednak pobudkę miałam już około 5:30. Dzień zapowiadał się cudownie... Z zapałkami w oczach zwlekłam się z łóżka, wypiłam sok z buraków, i podeszłam do okna. Było pochmurno, chłodno, czyli w sam raz. Miałam nadzieję że pogoda się utrzyma. Wyszliśmy we trójkę jakoś po 7:00 licząc na bezproblemowy dojazd na stadion. I tak myślało jakieś kilkadziesiąt (jak nie więcej) innych osób. Na przystanku szaro od ludzi, a organizatorzy nie pomyśleli żeby zorganizować dodatkowy transport. Udało nam się wcisnąć do pierwszego tramwaju, i całą podróż spędziliśmy ściśnięci jak sardynki. Okna były zablokowane, w środku duszno i niewiele brakowało a pierwszych mdlejących zbierali by jeszcze przed startem. W drodze do depozytu znowu wpiłam sok, ale już na siłę bo żołądek był pełny. Szybko oddałam walizkę i sprint na grupowe zdjęcie. Takie o:
Zostało 30 minut do startu, a ja nadal nie wiedziałam na jaki czas się ustawić. W planie było 4:30 i przyspieszanie tak od 30-32 km. Spojrzałam na balony na 4:15 i przesunęłam się w ich stronę. Szybko się ogarnęłam, bo jak?! Ma być 4:30! Albo... może pobiegnę pomiędzy trzymając się tempa 6:15 min/km? Nie no! 4:30. Gdy mijałam linię startu to pomyślałam sobie "ty czubie, co ty znowu robisz?", i to wracało przez kilka kolejnych kilometrów. W skrócie cały maraton wyglądał mniej więcej tak:
- do 5 km: nie sapię i nie jestem czerwona na twarzy, coś jest nie tak, ja zawsze sapałam
- 6 km: za wolnoooo, przyspieszam!
- 10-25 km: mam tę moc! Dlaczego nie ustawiłam się na 4:15?
- 26-32 km: matko bosko biegowo jeszcze tyle kaemów! Nie chce mi się...
- 33-34 km: zerkanie co kilkanaście sekund na zegarek jakie tempo, bo nie może być wolniej jak 6:15 min/km, nogi totalny beton, ale zaciśnięte zęby i nie ma że boli. Nie zwolnię choćby się waliło.
- 35 km: mały error, żołądek chwilowo się zbuntował i krótki marsz na wodopoju 
- 36-38 km: lekki zjazd typu "otoczenie zaczyna się niebezpiecznie oddalać" ale trzymam pion
- 39-42 km: "kurwa no... dajcie żyć już". I kolejne przeliczanie że chyba uda się dobiec w 4:20-4:21
- ostatnie 200 metrów (czyli 600): brzuch wciągnięty żeby ładnie wyjść na zdjęciach, tempo 4:15 min/km (że ja, że tak szybko, wiatr we włosach), znowu rzucanie okiem na zegarek - uda się na 4:19!
(To jest 42 kilometr, i tak wygląda tempo 4:15 min/km w moim wykonaniu)
Od stref startowych dzida do mety, rogal przed bramą stadionu (tylko tam trzeba z gracją żeby stopy nie wykręcić bo ktoś wpadł na mądry pomysł żeby wyłożyć tu bruk), i jeeest! Stadion! I lekki WTF?! Ale że piach? Nie ma tartanu? Panie! Ja tu w startówkach, nówki sztuki i mam je w piachu tarzać? W każdym razie udało się. Nie wiem jak, ale mnie poniosło na 4:19:40! Dla jednych to nawet nie był bieg (no spoko, nie każdy jest w stanie to zrobić w 3 godziny choćby się zarzynał na treningach), ale jak na start po kontuzji, i w zasadzie bez przygotowań to jest to dobry czas. W dodatku gorszy od mojej życiówki tylko o 8 minut.
Co do samej trasy: dawno się tak nie nudziłam. Serio... To było beznamiętne, monotonne klepanie kilometrów po płaskim. Doliczyłam się trzech bardzo krótkich zbiegów, a podbiegów nie pamiętam, ale może dlatego że ich nie było (a moje nogi są w stanie odczuć każde, najmniejsze nachylenie). Robotę robili sami uczestnicy - na 8 km jeden śpiewał "Eye of the tiger" głosem kastrata, a chyba około 11 km ktoś miał w plecaku głośnik i odpalone radio. Mieszkańcy Wrocławia chyba uwielbiają Queen bo na 28 i 32 kilometrze zapodano nam "We are the champions" (ale to chyba powinno być na mecie prawda? Ja tu jeszcze umieram). Okazało się że robiłam nieświadomie za zająca, bo na mecie podszedł do mnie mężczyzna i powiedział że biegł za mną cały czas. Ale chyba pierwszy raz udało mi się utrzymać w miarę równe tempo (!).
Sprzęcior:
- kapcie Asics Hyper Speed 6 (takie startóweczki styropianowe dla tych co walą dyszkę poniżej 40 minut, a tu taki słoń jak ja zajeżdża je w tempie 6:04 min/km na maratonie)
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- koszulka BBMLW 
- 3 x żele Nutrend Cola z kofeiną
Podsumowanie:
- czas: 4:19:40
- miejsce OPEN: 3000 (hyhy, taka ładna liczba to podałam bo zazwyczaj byłam 738584)

To ten. Widzimy się w Warszawie!

5 września 2017

Bieg Ultra Granią Tatr 2017, czyli wolontariuszem być

Po Chudym Wawrzyńcu czekała mnie niezbyt ciekawa podróż do Zakopanego. Niby to tylko 100 kilometrów z hakiem, a dojazd zajął niemal cały dzień. Dwie przesiadki, oczekiwanie na peronach po 2-3 godziny, i przed 22:00 weszłam do pokoju. Szybkie mycie, nastawienie budzika i do łóżka, bo następny dzień miał być bardzo ciężki. 
Zgłosiłam się do wolontariatu na Bieg Ultra Granią Tatr, ponieważ chciałam w tym uczestniczyć chociaż w taki sposób, bo jestem jeszcze za cienka żeby wziąć udział. Jest to dla mnie bieg z serii "must pobiec", i mam nadzieję że uda się wystartować za 2 lata. Ale tym razem musiał mi wystarczyć identyfikator z napisem "Team". Jednak zanim wyruszyłam na swój punkt, to przez 3 dni robiłam rekonesans trasy żeby na własnej skórze poczuć to, z czym zmierzą się zawodnicy. W planach miałam rozłożenie tego na 2 dni, ale odezwało się zmęczenie po Chudym. Całość zrobiłam z przypadkowo poznaną przez internet osobą - Kamilem, który dzielnie znosił mnie i moje sapanie na szlaku. 
Dzień 1
Siwa Polana - Grześ - Rakoń - Wołowiec - Jarząbczy Wierch - Kończysty Wierch - Starobociański Wierch - Ornak - Hala Ornak
Dystans: ok. 26,5 km + ok. 5,5 km do wejścia Doliny Kościeliskiej 
Rohacze
Spotkanie przed podejściem na Starobociański Wierch
Dzień 2
Hala Ornak - Dolina Tomanowa - Ciemniak - Krzesanica - Małołączniak - Kopa Kondracka - Goryczkowa Czuba - Kasprowy Wierch - Hala Gąsienicowa/Murowaniec
Dystans: 16 km + ok. 5,5 km dojście do Hali Ornak oraz ok. 4,5 km zejścia do Kuźnic
 Czerwone Wierchy z Krzesanicy
Hala Gąsienicowa z Kasprowego Wierchu
Dzień 3
Hala Gąsienicowa/Murowaniec - Dolina Pańszczyca - Krzyżne - Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich - Dolina Roztoki - Wodogrzmoty Mickiewicza
Dystans: ok. 14 km + ok. 4,5 km dojścia do Murowańca z Kuźnic oraz ok. 3 km zejścia do Palenicy
Dolina Pańszczyca z Przełęczy Krzyżne
Razem: ok. 79 km, przewyższenia +4867 m/-4715 m

Najgorszy i wysysający z człowieka wszystko co się da jest pierwszy odcinek. Niby Tatry Zachodnie, na zdjęciach takie łagodne, kopulaste, a jednak potrafią człowieka sponiewierać. Ciężko się zbiegało. Zwłaszcza z Wołowca. Tam szłam, a właściwie dreptałam w miejscu. Włączyła mi się jakaś totalna blokada i nie byłam w stanie biec. Nie wiem czy to obawa przed ITSB, że znowu zacznie boleć, czy dlatego, że po obu stronach miałam przepaść, i wystarczyło jedno potknięcie żeby spaść i mocno potrzaskać się o kamienie. Z Ornaku już niemal do końca marsz, bo skończyła nam się woda i bardzo zdychaliśmy. Najbliższy strumień w którym można było uzupełnić zapas był niedaleko schroniska. Dzień drugi był najprzyjemniejszy. Kamil dał popalić nogom w pierwszy etapie, więc teraz ja korzystałam i leciałam jak szalona po Czerwonych Wierchach. Tym razem bez obawy, że jak polecę na twarz to przy okazji sturlam się jak beczka. Z Kasprowego mieliśmy schodzić, ale no... nie skorzystać i nie pobiec? Jak teraz sprawdzam zapis z zegarka to zastanawiam się jakim cudem nie połamałam nóg w takim tempie. Chociaż najlepsze miało dopiero nadejść! Ostatni etap niby lajtowy - tylko trzeba podejść na Krzyżne. Faktycznie nie było źle. Wesoło się zrobiło na zejściu. Tempo miałam zbliżone do wejścia, a kilka razy zdarzyło mi się po prostu usiąść z myślą "nie no to są jakieś jaja, nigdzie nie idę". Całe szczęście mieliśmy dobrą pogodę, bo gdyby zaczęło padać to chyba bym została na górze. Większość tego zejścia pokonałam na tyłku, więc całe szorty i kompresy były brązowe od piachu. Przy schronisku trochę zmoczyliśmy nogi w stawie (Kamil po sam tyłek), i tu zaczęło się dobre zbieganie. Jak wypadłam ze szlaku przy Wodogrzmotach to byłam wielkim, sapiącym, spoconym burakiem. Ale było warto! Odpuściliśmy ostatnie 15 km trasy (Dolina Waksmundzka, Kopieniec, Nosalowa Przełęcz), bo byłam mocno zmęczona, a przecież miałam jeszcze Chudego w nogach.
Na następny dzień zrobiłam sobie wolne, bo kiedyś trzeba odpocząć. Kamil pojechał, a na jego miejsce przyjechała Paulina którą znam z Instagrama. W planach miałyśmy Granaty, ale odezwała się noga. Wolałam nie ryzykować, zostałam w domu, a ona poszła sama na Giewont. 
Niewiele brakowało a nie poszłabym na odprawę. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałam sobie że odbędzie się 18 sierpnia, a nie 17. Całe szczęście przeczytałam raz jeszcze maila od organizatorów. O 19:00 wszystko się zaczęło: omówiono trasę, co nam wolno, czego nie, jak się zachowywać, wydano koszulki, identyfikatory, buffy i przydzielono do odpowiednich odcinków. Na początku chciałam zgłosić się do pierwszego, ale zbiórka o 1:30 w nocy ostudziła moje zapędy. No przecież mam urlop! Drugi odcinek był obsadzony, więc zgłosiłam się do trzeciego - od Murowańca po Wodogrzmoty.  Na nasz punkt miałyśmy dostać się przez Dolinę Suchej Wody. Po 3 km marszu zgarnął nas samochód TOPR w którym wieźli zupę pomidorową na punkt odżywczy do Murowańca. Tej jazdy po wertepach nigdy nie zapomnę. Miałyśmy taki zaciesz jak 5-letnie dzieci na karuzeli. Zjadłyśmy szarlotkę i około 8:00 wyszłyśmy ze schroniska. Razem z Kasią stałyśmy na Zadnim Upłazie, czyli na skrzyżowaniu żółtego szlaku na Krzyżne z czarnym na Rówień Waksmundzką. Zostałyśmy sędziami i do nas należało zapisywanie numerów zawodników, zgłaszanie ewentualnych przekrętów, zejść z trasy itd. Niestety u nas decyzję o rezygnacji z dalszego biegu podjął Bartek Gorczyca. Jeśli dobrze pamiętam to był wtedy na 2 lub 3 miejscu. Zostawił też GPS dlatego jeśli ktoś śledził zawodników to mógł bardzo się zdziwić widząc, że Bartek jakieś 4,5 godziny jest w tym samym miejscu, następnie cofa się do Murowańca, a później schodzi Doliną Suchej Wody - to byłam ja. Chyba najdziwniejsze pytanie zadał Robert Faron: "czy będzie jeszcze jakaś góra". Zgłupiałyśmy i pierwszą naszą myślą było "to on nie zna trasy?". Nie zatrzymywał się więc nie wiem czy słyszał nasze "jeszcze Krzyżne, później w dół Roztoki, i pod górę na Polanie pod Wołoszynem". Oprócz tego padło kilka propozycji matrymonialnych, na nasze pytanie o numer startowy niektórzy podawali numery telefonu (a wielu zawodników było już mocno zmęczonych, i często na nasz widok mamrotali "ale ładne dziewczyny"), ale najczęstszym pytaniem było to kiedy ma padać. Bo zbierało się i niemal dokładnie o 14:00 zaczęło lać. Ja stałam w bardzo twarzowej, niebieskiej, turystycznej pelerynce przypominającej worek na śmieci, a gdy przebiegał zawodnik to Kasia nurkowała pod nią żeby zapisać numer. Jednak nasz notes ostatecznie wyglądał jak szmata. Kilka razy zagrzmiało nam nad głowami, i dwa razy przeleciał helikopter GOPRu. Jednak żadnemu z zawodników nic się nie stało (było tylko kilka poodzieranych kolan z potokami krwi przez całe skarpety kompresyjne, a jeden wywinął orła zbiegając do naszej dziury). Cały czas spoglądałyśmy na zegarek, i zastanawiałyśmy się czy ci co dopiero do nas dotarli jeszcze zdążą w limicie na Wodogrzmoty, a zostały wtedy 3 godziny. Naprawdę starałam się odpowiadać na ich pytania najbardziej przekonywająco jak tylko mogłam, że na pewno zdążą i trzymamy za nich kciuki. Jak później sprawdzałam wyniki to całe szczęście wielu się to udało. Kilkanaście minut po godzinie 15:00 pojawił się zamykacz, i mogłyśmy zwinąć chorągiewki. Nad głowami znowu zagrzmiało i przyspieszyłyśmy. Po drodze znalazłyśmy na wielkim głazie bukłak - nie wiem jak można zgubić/zapomnieć coś tak dużego, ale oddałyśmy to do biura rzeczy znalezionych. Zejście wlokło się niemiłosiernie. Byłam cała mokra i pomimo stania kilka godzin w jednym miejscu (i tak naprawdę nic nie robieniu) zmęczona. Dłonie mi tak zmarzły że ledwo wyciągnęłam chip i nadajnik GPS z plecaka żeby oddać sędzi głównej (moje rękawiczki były w plecaku jednego z zawodników, który zapomniał swoich). Zjadłyśmy ciepły posiłek na mecie, osuszyłyśmy w toalecie, i około 20:00 byłam w domu. 
Cieszę się że wzięłam w tym udział! Poznałam fajnych ludzi, i miałam okazję pomóc spełnić marzenie wielu osób które wystartowały. Jesteście bohaterami niezależnie od tego jaki czas mieliście na mecie! To nie jest łatwy bieg, i nie ma tu przypadkowych osób. Gratuluję wszystkim i mam nadzieję że za 2 lata to ja pojawię się na trasie (po przeanalizowaniu czasu ruchu nawet byłabym w stanie to teraz ukończyć!). A jeśli nie to na pewno spotkacie mnie ponownie w czerwonej kamizelce ;)

A to robią wolontariusze w trakcie oczekiwania na pierwszego zawodnika...

24 sierpnia 2017

Chudy Wawrzyniec 2017

Zapisując się w lutym myślałam o trasie długiej, i taką zaznaczyłam. Do czasu poznańskiego półmaratonu wszystko szło po mojej myśli. A później cały plan runął. Maraton w Dębnie i Krakowie "przebiegnięty" z ITBS. Dopiero po Wings For Life zrobiłam przerwę. Treningi wznowiłam pod koniec maja, ale były to krótkie, maksymalnie 10-minutowe interwały na bieżni. Cały czerwiec polegał na klepaniu dystansów 5-8 km, a dopiero w lipcu zrobiłam pierwsze 10 km. Tylko to już było za późno nawet na przygotowanie do krótszej trasy. Mimo to postanowiłam spróbować, i po prostu ukończyć nie zwracając uwagi na czas. Zresztą i tak musiałam się hamować ze względu na niedoleczoną nogę, i nie było mowy o szaleńczych zbiegach. 
Na kilka dni przed wyjazdem odezwała się Dagmara. Również jechała na Chudego tyle że z Gniezna, ale postanowiła zahaczyć o Poznań i mnie zabrać. Wyprawy z nią nigdy nie zapomnę. Wydostałyśmy się z miasta dopiero po 14:00, utknęłyśmy w korku bo remont drogi, ja źle nawigowałam i nie skręciłyśmy na ten zjazd co trzeba. Nie ominęła nas też wizyta we wrocławskim Decathlonie, bo okazało się że ona zapomniała bukłak, a ja rękawiczki. Na autostradzie w stronę Katowic trafiła nam się tak gigantyczna ulewa, że jechałyśmy jakieś 50 km/h. Było ciemno jakby ktoś wyłączył słońce. Po 22:00 wparowałyśmy do biura zawodów. Okazało się że miejsca na najpóźniejsze busy odwożące na start są już wyprzątnięte, i zostały tylko te na 3:00. Miałam zapewniony nocleg na hali, ale nie chciałam hałasować ludziom o tej godzinie, więc zabrałam się z Dagmarą do pensjonatu na Słowację. Poszłyśmy spać po 23:00, a budzik miał zadzwonić o 2:15. Nie zasnęłam ani na minutę. Leżałam z zamkniętymi oczami i czuwałam. Gdy w końcu wstałam było mi wszystko jedno. Szybko zjadłam bułkę, spakowałyśmy się w biegu, bo o 2:45 musiałyśmy wyjechać. Na miejsce dotarłyśmy o 3:15 po czym okazało się że Dagmara nie zabrała numeru startowego. W tym momencie mój największy koszmar, coś co mi się śni przed każdym startem, spełnił się - spóźniłam się! O godzinie 4:00 wjechałyśmy do Rajczy, czyli na styk. Jednak nie wiedziałyśmy gdzie jest start. Co z tego że biegłam rok temu jak nie zarejestrowałam nazwy ulicy, internet w telefonie mi nawalał, i nie wiedziałyśmy co zrobić? Udało nam się wypatrzeć spóźnionego biegacza który wskazał nam drogę. Gdy dojechałyśmy na miejsce była 4:03, ale nadal wszyscy zawodnicy stali. Z tym że klaskali. Zapomniałam o kolejce! Start był opóźniony właśnie przez to. Jednak linię przekroczyłyśmy jakieś 2 minuty za wszystkimi i musiałyśmy ich gonić. W biegu zapinałam kamizelkę, przyczepiałam pasek z numerem startowym, upychałam Dagmarze skarpetki i kurtkę do plecaka.
A jak nas przywitał Chudy? Gdzieś w połowie asfaltu zaczęło dość mocno padać. Większość wyjęła kurtki przeciwdeszczowe. Biegłam jeszcze kawałek w krótkim rękawku, ale uznałam że też założę - kompletnie bezsensu, bo szybko przestało padać, i znowu się rozbierałam. Do tego gdzieś w oddali grzmiało. Po 7 kilometrach było odbicie na szlak. Zaczęło się przejaśniać, ale wokół mnie zrobiło się pomarańczowo, i nie wiedzieć czemu, poruszałam się zygzakiem. Kolejna ulewa, i grzmoty. Około 10 kilometra był na prawdę cudowny zbieg po stoku. Rok temu frunęłam, ale teraz musiałam uważać. Mimo to trochę przegięłam, bo od tej oszałamiającej prędkości zaczęły łzawić mi oczy, ledwo coś widziałam, i poleciałam na tyłek. Gdy dotarłam do Zwardonia to burza się rozszalała. Coś w stylu "lubię disko bo się błysko". Nie wiedziałam czy schować się, czy biec dalej, ale inni biegli to ja też. Po chwili kolejna ściana wody. Dosłownie jakby lali ją na nas wiadrami. Gdy dotarłam do schroniska na Wielkiej Raczy to zamarzyły mi się pomarańcze. Kupiłam sok, szybko wypiłam, i ruszyłam dalej. Wiele osób suszyło ciuchy, zamówiło zupę... ale uznałam, że jak tak sobie posiedzę to już zostanę. Na 30 kilometrze jakiś cudowny przypływ sił. Prułam pod górę, w dół... Być może już wyobrażałam sobie jak jem jagody na Przegibku. Bardzo szybko minął ten odcinek, i w końcu je dopadłam! Oprócz tego zapchałam się ciastkami oraz arbuzem. Tylko przez kolejny kilometr odczuwałam skutki tego obżarstwa - nie mogłam biec. Gdy dotarłam do miejsca w którym rok temu podjęłam decyzję o zejściu z trasy, zatrzymałam się na chwilę, uśmiechnęłam pod nosem, i poleciałam dalej. Tym razem to ukończę! Podejście na Wielką Rycerzową mnie dobiło. To była ściana kamieni, błota i mokrej trawy. Lawirowałam pomiędzy krzakami i głazami próbując się nie poślizgnąć. Jak udało mi się wpełznąć na górę to wystawiłam rękę po opaskę mówiąc "ja na krótką, idę do domu". I tu się zaczął najgorszy dla mnie fragment trasy. Wlókł się niemiłosiernie. Za Bacówką na Wielkiej Rycerzowej zaczęłam głośno płakać. Tak już jakoś mam że mi się zbiera w trakcie biegu. Ubzdurałam sobie że przecież teraz ma być tylko z górki, więc skąd znowu te podejścia? Zapomniałam że został jeszcze Muńcuł. Ale później i tak przeklinałam, bo właśnie było w dół. Bolały mnie piszczele i miałam serdecznie dość. Gdzieś w tych krzakach złapał mnie Piotr Dymus:
(Źródło: Chudy Wawrzyniec FP)
Wszystko fajnie tylko że chwilę później mnie wyprzedził. Po jakimś czasie mozolnego zejścia znalazł się fragment po którym dało się biec. Udało mi się wyminąć Piotra. Znowu pełno błota, marsz, i usłyszałam że ktoś za mną idzie. Nie odwróciłam się tylko zeszłam na bok żeby przepuścić i kto przeszedł? Piotr. Serio... wyprzedził mnie idąc. Zaczęłam się śmiać, powiedziałam "znowu", on też się uśmiechnął odpowiadając "znowu", i zniknął mi z oczu. Już go nie dogoniłam.
Gdzieś pod koniec przemiły pan fotograf z fotomaraton instruował mnie z której strony lepiej zejść, i wyglądało to tak:
Po tym jak skończyłam udawać brodzącą po moczarach czaplę, udało mi się sturlać do płaskiego fragmentu, gdzie zaraz za zakrętem był mostek, a tam asfalt o którym marzyłam przez ostatnie 5 kilometrów. Bo przecież jak asfalt to znaczy że płasko, że mniej będzie boleć. Jak bardzo się myliłam. Przebiegłam jakieś 200 metrów i musiałam kawałek się przejść, bo to było nie do zniesienia. Ale szybko pozbierałam się, stwierdziłam że to już nie krzaki tylko miasto, są ludzie, i nie będę robić wstydu. Trzeba biec! Resztkami sił dobiegłam do mety, i zaraz po moim debiucie maratońskim była to najpiękniejsza meta. Krzysiek Dołęgowski wyciągnął rękę żeby przybić piątkę, a ja w zasadzie dotknęłam jego ręki bo nie miałam siły, i totalnie się rozkleiłam. On trzymał mnie za rękę, a ja wyłam jak małe dziecko i nie mogłam nic powiedzieć. 
Udało się! Pasmo dało mi spokój, nic nie bolało, a ja po 10 godzinach dotarłam do mety. Jak na 53,5 km to żenujący czas, ale kto by się tym przejmował? Taki był plan - ukończyć bez bólu. 
Uwalana błotem po sam tyłek poszłam po piwo i coś ciepłego do jedzenia, a później ponad 4,5 godziny czekałam na Dagmarę która wybrała dłuższą trasę. 
Wróciłyśmy do pensjonatu mokre, brudne i śmierdzące. Dziwnie na nas patrzeli jak weszłyśmy do restauracji, ale bez żadnego zastanowienia czy wypada, zamówiłyśmy coś do jedzenia. Najpierw pod prysznic trafiły nasze buty, a dopiero później my. Wszystko było by fajnie gdyby nie to, że wychodząc w nocy zapomniałyśmy zamknąć okno. Zalało połowę pokoju, dywan mokry, stół, krzesło, ręczniki... Dobrze że łóżka się uratowały. Rano szybkie śniadanie, pakowanie, i ewakuacja (ale jaki mokry dywan?). Dagmara podrzuciła mnie do Bielsko-Białej, bo tam miałam pociąg do Zakopanego. Ruszałam na kolejną przygodę, ale o tym w osobnym poście. 
Sprzęcior:
- Asics FujiTrainer 3 (zrobiłam ten sam błąd co rok temu, Asicsy na błoto zostały w plecaku)
- opaski kompresyjne Zeropoint
- rajty Kalenji
- koszulka Kobiety Biegają
- 4 x żele Nutrend Cola z kofeiną NBR
- 1 x baton Zmiany Zmiany szpinak z cytryną NBR
- 1 x baton Chia Charge Flapjack Mini NBR
- 1 x baton Chia Charge Cashew Karma NBR
Podsumowanie:
- czas 10:05:coś tam
- dystans: 53,5 km (wg mojego zegarka, Suunto Ambit 3 Sport)
- zero otarć, pęcherzy i innych dziwnych rzeczy (jeszcze godzina na trasie w tych mokrych butach, a miałabym piękne kalafiory na stopach)

Nie wiem czy zdecyduję się na długą trasę w przyszłym roku. W końcu byłam tu już dwa razy! Zdecydowanie pora na coś nowego ;)

Gratuluję Zuzie niesamowitego wyniku (poniżej 8 godzin!), no i przede wszystkim Klarze która wybrała trasę długą! Śledziłam jej GPS do samego końca. Ale nie od dziś wiadomo, że #kobietybiegajaultra ;) 

8 maja 2017

4th Wings For Life World Run

7 maja zmierzyliśmy się po raz czwarty ze światem, ale też z samym sobą. Cele były dwa: przebiec jak najwięcej kilometrów dla tych którzy nie mogą, i zgromadzić jak najwięcej pieniędzy na badania nad przerwanym rdzeniem kręgowym. 25 lokalizacji, ponad 155 tysięcy uczestników, i zebrane 6,8 milionów euro. 
Zachmurzenie, wiatr, niewielki deszcz, i stosunkowo niska temperatura jak na maj. Tak wyglądał tegoroczny bieg. Warunki przypominały te z pierwszej edycji, kiedy to udało mi się przebiec 13,21 km, i to był mój najlepszy wynik. Niestety w 2015 i 2016 roku było już ich mniej. W planach miałam znowu 15 km. 
Załadowana sokiem z buraków, pojechałam na Maltę zaraz po pracy. Byłam trochę niewyspana, ale pobudka o 4:00 robi swoje. Na miejsce dotarłam ok. 11:30 i od razu poszłam się przebrać. Po 12:00 spotkanie Wkurw_team, wspólne zdjęcie, i czekało mnie kilkanaście minut stania w kolejce do depozytu. Do ostatniej chwili nie zdejmowałam kurtki bo zostałabym wielkim soplem lodu. Około 12:30 weszłam ze znajomymi do strefy startowej i wtopiłyśmy się w tłum, bo wiadomo że w kupie cieplej. 30 minut później start! Pierwszy kilometr był najwolniejszy, bo przede mną było mnóstwo ludzi, a trasa aż do Baraniaka wąska co niestety bardzo spowalniało. A do tego trzeba dodać biegaczy którzy nie potrafili się odezwać, krzyknąć "lewa/prawa wolna, przepraszam" itd., tylko przepychali się, wbijając w innych łokcie, i bezczelnie przepychając się. Każdy chciał przebiec jak najwięcej, ale bez przesady... Po wydostaniu się z tego kotła można było odetchnąć bo na ul. Baraniaka, Królowej Jadwigi, czy Solnej zrobiło się szerzej i luźniej. Pierwszy wodopój na podbiegu na ul. Królowej Jadwigi. Dziki tłum, ludzie brali kubki, ale nie odchodzili na bok przez co blokowali innym dostęp. Udało mi się dorwać wodę, banana i pognałam dalej. Tutaj odczułam już zmęczenie, bo starałam się nadrobić te 3-4 minuty oczekiwania na starcie. Na większych skrzyżowaniach, a zwłaszcza na węzłach przesiadkowych jak Rondo Rataje czy Śródka, było sporo ludzi, więc dopingu nie brakowało. Wydaje mi się że w tym roku kierowcy byli bardziej wyrozumiali. Trąbili (ale nie dlatego żebyśmy skończyli bo chcą przejechać), wychodzili z samochodów, klaskali, krzyczeli. W pamięć zapadł mi pan w niebieskim garniturze jakoś przed 11 km. Wyszedł ze swojego samochodu, bił brawo, i mówił że "ze spokojem, my poczekamy". To było bardzo fajne i miłe, bo jak widać nie wszyscy puszkowcy mają spięte cztery litery. Gdy mijałam toi toie przy których rok temu zakończył się mój bieg, zaczęłam się śmiać, bo nie tym razem! Cisnę dalej! Na drugim wodopoju udało mi się dorwać tylko izotonik co odbiło się na tych kilku kolejnych kilometrach, bo już nie miałam siły. Kwasu w mięśniach tyle że można by wiadro uzbierać. Biegłam głową i sercem. Chciałam przebiec więcej niż te 13,21 km. Nawet gdyby to miało być tylko 13,22. Jak usłyszałam że już niedaleko jest samochód, spojrzałam na zegarek i coś mi nie pasowało. Leciałam poniżej 6:00 min/km co dawało mi lepszy wynik jak 15 km, ale po chwili przypomniałam sobie że przecież byłam w plecy o te 3-4 minuty na starcie, bo swoje musiałam odstać. Coraz większy hałas, wrzawa, krzyki że jest 300 metrów za nami, a ja jeszcze nie dobiegłam do 14 kilometra! Wydusiłam resztki energii z siebie i jest! Gdy minęłam chorągiewkę to uśmiechnęłam się, zwolniłam i czekałam na samochód, który wyprzedził mnie 100 metrów dalej. 
To był dobry bieg. Mój ostatni przed dłuższą przerwą, bo niestety ITBS wciąż nie daje mi żyć, i jestem stałym bywalcem gabinetu zabiegowego, gdzie dźgają mnie w pośladki w celu zmniejszenia stanu zapalnego.
(Źródło: t-run.pl)
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 6
- opaski kompresyjne Zeropoint
- rajty Kalenji
- koszulka BBMLW
Podsumowanie:
- czas: 1:23:01
- dystans: 14,12 km
Organizacja:
Niestety jest sporo rzeczy do których można się przyczepić, i to nie są duperele:
1. Depozyty: stałam kilkanaście minut żeby oddać worek. Lepiej było z odbiorem, bo kolejka była krótsza, ale to i tak zajmowało sporo czasu, bo kazano nam podpisać się na obu papierkach (jeden był przyczepiony do worka, a drugi dawaliśmy wolontariuszowi aby łatwiej było mu znaleźć nasze rzeczy). Gdy siedziałam na trybunach i widziałam te kolejki to współczułam ludziom którzy w taką pogodę marzną w krótkich rękawkach, bo nie dla wszystkich wystarczyło folii termicznych. 
2. Folie termiczne: ponoć były w autobusach. Ponoć bo nikt niczego nam w środku nie rozdał. Dostałam ją dopiero jak wyszłam z busa. O dziwo tym razem wody było pod dostatkiem, bo poprzednie dwie edycje pod tym względem to była żenada.
3. Posiłek po biegu: kolejka po horyzont, bo było jedno stanowisko wydające. Następne kilkanaście minut czekania i marznięcia.
4. Limit uczestników oraz lokalizacja: wystartowało ostatecznie około 5500 osób. Malta nie jest w stanie tylu ludzi pomieścić. Długi czas oczekiwania na start przez co nie mamy 30 minut na ucieczkę, a 20-kilka, i pierwszy kilometr to mordęga. Jest wąsko, ciasno... Start powinien być z poziomu ul. Baraniaka, szersza brama startowa, i mniejszy limit (ponownie jakieś 3000). Cel szczytny i wiadomo że im więcej osób tym lepiej, ale w Poznaniu się nie da, bo nie ma miejsca. 

Na koniec jeszcze kilka słów o zwycięzcach. W Poznaniu dali czadu. Po raz drugi wygrał Tomek Walerowicz przebiegając 85,14 km a jeśli chodzi o kobiety to triumfowała Joasia Zakrzewski z wynikiem 52,26 km. Natomiast zwycięzcą w przypadku biegaczy (można poniekąd powiedzieć że globalnym) został Bartek Olszewski pokonując 88,24 km. Dominika Stelmach zmiażdżyła rywalki (ale też rywali), ustanawiając rekord kobiet, czyli 68,21 km i zostając globalną zwyciężczynią. A to jeszcze nie koniec, bo w Cambridge również wygrał Polak, Jacek Cieluszecki, który przebiegł 68,80 km. Brawo! Wszystkim należą się gratulacje i pokłony, bo to co zrobili nie mieści mi się w głowie. Jednak dla mnie zwycięzcą totalnym jest Aron Anderson. Przeczytałam już kilka niezbyt fajnych komentarzy na jego temat: bo na wózku, więc miał łatwiej, bo z górki zjeżdżał i się nie męczył... A ktoś z tych narzekaczy pomyślał, że jednak tak łatwo nie miał? Że jednak przez ponad 6 godzin musiał się poruszać za pomocą siły własnych rąk? Że musiał pokonywać w ten sposób wzniesienia? Oglądał ktoś rywalizację do końca? Widzieliście jak on wyglądał i ile serca wkładał w to aby jeszcze trochę dokręcić? Jaki był szczęśliwy gdy minął go samochód? Ja prawie płakałam widząc to. 92 kilometry i 140 metrów. To jego wynik. Wejdźcie na jego instagram. Ten człowiek cieszy się życiem i z niego korzysta. Bierzcie przykład!

Widzimy się za rok, 6 maja 2018 roku. Tylko jeszcze nie wiem gdzie... Mam 3 lokalizacje na oku :)

2 maja 2017

16. Cracovia Maraton

Maraton w Krakowie, po zeszłorocznym starcie tam, stał się obowiązkowym biegiem w moim kalendarzu. Tym razem niewiele brakowało a nie dotarłabym na miejsce. A wszystko przez PKP. Z miesięcznym wyprzedzeniem kupiłam bilet przez internet. Wszystko ładnie, pięknie, aż nadszedł dzień wyjazdu. Ja, mistrz organizacji i planowania, zostałam na dworcu bo nie było mojego pociągu. Sprawdziłam tablicę odjazdów/przyjazdów i jedyny pociąg do Krakowa był o 12:21. Dotarłam na peron, nadal zero informacji i zapowiedzi, a po chwili na tablicy wyświetliło się: Szczecin Główny. Zamarłam. Bagaż pod pachę i sprint do punktu IC. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Dzień dobry! Bilet do Krakowa na dzisiaj proszę. Na najbliższy pociąg.
= Dzień dobry. Wątpię żeby były jakieś miejsca do Krakowa, bo jest majówka.
- Niech pani sprawdzi. Mogę stać, leżeć, jechać na dachu, ale muszę tam dzisiaj być!
= Do Krakowa na stojąco? Ale sprawdzę... Ma pani szczęście. Jest miejsce na 14:47.
- Biorę!
I tak lżejsza o 71 zł, po ponad dwu i półgodzinnym czekaniu, trzy godzinnej obsuwie dotarłam. Całe szczęście znajoma też biegła, była już na miejscu, i udało jej się wydrukować oświadczenie aby odebrać pakiet za mnie. Biuro zawodów zamykali o 20:00, a ja byłam na miejscu przed 21:00. Następnie czekał mnie kolejny sprint. Tym razem do hali gdzie był nocleg. Musiałam tam być przed 22:00, i wpadłam na styk. Weszłam do środka i od razu skierowałam się do tej samej sali w której spałam rok temu. Zostawiłam walizkę przed wejściem, wzięłam torbę, obeszłam wszystko, stanęłam w rogu, i zaczęłam się zastanawiać czy gdzieś tu się jeszcze wcisnę. Po chwili od jednego biegacza padła propozycja noclegu razem z nim - na dużym, dmuchanym, dwuosobowym materacu. Trzy razy zapytałam się czy na pewno, bo myślałam że sobie żartuje. A jednak nie! Pierwszy raz nie spałam na podłodze, na karimacie tylko pełen luksus. Materac!
Obudziłam się po 5:00, wyjrzałam za okno i pogoda nie zachęcała do wyjścia. Szaro, buro, trochę mgły, i deszcz. Pomimo paskudnej pogody nie skorzystałam z dojazdu tramwajem. Postanowiłam się przejść, bo dawno nie byłam w Krakowie, a że darzę to miasto miłością (jakkolwiek to brzmi w odniesieniu do jakiegoś miejsca), to chciałam chłonąć jego atmosferę na tyle ile się da. Po drodze zatrzymałam się przy pięknych kamienicach na ulicy Retoryka. 
Organizacja na Rynku Głównym była taka sama jak rok temu - w ten sam sposób ustawione toi toie (nawet z nich nie korzystałam, bo można nabawić się klaustrofobii w tym wąskim korytarzu), depozyty i szatnie. Problem miałam w depozycie bo tym razem najniższe numery znajdowały się na początku, a rok temu było odwrotnie. Sugerując się tym od razu poszłam na sam koniec, a tam zdziwienie... Musiałam przedzierać się z wielkim workiem, który się powoli urywał, między ludźmi, którzy postanowili akurat w depozycie się przebierać, rozgrzewać itd. Nie było tam miejsca, ale po co. Lepiej utrudniać wszystkim życie, stać w przejściach, nie przepuszczać, i jeszcze mieć pretensje że ktoś kogoś trąca bagażem. Przez te ceregiele spóźniłam się na zdjęcie Wkurw_team. Co prawda tylko 3 minuty ale jednak (zwłaszcza że ja organizowałam wszystko). Przed samym startem spotkałam jeszcze Monikę (ona odbierała mi pakiet), życzyłyśmy sobie powodzenia, i poszłyśmy do strefy. Chciałam spróbować atakować 4 godziny, bo jak biegłam w Dębnie to tempo na 4:15 było dla mnie wolne, konwersacyjne. Niestety nie byłam w stanie dopchać się do balonów, więc stanęłam gdziekolwiek. 
Start jak zwykle przepiękny! Zła pogoda nie odstraszyła kibiców i turystów. Wielu z nich stało w oknach i na balkonach hoteli przy Rynku. Zapamiętałam starsze panie które były na balkonie i odliczały razem ze spikerem, a gdy padło hasło "Start!", skakały i klaskały. Zupełnie jakby same startowały. Na początku było nieprzyjemnie, bo padało. Miałam kałuże w butach jeszcze zanim ruszyłam. Utrzymywałam całkiem sensowne tempo tak do 17-18 km. Tam minęły mnie balony na 4:15. Trochę się zdenerwowałam ale biegłam dalej. Gdzieś od 25 km zaczął wariować żołądek. Nie wiem co było powodem, bo żele miałam sprawdzone. Izotonik tak samo, a w trakcie całego biegu zjadłam tylko 1/3 banana, bo więcej nie potrzebowałam. Znacznie zwolniłam bo bałam się że zwymiotuję. Na każdym kolejnym wodopoju przechodziłam do marszu żeby żołądek się uspokoił. Przy Tauron Arenie na drugiej pętli wyprzedzili mnie pacemakerzy na 4:30. No trudno... Trzeba biec dalej. Gdzieś po 35 km dodatkowo zaczęło doskwierać mi pasmo, ale ból był mniejszy niż w Dębnie. Około 41 km był już bardziej upierdliwy i chciałam przejść do marszu, ale w tym miejscu, pod samym Wawelem znajdował się niesamowity punkt kibica. Podbiegł chłopak nadzierając się do mnie, później wołając przez mikrofon po imieniu, i od razu odechciało mi się iść. Do samej mety biegłam, a ostatnie 200 metrów to było coś pięknego, i znowu zdusiło mi gardło ze wzruszenia. Pomimo bólu wbiegłam na metę z uśmiechem.
(zdjęcie: fotomaraton.pl)
Kraków jest magiczny i chociaż uzyskany wynik jest beznadziejny to nie uważam tego startu za stracony czas. Kibice są tu najlepsi!
Trasa:
Krąży opinia że Kraków jest płaski i idealny na życiówkę. Kłóciłabym się bo płaskie jest Dębno, a następnie Poznań. 
Organizacja:
Znowu te kibelki na Rynku... Ciasno, tłok, ciężko się tam dostać, a później wydostać. Lepiej skorzystać z płatnej toalety w Sukiennicach. Jeśli chodzi o pakiet to w tym roku składał się z:
- koszulki
- medalu
- numeru startowego
- żelek Frugo (w moim pakiecie ich nie było)
- galaretek Wawel
- batonu białkowego ActivLab
- kuponu na Pasta Party
- worka
Na mecie każdy dostał coś w rodzaju pakietu regeneracyjnego, ale w tym roku był dość słaby. W siatce znalazłam keczup i musztardę Roleski, owsiankę, mini chlebek Melvit i baton. Chlebek i baton można zjeść od razu ale co mi po owsiance którą trzeba zalać mlekiem/wrzątkiem? Oprócz tego wydawano wodę, izotonik i banany. Nadal uważam że taki pakiet jest dobrym rozwiązaniem bo nie marnuje się jedzenie, ale pod warunkiem że jest tam coś sensownego, co faktycznie pozwoli na uzupełnienie energii. Po biegu poszłam coś zjeść bo inaczej bym padła w pociągu (co nie skończyło się dla mnie dobrze, bo czymś się strułam, ale nie jestem pewna czym).
Sprzęcior:
- kapcie Asics Hyper Speed 5 (polecam na deszcz, bo błyskawicznie "usuwana" jest woda ze środka, więc skończyło się bez otarć i pęcherzy)
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka BBMLW
- rękawki Halfworn
- 2 żele Nutrend Cola z kofeiną Natural Born Runners i 1 żel ALE Cola z kofeiną Natural Born Runners
Podsumowanie:
- czas netto: 4:38:13
- miejsce OPEN K20: 134
- uszkodzenia: jeszcze trochę ITBS

Wracając do PKP: pociąg powrotny miałam o 14:51, więc w tempie ekspresowym musiałam się ogarnąć po biegu. Gdy dotarłam na dworzec to pociąg już stał na peronie. Weszłam, usiadłam, i ulga. Po chwili przyszło małżeństwo z biletami na to samo miejsce co ja. Postanowiliśmy poczekać na konduktora i to wyjaśnić. Pociąg ruszył i po około 30 minutach kontrola. Co się okazało? Mój bilet od ponad miesiąca był nieważny. Myślałam że się rozpłaczę, bo tego już było za wiele. Kupowałam go w punkcie IC. Na początku chciałam miejsce na pociąg odjeżdżający przed 17:00, ale nie było miejsc. Rozmowa ta sama: bo majówka więc pełne obłożenie i jest tylko na 14:51 w pierwszej klasie. Ze strony konduktora padło pytanie, że jak mogłam nie sprawdzić daty. Ale jeśli kupowałam bilet w kasie, wyraźnie mówiąc 30.04 a nie 02.04 to co miałam sprawdzać? Wróciłam do domu, schowałam bilet żeby gdzieś się nie zapodział i tyle. Musiałam kupić kolejny, ale tym razem 97 zł w plecy... Po powrocie złożyłam reklamację na oba, bo w końcu nie były wykorzystane i mam nadzieję że otrzymam zwrot, bo kwota mała nie jest. Takich problemów z PKP jeszcze nigdy nie miałam. 

W planach miałam październikowy półmaraton w Krakowie, ale niestety termin pokrywa się z poznańskim maratonem z którego nie zrezygnuję. Dlatego widzimy się w Królewskim Mieście na 17. Cracovia Maraton!

9 kwietnia 2017

10. Poznań Półmaraton

Zaczęłam od Dębna, więc teraz wypadało by wrócić do Poznania. 
To było moje drugie podejście do złamania 1:55. Wydaje mi się że zimę przepracowałam o wiele lepiej niż rok temu, mimo to czegoś brakowało. Ale, ale! Znowu zaczynam od końca, więc może przenieśmy się do 24 marca, czyli na 2 dni przed startem. Od razu po pracy pognałam odebrać pakiet. Na Expo spędziłam bardzo mało czasu, bo nie chciałam kupić czegokolwiek. Przechodząc obok stoisk z pięknymi, kolorowymi butami, opaskami, czy czapkami, wmawiałam sobie że wszystko mam. Całe szczęście podziałało. Spotkałam też sporo znajomych osób i wymieniłam na szybko kilka zdań. Na sobotę umówiłam się z nowo poznanymi członkami wkurw_team na Pasta Party. A że było nam mało to wybraliśmy się jeszcze do miasta na kawę i ciacho. Z soboty na niedzielę była zmiana czasu i spaliśmy o godzinę krócej. Ustawiłam wszystkie budziki jakie miałam żeby nie lecieć z wywieszonym językiem na start (mam aż 600 metrów do pokonania, tyle wygrać!). Szybko zasnęłam, ale ta godzina w plecy dużo zepsuła, bo po przebudzeniu czułam się jakby mnie rozjechał czołg. Tradycyjnie bułka z dżemem, pół litra soku z buraków i można było wychodzić. Przed startem zdjęcie z wkurw_team i ciśniemy:
Znalazłam pacemakerów na 1:55 i pozostało mi czekanie na start swojej strefy. Powoli przesuwałam się o przodu aż trochę ich wyprzedziłam. Nagle za moimi plecami wyrósł ochroniarz z linką, i balony zostały za mną. Musiałam wystartować z szybszej strefy co wybiło mnie z rytmu, bo przez cały czas próbowałam uciekać przed balonami. Gdy zbliżał się ten słynny podbieg na ok. 10,5 km lekko się spociłam, bo będąc na agrafce zobaczyłam zająców. O dziwo nie cierpiałam tak bardzo jak rok temu. Zwolniłam, ale po wczołganiu się na górę przyspieszyłam, i udało się wrócić do poprzedniego tempa. Niestety radość trwała krótko. Na 12-13 kilometrze wyprzedzili mnie, a ja już nie miałam siły utrzymać tego tempa. Zaczęło się przeliczanie w jakim czasie dotrę do mety. Na początku ubzdurałam sobie że przecież uda się na 1:55, no może 1:56. Po czym przypomniałam sobie że oni wystartowali jakieś 3 minuty po mnie, więc nie jestem w stanie nic nadrobić. Pozostało mi po prostu dobiec do mety. Jakoś na 17 km na Rondzie Skubiszewskiego dopadł mnie kryzys. Na myśl o długiej prostej odechciało mi się biec. Wlokłam się z totalnie pustą głową. Nie myślałam o niczym, nic do mnie nie docierało. Mijałam biegaczy siedzących na krawężnikach, których podtrzymywali ratownicy, a ja dalej: lewa, prawa, lewa, prawa. Dopiero na skrzyżowaniu Matejki/Szylinga/Grunwaldzka przyspieszyłam. I nareszcie! Upragniony skręt na targi i do hali! 
(fot. Fotografia Patryk Stremich)
Meta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Co prawda od pomarańczu aż raziło, ale tam było dużo ludzi, super doping, a pomiędzy biegaczami lawirował Mezo, który dawał koncert zaraz po ukończeniu biegu. Zwątpiłam trochę bo nie za bardzo wiedziałam gdzie jest ta meta (a przecież trzeba zastopować zegarek!), ale udało się wypatrzeć matę. 
Ledwo dysząc skierowałam się na prawo, za wszystkimi. Na wyjściu z hali dostałam medal oraz kwiatka. Do tego momentu było wszystko ok po czym zaczął się horror. Łącznik pomiędzy obiema halami był zatkany. Żeby przejść gdziekolwiek trzeba było się przeciskać. W dodatku świeciło słońce, więc w środku było jak w szklarni. Udało mi się wydostać do strefy z jedzeniem. Tam również ścisk. Szłam wzdłuż stołów szukając pomarańczy. Okazało się że były z drugiej strony, więc znowu przepychanie. Gdy już wpadły w moje ręce, stanęłam z boku, ściągnęłam chip, i niestety musiałam cofnąć się do szklarni. Oddałam chip i ruszyłam do wyjścia przez halę w której były szatnie i depozyty. Tu czekał kolejny problem. Na wejściu stali ochroniarze którzy nie wpuszczali kibiców, ale niestety ich zachowanie (kibiców) pozostawało wiele do życzenia. Pchali się w przejściu i zupełnie nie pozwalali wyjść biegaczom. Cisnęły mi się na usta niecenzuralne słowa, bo ledwo wleczesz nogami, jesteś głodna, zmęczona, i nie możesz wyjść bo stado baranów blokuje drogę, bo już teraz, zaraz, natychmiast musi się zobaczyć ze swoim misiem pysiem. Udało mi się dostać pod halę gdzie wydawano makaron i piwo. Po 10 minutach krążenia znalazłam mamę, i poszłam jeść. Makaron dostałam bez problemu, ale to co się działo przy wydawaniu piwa... Niby były jakieś kolejki, ale w zasadzie można było się wepchnąć bez problemu. Nie przypominam sobie żeby rok temu były takie tłumy, i taki problem z piwem (dla mnie to istotna sprawa, bo na % pozwalam sobie w zasadzie tylko po biegu, a na "co dzień" nie piję).
Pakiet startowy:
Tradycyjnie, jak to w Poznaniu:
- fajny, solidny worek
- pasująca kolorystycznie koszulka techniczna 4F
- piwo Miłosław
- numer startowy
- bon na Pasta Party
- medal i żarełko po biegu
Trasa:
Identyczna jak rok temu. Zmiana była kosmetyczna i dotyczyła tylko początku. Zamiast skręcać na Most Dworcowy, biegliśmy w stronę Kaponiery, Cytadeli, a tam na Garbary. Według mnie to nadal zły pomysł, bo na wysokości Sheratona przy przystanku tramwajowym znowu był zator, i musiałam stanąć. Tłok był aż do Garbar. Kompletnie nie rozumiem dlaczego nie możemy biec w drugą stronę... No i bardzo bym chciała żeby zmniejszono limit, i wróciła trasa z 8. Poznań Półmaratonu.
Organizacja:
Nie mam do czego się przyczepić oprócz jednej rzeczy o której napisałam wcześniej - strefa zawodnika. Ten nagrzany, zamknięty łącznik, gdzie nie było totalnie przepływu ludzi: tragedia. Wydaje mi się że łącznik powinien być otwarty, i dla nas odgrodzona od kibiców przestrzeń na placu przed halami, tak że moglibyśmy się bez przepychania dostać na makaron. Za to meta wymiata! Ponoć tam było duszno, ale mój organizm nie zarejestrował tej oszałamiającej zmiany temperatury. Mam nadzieję że w przyszłym roku też będzie finisz na hali.
Sprzęcior:
- kapcie New Balance Minimus Zero
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka BBMLW
- 3 żele ALE cola z kofeiną
Podsumowanie:
- czas netto: 1:58:12
- miejsce OPEN K20: 871
- skurcze/obtarcia/pęcherze: brak

Potwierdza się to co kiedyś napisałam - nie mam szczęścia do półmaratonów w rodzinnym mieście. Kolejne podejście do złamania 1:55 w czerwcu we Wrocławiu.

3 kwietnia 2017

44. Maraton Dębno

Powinnam zacząć od wpisu na temat 10. PKO Poznań Półmaratonu, ale wczoraj biegłam w Dębnie, i ten start o wiele bardziej zasługuje na pierwszeństwo.
Zacznę od tego, że w czwartek postanowiłam zrobić ostatni, lekki trening czyli 40 minut na bieżni a następnie trening funkcjonalny. Po 20 minutach biegu pojawił się niewielki ból w okolicy prawego kolana, który z każdą sekundą coraz bardziej doskwierał. Zakończyłam na 24 minucie, bo już wiedziałam co się stało: wysiadło mi drugie pasmo biodrowo-piszczelowe. Pięknie... na 3 dni przed startem. Zadzwoniłam do dziadków i na drugi dzień byłam u ortopedy. Liczyłam się z tym że zastrzyk może naruszyć co nieco i może się pogorszyć, ale nie miałam nic do stracenia. Dostałam jeszcze leki przeciwbólowe i tyle. Wróciłam do domu, na tyle na ile mogłam porozciągałam i do spania, bo w sobotę wyjeżdżałam.
Odbiór pakietu poszedł bardzo sprawnie. Dostałam odpowiedź na wszystkie swoje pytania, odesłano mnie do stanowiska wydającego skierowania na nocleg, i dokładnie wytłumaczono jak dojść na halę. 
(Było też małe Expo ale ominęłam szerokim łukiem żeby nie kupić czegoś bardzo "potrzebnego")
Dokulałam się na miejsce, rozpakowałam cały bajzel i wyruszyłam na Pasta Party, które zaczęło się o 17:00. Wizualnie klapa. Nałożono mi zlepek rozgotowanego makaronu który wyglądał jak wielka klucha. Całość ratował sos.
(Była też wersja bezmięsna)
Wróciłam na swój kawałek podłogi i przygotowałam sprzęcior na rano. Przy okazji poznałam Pana Jana który organizuje Cross Maraton Jana Kulbaczyńskiego po ziemi Kodeńskiej i Piszczackiej. W związku z tym że to jego bieg, to wiadomo że będzie zachwalał. Ale to na prawdę sympatyczny człowiek, i na pewno impreza wygląda tak jak opisuje, więc jeśli w okolicach marca macie wolny termin to polecam (klik). 
Pierwsze podrygi przedstartowe zarejestrowałam po godzinie 5:00 rano. Budzik nastawiłam na 7:30 więc trochę się wkurzyłam jak bladym świtem ludzie zaczęli się zrywać i powoli szykować. Od tego momentu mój "sen" wyglądał raczej jak czuwanie. Około 6:30 stwierdziłam że to nie ma sensu i zaczęłam czytać książkę. Większość wokół mnie była już ubrana, z numerami startowymi na klacie oraz spakowana (była 8:00 a start o 11:00), a ja nadal leżałam wbita w piżamę i śpiwór. Totalny luz i zero stresu przed biegiem. Jedyną moją myślą było "co ja tu do cholery robię", ale szybko o tym zapominałam przegryzając bułkę z dżemem i zalewając ją sokiem z buraka. Jakoś o 9:30 ruszyłam cztery litery do toalety, umyłam się, ubrałam, i coś tam zaczęłam pakować, a po 10:30 spacerkiem dotarłam do depozytu. Przed oddaniem rzeczy wolontariusz zapytał czy na pewno wszystko mam, i dopiero wtedy zabrał ode mnie walizkę. Teraz już nie było odwrotu i ruszyłam za tłumem w stronę startu. Tam małe zdziwienie, bo nie mogłam dostać się do swojej strefy (tzn. stref nie było, ale uznałam że podział jest na podstawie pacemakerów) z boku, tak jak jest na większości biegów, tylko wchodziłam przodem przepychając się między elitą. Najadłam się stresu, bo do startu zostały 3 minuty, a zegarek nie chciał znaleźć sygnału GPS. Jednak idealnie zsynchronizował się ze strzałem startera. Gdy usłyszeliśmy hasło "start" na tarczy pojawiła się informacja że jest sygnał. Odetchnęłam i mogłam ruszyć. Postanowiłam trzymać się zająca na 4:15 bo w planach nie miałam ataku na życiówkę. To miał być rekreacyjny, bezstresowy bieg. Bałam się pętli, bo nie przepadam za takimi trasami. Tutaj cztery razy wracałam na ten sam punkt odżywczy co było dość denerwujące, ale całość minęła zaskakująco szybko. Około 7 kilometra zagadał do mnie jeden z uczestników i biegliśmy razem jakieś 15 kilometrów. Niestety nie zapamiętałam numeru startowego żeby go odnaleźć na twarzoksiążce, ale zaprosił mnie do swojej winnicy w Toskanii, którą kupi za jakieś 10 lat jak będzie obrzydliwie bogaty. Poczekam na zdjęcia z fotomaratonu, znajdę go i odezwę za te 10 lat :D Bieg ulicami Dębna był niezapomniany. Cały czas stały tłumy! Gdy przebiegaliśmy przez wsie to tam także był doping. Starsza pani waliła w bęben, strażacy odpalali syreny... coś cudownego! Pierwszy problem pojawił się około 27 kilometra kiedy konkretnie mnie zakuło w bok kolana. Musiałam się zatrzymać i przejść do krótkiego marszu. Pomogło i ruszyłam dalej. Niestety od 35 kilometra było coraz gorzej i zaczęłam odliczać ile mi jeszcze zostało, ile to zajmie, byle zająć czymś głowę. Na 36 kilometrze pojawił się płacz. To był mój sposób na ból czyli uwolnienie enkefalin. Jakiś kilometr dalej minęłam kobietę, która widząc moją koszulkę krzyknęła "Dalej! Biegnij jak cię to wkurwia!". Zaśmiałam się i odpowiedziałam że teraz to mnie wszystko wkurwia. Poczłapałam dalej i cały czas płakałam. Jakoś przed 42 kilometrem minęłam większą grupkę, która widząc moje skrzywienie i łzy, zaczęła głośno dopingować i krzyczeć jaką mam piękną opaskę. Kawałek dalej wyskoczył mężczyzna krzyczący do mnie Marianna (albo Marita, już nie pamiętam). Ostatnie 200-300 metrów to było ogromne wsparcie ze strony mieszkańców. Ja nadal zaryczana, zasmarkana i skrzywiona kuśtykałam do mety, a oni krzyczeli i pomagali jak mogli. W pewnym momencie nie wiedziałam czy płaczę z bólu, czy wzruszam się że tyle osób mnie otacza, i jest tam dla nas. We wszystkich biegach w których brałam udział meta była oddzielona barierkami (Poznań w tej kwestii rządzi, wokół ciebie jest dywan, długo nic, echo, barierki, i dopiero ludzie), a tutaj jak na wyścigach kolarskich - wąski korytarz, szerokość może metr, i tłum! Nikt nie wchodził tobie pod nogi i na trasę. Jeśli chodzi o nagromadzenie emocji na mecie to nie wiem czy tu nie było ich więcej niż w Krakowie. Nie chciałam żeby ten bieg się kończył, bo było rewelacyjnie, ale ze względu na ból marzyłam o mecie. Nie wiem jakim cudem to się udało, ale pomimo ITBS dotarłam w 4:25:11. Zero zmęczenia, nic mnie nie bolało. Zupełnie jakbym nie przebiegła maratonu, a może z 10 kilometrów. Gdyby nie ten ITBS... Ale co zrobić. Zdarza się pomimo wizyt u fizjoterapeuty i ćwiczeń. Planowałam dobiec jakieś 10 minut szybciej żeby w miarę spokojnie się ogarnąć i zdążyć na autobus odwożący do Kostrzyna, ale ze względu na obsuwę musiałam się streszczać. Ekspresowe ogarnięcie, przebranie, i tak szybko jak mogłam (he he... tiptopami po jednym stopniu jak stara babcia) wbiłam do busa. A że zostało mi jakieś 6 minut to zabrałam numer startowy i "poszłam" po piwo, bo kolejki do makaronu były o wiele dłuższe. Podeszłam do panów stojących na początku, i zapytałam czy mogę bezczelnie się wepchnąć, bo zaraz odjeżdża mi autobus a mnie bardzo suszy. Przepuścili mnie (dziękuję raz jeszcze), wzięłam złoty trunek, wróciłam pod bus, szybko wypiłam i w drogę. 
Pomimo bólu będę dobrze wspominać ten start. Z góry założyłam że będzie tak sobie, ale całość zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Organizacja jest na bardzo wysokim poziomie, i sam bieg w takim małym mieście, przy niewielkiej ilości uczestników (ok. 2100 osób) ma swój klimat. Cieszę się że tu przyjechałam, bo bardzo mi się podobało, i na pewno wrócę za rok (pomimo niezbyt oszałamiającego makaronu, ale to mały szczegół).
Sprawy "techniczne"
Dojazd:
Z Poznania do Kostrzyna nad Odrą jest bezpośrednie połączenie PKP (ale więcej jest tych z przesiadkami). Natomiast z Kostrzyna organizator zapewnia bezpłatny autobus, który zawiezie nas pod samo biuro zawodów. Transport jest przeddzień zawodów jak i po. 
Nocleg:
Można skorzystać z bezpłatnego noclegu na hali (do wyboru przy starcie lub mecie). 
Pakiet:
Wiele osób narzekało na cenę (140 zł), i że gdyby nie korona to pewnie nikt by tam nie przyjechał. Jednak po tym co zobaczyłam to nie dziwię się że koszty były takie a nie inne, ponieważ pakiet zawierał:
- koszulkę techniczną New Balance
- medal
- kubek (do wyboru 2 wzory)
- ręcznik (do wyboru 5 kolorów)
- piwo
- numer startowy
- żel energetyczny
- kupon na Pasta Party, posiłek po biegu oraz piwo
oraz zabezpieczenie trasy, jedzenie na punktach itd., czyli całą tę otoczkę o której zawsze zapominamy, bo liczy się to co dostaniemy do ręki. Mimo to uważam, że przydałby się pakiet bez tych wszystkich pierdół typu koszulka, kubek... Koszulek mam tyle że powoli się nie mieszczą w szafie.
Trasa:
Jeśli chcecie robić życiówkę to tylko tu. Jedyny "podbieg" jaki zarejestrowałam jest przed 14 km w Dargomyślu. Ale jeśli mnie nie bolało, nie paliło i nie wkurzało to znaczy że jest płasko, i można cisnąć do porzygu.
Podsumowanie:
- czas netto: 4:25:11
- miejsce OPEN: 1573
- miejsce w kategorii K20: 37
- skurcze/obtarcia/pęcherze: brak
- inne: ITBS
Mój sprzęcior:
- buty Asics Hyper Speed 5
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- majciochy Kalenji
- koszulka BBMLW (klik)
- 3 żele ALE cola z kofeiną

Ze względu na kontuzję (rozwalone oba pasma to jest pech, chociaż pech to mało powiedziane) musiałam zrezygnować ze startu, który miał odbyć się 22 kwietnia. Całe szczęście bez problemu udało mi się sprzedać pakiet. Przede mną inne, ważniejsze biegi, więc muszę do tego czasu ogarnąć ITBS na tyle ile się da. 

29 grudnia 2016

Podsumowanie: 2016

Długo mnie nie było, ale nie chciałam Wam spamować sucharami. Rok powoli się kończy, a więc pora na podsumowanie. Biegowe oczywiście. Jak zwykle miałam kilka postanowień, które nie wypaliły, ale dużej katastrofy nie ma. Po kolei (tu "postanowienia" na 2016 rok: klik):
1. Dietę jako tako ogarnęłam. Niestety nadal biorę żelazo, ale już nie tak często. W styczniu mam następną kontrolę, i wtedy się okaże czy znowu ferrytyna spadła, czy utrzymuje się na sensownym poziomie. Chciałabym powoli rezygnować z mięsa, ale wszystko zależy od badań. Masa ciała bez zmian, tj. 58-60 kg, ale lecą centymetry z obwodów, czyli nie tracę mięśni. Jestem dobrej myśli że jednak uda się tym razem zejść chociaż do tych 55 kg.
2. Z półmaratonem utknęłam. Start w tym roku był jeden, w Poznaniu. Wymęczyłam tam 1:59. No nic, życie. Nie zawsze trzeba robić życiówki. (relacja tu: klik)
3. Trzecia edycja Wings For Life była dla mnie katastrofą katastrof. Armagedonem i końcem świata. Tak złego startu chyba nigdy nie miałam. Zrobiłam najmniej kilometrów ze wszystkich edycji. Ale jak chcecie poczytać o tym to zapraszam tu: klik.
4. Ah ten maraton. Chodzi za mną te 3:59 i ciągle nic. Najpierw w Krakowie 4:14:05 (klik), a w Poznaniu 4:11:37 (klik). Jednak nie poddaję się. W końcu to zrobię!
5. No z tym rozciąganiem to bywało różnie. Zdarzało się że robiłam to przez tydzień, czy dwa, a później znowu leń. Dlatego nadal jestem sztywna jak kij od szczotki.

Jeśli chodzi o starty w ultra to udało się ukończyć Zielonkę +75 km (klik). Co prawda nie było to zbyt miłe przeżycie, i gdy sobie to przypominam to wszystko mnie boli. Ale chyba dzięki temu ogarnęłam się, i już wiem że nie warto zarzynać się na trasie. Opamiętałam się na nieudanym starcie na Chudym Wawrzyńcu (klik), i zrezygnowałam z Łemkowyny. Bardzo chciałam tam pobiec, ale na 100% noga znowu by wysiadła zwłaszcza, że na błocku nie jest stabilnie, a to dla ITBS dobre nie jest. 
Triathlon nadal mnie męczy i chodzę na basen. Nie tak często jak bym chciała, ale pociesza mnie to, że z moim pływaniem nie jest aż tak źle. Nadal stresuję się, bardzo szybko oddycham bo brakuje mi tlenu, przez co próbuję płynąć jak najszybciej, ale mam nadzieję że w końcu to ogarnę. Do fizjoterapeuty też chodzę. Naprawił mi pasmo i na razie dziadostwo uspokoiło się, i mogę biegać. 

Trochę cyferek:
- przebiegłam: 1287 km
- spaliłam: 164838 kcal
- na treningu spędziłam: 278 godzin, 50 minut i 51 sekund
A rok jeszcze się nie skończył ;)

Wystartowałam w 16 biegach robiąc życiówki na następujących dystansach:
- 10 km - 52:07
- 42,195 km - 4:11:37
Jakie plany na 2017 rok?
1. Tu nie ma żadnej niespodzianki. Tradycyjnie, niezmiennie, i jak zwykle - schuść :D
2. Do czterech razy sztuka czyli Wings For Life i minimum 15 kilometrów.
3. Poznański półmaraton w 1:55 (a jeśli nie Poznań to Kraków bo tym razem nie odpuszczę i jadę).
4. 4 godziny połamane, skopane i zmiażdżone w pył na maratonie. Jeszcze nie wiem na którym, ale 2017 to będzie ten rok, kiedy to się stanie.
5. Skopanie chudej dupy Wawrzyńcowi na trasie +80 km. Nie odpuszczę!
Oprócz tego mam jeszcze trzy chore plany, ale ich nie zdradzę. O rezultatach dowiecie się w maju i październiku. Wtedy wszystko powinno się skończyć. Mam nadzieję że szczęśliwie.

11 listopada 2016

1. Poznański Bieg Niepodległości

W Poznaniu miały odbyć się dwa biegi niepodległości. Pierwszy - nieznani organizatorzy, nie wiadomo skąd, i o co chodzi. Drugi - palce w nim maczał Artur Kujawiński, czyli KB Maniac, Maniacka Dziesiątka, i wszystko jasne. Do tego dobra promocja w mediach społecznościowych, i ten drugi wygryzł pierwszy. Najpierw zaprezentowano koszulki (po 8347583 różnych, bezsensownych sondach), a później przyszedł czas na medal. Napięcie rosło, bo taki piękny, warto się dla niego pomęczyć, i wypluć płuca. Limit? 10 000. Niby fajnie, dużo ludzi, trasa całkiem spoko, i nie powinno być problemów z przepustowością. Ale pierwsze zgrzyty pojawiły się już przy odbiorze pakietu. Zazwyczaj nie zwracam uwagi na jego zawartość, i gdy jest taka możliwość to zawsze wybieram opcję numer startowy+chip, bo koszulek mam tyle że wypadają z szafy (no chyba że dają buff, softflaski czy coś co się faktycznie przydaje), ale tu za 69 zł dostałam: koszulkę (do której zaraz wrócę), numer startowy z chipem, worek do depozytu, wodę i fasolę, a na mecie medal, woda i rogal. Odbiór pakietu poszedł sprawnie. Przyjechałam w środę około 18:00 i całość zajęła mi może z 5 minut. Weszłam i wyszłam. Po powrocie do domu przymierzyłam koszulkę, i zwątpiłam. To bieg dla dorosłych czy dzieci? Rozmiar S sięgał mi odrobinę poniżej pępka. Dobrze że było zimno, i planowałam założyć pod spód coś dłuższego, bo świeciłabym brzuchem i nerkami. Na start dotarłam około 9:30. Wszystko fajnie, strefy oznaczone, i bez problemu weszłam do swojej. Mieliśmy utworzyć "żywą flagę", ale komunikat o ustawieniu się po swojej stronie w zależności od koloru koszulki usłyszałam tylko raz. Pomimo sporej ilości osób (jeszcze nie wiadomo ile ukończyło bieg) start był płynny, i maty pomiarowe przekroczyłam po 4-5 minutach. Pierwsze kilometry to był slalom między ludźmi którzy mózgi zostawiają w domu, i uparcie ustawiają się w nie swoich strefach. To nie był bieg na życiówkę ze względu na tłum, ale na upartego dało się to zrobić. Tylko że inni na to nie pozwalali tamując ruch. Całe szczęście nie było takich sytuacji jak rok temu w Luboniu (popychanie, wbijanie łokcia, prawie wywrotki itd.), a na hasło "lewa wolna" biegacze rozstępowali się przed krzyczącym niczym morze przed Mojżeszem. Tak prezentował się profil trasy:
Początek fajny czyli ul. Niepodległości z górki, więc zaczęłam szybciej, bo wiedziałam że później będzie dłuuuuugo pod górę. I tak od Cytadeli aż do Solidarności jeden wielki pagór. Zrobiło mi się słabo jak przypomniałam sobie że powrót to będzie mozolne "wdrapywanie się", ale jak trzeba to trzeba. Pomimo tego że na Solidarności są chyba 3, a nawet 4 pasy ruchu, to i tak było ciasno. Lecąc za Cytadelą zrobiło się wąziutko, i w dodatku z górki. Nie mogłam się rozpędzić, bo musiałam uważać żeby na kogoś nie wpaść (a że uwielbiam lecieć na rympał w dół, to prawdopodobieństwo że ktoś mi wpadnie pod nogi było spore). A teraz najgorsze... do Cytadeli znowu w górę. Sprawdziłam średnie tempo. Zegarek pokazał 5:24 min/km czyli tyle ile potrzebowałam żeby wyrównać czas z zeszłego roku. Ostatnie 1,5-2 km to było wypruwanie flaków. Nogi mnie nie bolały, ale płuca wyły. Ledwo nabierałam powietrza, ale cały czas powtarzałam sobie że to już koniec i muszę wytrzymać. Od Fredry pełen gaz, mina pt. "ojapierdole", i meta! Tylko no właśnie... Biegnę, a ludzie stoją na matach pomiarowych. Był taki tłum i ścisk że ledwo się tam zmieściłam, i po prostu na chama wepchnęłam żeby zmierzyło mi czas. Później wcale nie było lepiej. Na sam medal czekałam 15 minut. Jak już go w końcu dostałam to znowu czekałam, ale na wodę i rogala. Myślałam że nigdy nie wydostanę się z tego tłumu. 
Nie wiem jak ocenić ten bieg zwłaszcza, że to nie debiut organizatora w przygotowaniu tak dużej imprezy. Poszedł na ilość a nie jakość. Minusy? Jest ich wiele:
- beznadziejnej jakości i źle skrojone koszulki z dziwną rozmiarówką
- chaos na mecie (niektórzy czekali PRZED METĄ bo nie mogli jej przekroczyć)
- bardzo długie oczekiwanie na medal (w półmaratonie startowało równie dużo biegaczy, i wszystko szło sprawnie)
- brak folii na mecie i ciepłego napoju
- dla wielu osób zabrakło rogali (niestety znalazły się Janusze i Grażyny, nasze wspaniałe polskie cebule, które brały po kilka sztuk), a także medali (tutaj do akcji wkroczyły matki polki, które brały medale dla swoich dzieci, bo uznały że należą im się za kibicowanie - sorry, ale my zapłaciliśmy za nie, i to nam się należą, a nie dzieciom. Chcesz dać dziecku nagrodę za kibicowanie? Kup mu rogala, albo oddaj teraz pieniądze tym którzy tego medalu nie dostali)
- depozyt za daleko od mety (najpierw stoisz w kolejce po medal, zgrzany, upocony jak świnia, a jak już go dostaniesz, to zdążysz przymarznąć do asfaltu)
Plusy:
- świetny medal
- sprawny odbiór pakietu
I to by było na tyle. Oby organizatorzy wyciągnęli z tego wnioski, za rok zmniejszyli limit o połowę, ogarnęli porządne koszulki (a najlepiej to możliwość wybrania pakietu bez niej), i przeszkolili wolontariuszy tak, aby rozdawali po 1 (słownie: JEDNYM) rogalu na uczestnika, a nie 3-4. Liczyłam na fajny bieg w swoim mieście, a jest mi po prostu wstyd przed osobami, które przyjechały z innych miast. Maraton i półmaraton organizacyjnie pierwsza klasa, a to było jakieś nie wiadomo co. Znowu mam dylemat gdzie pobiec za rok.
Aha, czas netto 53:55. Jak na totalny brak treningów typowo pod szybkość (i ogólnie brak treningów, bo teraz to bardziej roztrenowanie jest) i tak jestem zadowolona. Od grudnia ruszam z planem na przyszły rok, bo w zasadzie wszystkie starty mam zaplanowane. Będzie moc!