Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

29 grudnia 2016

Podsumowanie: 2016

Długo mnie nie było, ale nie chciałam Wam spamować sucharami. Rok powoli się kończy, a więc pora na podsumowanie. Biegowe oczywiście. Jak zwykle miałam kilka postanowień, które nie wypaliły, ale dużej katastrofy nie ma. Po kolei (tu "postanowienia" na 2016 rok: klik):
1. Dietę jako tako ogarnęłam. Niestety nadal biorę żelazo, ale już nie tak często. W styczniu mam następną kontrolę, i wtedy się okaże czy znowu ferrytyna spadła, czy utrzymuje się na sensownym poziomie. Chciałabym powoli rezygnować z mięsa, ale wszystko zależy od badań. Masa ciała bez zmian, tj. 58-60 kg, ale lecą centymetry z obwodów, czyli nie tracę mięśni. Jestem dobrej myśli że jednak uda się tym razem zejść chociaż do tych 55 kg.
2. Z półmaratonem utknęłam. Start w tym roku był jeden, w Poznaniu. Wymęczyłam tam 1:59. No nic, życie. Nie zawsze trzeba robić życiówki. (relacja tu: klik)
3. Trzecia edycja Wings For Life była dla mnie katastrofą katastrof. Armagedonem i końcem świata. Tak złego startu chyba nigdy nie miałam. Zrobiłam najmniej kilometrów ze wszystkich edycji. Ale jak chcecie poczytać o tym to zapraszam tu: klik.
4. Ah ten maraton. Chodzi za mną te 3:59 i ciągle nic. Najpierw w Krakowie 4:14:05 (klik), a w Poznaniu 4:11:37 (klik). Jednak nie poddaję się. W końcu to zrobię!
5. No z tym rozciąganiem to bywało różnie. Zdarzało się że robiłam to przez tydzień, czy dwa, a później znowu leń. Dlatego nadal jestem sztywna jak kij od szczotki.

Jeśli chodzi o starty w ultra to udało się ukończyć Zielonkę +75 km (klik). Co prawda nie było to zbyt miłe przeżycie, i gdy sobie to przypominam to wszystko mnie boli. Ale chyba dzięki temu ogarnęłam się, i już wiem że nie warto zarzynać się na trasie. Opamiętałam się na nieudanym starcie na Chudym Wawrzyńcu (klik), i zrezygnowałam z Łemkowyny. Bardzo chciałam tam pobiec, ale na 100% noga znowu by wysiadła zwłaszcza, że na błocku nie jest stabilnie, a to dla ITBS dobre nie jest. 
Triathlon nadal mnie męczy i chodzę na basen. Nie tak często jak bym chciała, ale pociesza mnie to, że z moim pływaniem nie jest aż tak źle. Nadal stresuję się, bardzo szybko oddycham bo brakuje mi tlenu, przez co próbuję płynąć jak najszybciej, ale mam nadzieję że w końcu to ogarnę. Do fizjoterapeuty też chodzę. Naprawił mi pasmo i na razie dziadostwo uspokoiło się, i mogę biegać. 

Trochę cyferek:
- przebiegłam: 1287 km
- spaliłam: 164838 kcal
- na treningu spędziłam: 278 godzin, 50 minut i 51 sekund
A rok jeszcze się nie skończył ;)

Wystartowałam w 16 biegach robiąc życiówki na następujących dystansach:
- 10 km - 52:07
- 42,195 km - 4:11:37
Jakie plany na 2017 rok?
1. Tu nie ma żadnej niespodzianki. Tradycyjnie, niezmiennie, i jak zwykle - schuść :D
2. Do czterech razy sztuka czyli Wings For Life i minimum 15 kilometrów.
3. Poznański półmaraton w 1:55 (a jeśli nie Poznań to Kraków bo tym razem nie odpuszczę i jadę).
4. 4 godziny połamane, skopane i zmiażdżone w pył na maratonie. Jeszcze nie wiem na którym, ale 2017 to będzie ten rok, kiedy to się stanie.
5. Skopanie chudej dupy Wawrzyńcowi na trasie +80 km. Nie odpuszczę!
Oprócz tego mam jeszcze trzy chore plany, ale ich nie zdradzę. O rezultatach dowiecie się w maju i październiku. Wtedy wszystko powinno się skończyć. Mam nadzieję że szczęśliwie.

17 marca 2016

I co teraz?

Wracam z uczelni/pracy, zaglądam w kalendarz, a tam 12 km + rytmy. Myślę: "kurwa... nie chce mi się". Szanse że wyjdę na trening często są marne. Czasem wychodzę, czasem nie. Najczęściej dupska nie chce mi się ruszyć jak jest zimno, wieje że łeb urywa czy pada śnieg. Nie dość że telepię się na przystanku odziana w kurtkę zimową, gruby sweter (czasem dwa), czapkę, dwie pary skarpet i jeszcze pod spodniami mam rajstopy, to gdzie ja mam biegać mając na sobie maksymalnie dwie, o wiele cieńsze warstwy? Przecież wyjdę przed dom i błyskawicznie zamienię się w sopel lodu. Później przychodzi ten moment kiedy zaczynam smarkać. No dobra... za 2 dni przejdzie. Dochodzi kaszel i to nie byle jaki. Niemal wypluwam płuca. W pracy ledwo podnoszę dwoma rękoma zgrzewkę wody, oczy zaszklone, i czuję się jakby mnie ktoś ogłuszył. "Na pewno przejdzie za 2-3 dni. Zawsze przechodziło, bo przecież ja nie choruję." Minęły 3 tygodnie i choroba wygrała. Musiałam iść do lekarza po zwolnienie i antybiotyk. 2 tygodnie wyjęte z życia, brak treningów, i pochłanianie coraz większej ilości jedzenia, bo nie wiedziałam już co ze sobą zrobić. Bolało jak cholera gdy mijałam na ulicy biegaczy, albo na instagramie trafiałam na zdjęcia znajomych z treningu. A ja dalej jadłam, płakałam, jadłam, i byłam coraz bardziej poirytowana. Chociaż nie. Najzwyczajniej wkurwiona. 
I to jest właśnie to czego potrzebowałam. Porządnego kopa w zad. W weekend zrobiłam długie wybieganie ze znajomą, czyli 24 km. Odżyłam! Wczoraj poszłam na trening funkcjonalny. Ćwiczenia które nie sprawiały mi żadnych problemów tym razem mnie totalnie zniszczyły. Ale po tych 38 minutach ostrego wpierdolu poczułam się jakbym zrzuciła z 10 kg. Dzisiaj zrobiłam trening siłowy, ale z mniejszym obciążeniem żeby od razu się nie zajechać i stopniowo wrócić do tego co było przed chorobą. Wróciłam do domu, zjadłam, przebrałam się i pobiegłam na poznańską Maltę. Brakowało mi tego miejsca. Ostatni raz byłam tam, gdy walczyłam na maratonie. Jednak pełną pętlę zrobiłam 8 miesięcy temu (!) na Maniackiej Piątce. Stuknęło 15,5 km w średnim tempie 5:57 min/km co jest chyba dobrą prognozą przed zbliżającym się półmaratonem. Wybrałam sobie taką trasę, że wracając często miałam pod górkę + mocny wiatr w twarz. A to dobrze, bo trasa półmaratonu jest dość płaska, i w razie czego nie powinnam mieć problemów na podbiegach (a ten jest w okolicy 13-14 km). W przyszłym tygodniu jadę sponiewierać się na Dziewiczą Górę (poznańskie Himalaje). Zobaczymy ile razy dam radę tam się wczołgać.
Dopiero gdy coś się stanie (choroba, kontuzja) uświadamiamy sobie jak wiele tracimy. Że mogliśmy wtedy wyjść na ten trening, i korzystać z tego że czujemy się dobrze. A daliśmy dupy. Wracamy po kilku/nastu dniach, czy nawet miesiącach, i nie wiemy co dalej. Jak zacząć żeby znowu nie nawalić. Albo to wytrącenie z treningu pojawia się w trakcie przygotowań do ważnego startu. Jesteśmy w plecy o kilkanaście jednostek, i staramy się to w jakikolwiek sposób nadrobić. Wtedy mamy dwie opcje: kontynuujemy plan, i znowu łapiemy jakieś paskudztwo, bo przecież nie ma czasu żeby truchtać po świńskiemu, albo zaczynamy od tego truchtu, próbujemy pogodzić się z tym, że pobiegniemy o 4-5 minut wolniej niż zakładaliśmy, ale nadrobimy na innym biegu bo przecież teraz jest ich od cholery. Ja wybrałam drugą opcję. 17 kwietnia na poznańskim półmaratonie miałam złamać 1:50. Wiem że choćbym płuca wypluła, i biegła z podłączoną kroplówką, to za Chiny ludowe by się nie udało. Dlatego celuję w czas poniżej 1:54, i jeśli się uda, to na pewno cały Poznań usłyszy mój ryk na mecie. 
Na koniec wrzucam kilka cytatów, które mnie zawsze motywują (sorry, ale po engriszu). Często podczas ciężkich treningów powtarzam je w myślach (czasem na głos). Może któryś z nich przypomnicie sobie, gdy będziecie rozkminiać czy biegać, a może poleżeć przed telewizorem.


8 marca 2016

Pielęgnacja cery z trądzikiem wieku dorosłego

Ten post nie będzie treningowo-żarciowy tylko kosmetyczny. Chociaż dziś Dzień Kobiet, więc lepiej zająć się dogadzaniem sobie (jakieś małe SPA, kilogram tortu itd.) niż się pocić na treningu. Zresztą ile można gadać o byciu fit i jedzeniu sałaty? 
Zrobiłam dzisiaj małe porządki, bo trochę rzeczy walało się luzem po pokoju. Znalazłam opakowania po zużytych kosmetykach, o których miałam pisać, ale dla każdego robić osobny post (typowy zapychacz, bo przecież trzeba nawet o mydle do rąk zrobić osobny wpis). Jednak zebrałam to wszystko do kupy żeby nie zanudzać. Chciałabym pokazać Wam jak wygląda moja pielęgnacja cery z problemem trądziku wieku dorosłego, i że wcale nie trzeba używać drogich kosmetyków.
Tym razem ochy i achy połączę z marudzeniem - kompresja najlepsza. Zacznę od tych kosmetyków które nie zrobiły nic, a za które wybuliłam trochę denarów.
1. La Roche-Posay, Effaclar K, 30 ml + Effaclar Duo, 40 ml
Kiedyś tam poszłam na dermokonsultacje. Okazało się że mam trądzik wieku dorosłego, czyli wypryski pojawiające się na linii żuchwy, policzkach i brodzie. Jest to na tyle upierdliwe, że cały czas wraca i ciężko to wyleczyć (o ile w ogóle się da). Miałam używać na zmianę Effaclar K i Duo. Duo udało mi się znaleźć na promocji. Nie pamiętam już dokładnie ile za niego zapłaciłam, ale coś ok. 40 zł. Natomiast za K zawołali jakąś poronioną cenę 71,99 zł (płakałam jak płaciłam). Smarowałam się codziennie przez około 4 miesiące. Wydajność jak najbardziej na plus (K wystarczył na o wiele dłużej pomimo tego że jest go o 10 ml mniej). Dobrze się rozprowadzał i wystarczyła cienka warstwa. No i tyle jeśli chodzi o zalety. Nie zrobił z moją twarzą nic. Pory miały być odblokowane i zwężone... Yhm, po kuracji tym "cudem" zaskórników było o wiele więcej, i do teraz z nimi walczę. Nie użyję tego ponownie nawet gdyby mi za to zapłacili. 
2. Ziaja Med, Reduktor trądziku punktowy, 15 ml + Krem redukujący trądzik, 50 ml
Lubię Ziaję. Robi bardzo dobre i tanie kosmetyki, ale te dwa produkty niestety się nie udały. Reduktor, jak nazwa wskazuje, nakładałam punktowo na zmiany trądzikowe. Przypomina zielonego gluta, który po nałożeniu na twarz jakby wysycha, i robi coś w rodzaju skorupki. A krem? Jak krem... Lekka konsystencja, dobrze się rozprowadza, nawilża i tyle.

A teraz ta lepsza część - kosmetyki które mi pomogły.
1. Ogrody Zdrowia, Krem nawilżająco-regenerujący Aloe Vera, 200 ml
Krem kupiła mi babcia w jednej z aptek, bo ktoś jej tam powiedział że aloes jest dobry na problemy skórne. Kilka razy przymierzałam się do produktów z aloesem, niby coś tam znalazłam, już miałam kupować, ale natknęłam się na opinię negatywną i porzuciłam ten pomysł. Wyręczyła mnie babcia i to był strzał w dziesiątkę. Produkt ma za zadanie: nawilżyć tkankę skóry, pobudzić do samoregeneracji, łagodzić podrażnienia, chronić naskórek, rozjaśniać przebarwienia i łagodzić stany alergiczne - i to wszystko robi. Nie sprawi że wypryski nie powrócą, i nawet nie nastawiłam się na to, ale znacznie poprawił stan mojej cery. Wyglądała na zdrowszą, świeżą, i naskórek szybko się regenerował. Jak tylko skończę krem który w tej chwili stosuję na pewno wrócę do tego z aloesem.
2. Ziaja, Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom Liście Manuka, 75 ml
O tej paście chyba już pisałam, ale że mam sklerozę, więc się powtórzę. Mistrzostwo świata! Pastę stosuję jako peeling i maskę. Najpierw rozprowadzam ją na twarzy, i wmasowuję tak jak peeling, a następnie zostawiam na 10-15 minut. Minusem jest to że po 3-4 minutach nie możemy się uśmiechnąć, bo pasta "stygnie" i robi się nieprzyjemnie, ale jest to do zniesienia. Po spłukaniu cera jest przyjemnie miękka i gładka.
3. Ziaja Pro, Krem złuszczający 5% kwas migdałowy + AHA, 50 ml + Ziaja, Krem mikrozłuszczający z 3% kwasem migdałowym Liście Manuka, 50 ml
Jeśli dobrze pamiętam to o kremie z kwasem Liście Manuka też pisałam, i byłam średnio zadowolona. Jednak się z nim przeprosiłam i kupiłam drugi raz. O dziwo zadziałał lepiej. Co prawda nadal nie zauważyłam łuszczenia skóry i gubienia jej jak wąż, ale wyglądała bardziej... przystępnie. Chciałam kupić kwas Pharmaceris. Najpierw 5%, ale przypomniało mi się że Ziaja też taki zrobiła i to tańszy. No i w końcu coś tam zaczęło mi się wysuszać na paszczy. Trochę na czole i ostatnio na policzkach. Nareszcie zaczynam wyglądać jak człowiek i nie muszę się mocno szpachlować Revlonem.
4. Iwostin, Fluid matujący Correctin SPF 30, Jasny, 30 ml
Wrzuciłam fluid do kosmetyków które stosuję, bo nie chcę robić osobnego posta-zapychacza. Kupiłam go jak tylko pojawił się w drogeriach. Jeśli chodzi o odcień to mogę go porównać tylko do Revlon Colorstay 110 Ivory który cały czas używam, i wersja najjaśniejsza jest ciemniejsza od RC. Z kryciem do 10 godzin bym nie przesadzała. Podkład trzyma z 5-6 godzin, i później konieczne są poprawki. Nie roluje się, nie zapycha i nie zbiera w kącikach przy ustach lub innych gdzie robią nam się zmarszczki. Na początku stosowałam go na całą twarz, ale w ten sposób nie kryje zbyt dobrze. Krycie określiłabym na średnie. Dlatego zrobiłam z niego korektor i w tej roli sprawdza się znakomicie.
5. Biotar, Mydło dziegciowe, 140 g
Mydło otrzymałam do testów razem z szamponem, ponieważ zmagam się z łuszczycą. Postanowiłam używać go do mycia twarzy, ponieważ mydło jest przeznaczone nie tylko do skóry łuszczycowej, ale też trądzikowej, podrażnionej, tłustej, z tendencją do wyprysków i łojotoku. Zapach niestety nie należy do najprzyjemniejszych. Kojarzy się z siarką lub benzyną. Ale akurat ten produkt ma działać a nie pachnieć. Używam go od ponad roku i nie chce się skończyć! Zużyłam może połowę ;) Myje przyzwoicie i nie powoduje uczucia ściągnięcia skóry. Niestety ciężko zmywa makijaż (w moim wykonaniu to tylko podkład i trochę pudru matującego). Mimo to jestem z niego zadowolona, bo nie wyskakują po nim nowości.
6. Ziaja, Żel myjący normalizujący Liście Manuka, 200 ml
Stosuję go na zmianę z mydłem Biotar. Ma przyjemny, odświeżający zapach który kojarzy mi się z wyjazdem nad morze 2 lata temu. Także nie powoduje ściągnięcia skóry, świetnie oczyszcza i matuje. 
7. Ziołolek, Krem punktowy do skóry trądzikowej i łojotokowej Linoderm Acne, 15 ml
Jest to na razie jedyny krem punktowy, który faktycznie zadziałał. Co prawda wygląda jak cement lub fuga, ale całkiem szybko łagodzi podrażnienia i dzięki niemu wszystkie świeże wypryski szybko znikają.
8. Ziaja, Krem z nagietkiem do cery suchej, wrażliwej i normalnej, 100 ml
Ostatnia rzecz na mojej liście, czyli krem nawilżający. Wbrew pozorom skóra tłusta powinna być nawilżania. Nie stosuję żadnych toników i innych tego typu ściągająco-wysuszających bzdur. Kupuję tłuste kremy do cery suchej. Jak siedzę w domu i nigdzie nie wychodzę to smaruję się grubą warstwą. Konsystencja jak dla kremu nawilżającego - trochę "ciężka", ale dobrze się rozprowadza i szybko wchłania. Dobrze sprawdza się pod podkładem (Revlon) i łagodzi podrażnienia.

Jak widać da się - tanio nie znaczy, źle i badziewnej jakości. Nie trzeba wydawać dużych kwot na jakieś kremy z kosmicznym składem. Ale najważniejsza jest jedna rzecz. Coś co nam pomoże, nie jest to kosmetyk, i zależy tylko od nas - NIE WOLNO skubać twarzy. Sama często to robię i dlatego wyglądam jak wyglądam, ale nie mogę się powstrzymać żeby czegoś nie wycisnąć, bo widać itd. Tylko w ten sposób to wszystko babra się jeszcze bardziej, i zamiast przeczekać 3-4 dni aż to samo zejdzie, to męczę się 3-4 tygodnie z raną/blizną. Wiem o tym, a i tak to robię... Taka stara a taka głupia. 
Stosowałam też olej z czarnuszki, który jest ponoć dobry na wszystko (złoto faraonów i takie tam), ale nie zauważyłam żadnych zmian. A Wy macie jakieś domowe, sprawdzone sposoby na trądzik?

4 marca 2016

Jestem ale mnie nie ma

Umarło się blogowi, ale codziennie obowiązki mnie przygniatają. Wracam z pracy i jedyną rzeczą na jaką mam ochotę jest sen. A tu jeszcze trening, trzeba posprzątać, ugotować, nauczyć się... Na naskrobanie posta nie ma już czasu. W dodatku od trzech tygodni męczę się z katarem i kaszlem. Sądziłam że to typowa 2-3 dniowa infekcja, a to cholerstwo się ciągnie jak guma od gaci. Wczoraj poszłam do lekarza, bo w pracy byłam totalnym flakiem. Musiałam też zrobić przerwę od treningów biegowych, i mną nosi. Nagle mijam tylu biegaczy w drodze do sklepu... Pojawił się też problem z piszczelami, i to raczej nieszczęsne shin splints, więc jak tylko mogę to pocinam do fizjoterapeuty. A półmaraton za 43 dni! Znowu jestem w czarnej dupie. Jak zejdę poniżej 1:55 to będzie cud. Mam pomysły na posty, o kilku sprawach chcę napisać, ale nie mam kiedy. Za 2 tygodnie zaczynam treningi personalne, i mam nadzieję że do tego czasu mój organizm się ogarnie i nie będzie więcej strajku, bo nie mam czasu na leżakowanie.
Instagram jest szybszym 'nośnikiem' informacji, i tam jestem bardziej na bieżąco, dlatego zapraszam tu: https://www.instagram.com/je.cours/ 

31 grudnia 2015

Cuda panie, cuda w tym 2015 były

Ten rok minął jak z bicza strzelił. Dużo się działo chociaż bardziej pasuje "w końcu", i tu na myśli mam oczywiście bieganie. Zrobiłam na prawdę spory postęp w ciągu ostatnich 3 miesięcy. Zaczęłam biegać, a nie wąchać asfalt. Zanim jednak przejdę do podsumowania ile kilometrów przebiegłam w tym roku, i ile kalorii spaliłam to wrócę do swoich postanowień o których pisałam tu: klik.
1. BF krąży pomiędzy 21 a 24% i jakoś mnie to nie rusza że nic się nie zmienia. Tzn. poniekąd to jest wkurzające że tyle zasuwam na siłowni, biegam, pedalinguję na spinningu i dupa nadal jak poznański ratusz, ale nie mogę wstrzelić się w jakieś sensowne makro. Od stycznia/lutego chciałabym podjąć współpracę on-line z jednym trenerem, ale nie wiem czy on zdecyduje się poprowadzić taki beznadziejny przypadek jak ja.
2. Poznańskiej połówki niestety w 1:50-1:55 nie zrobiłam, bo nadal walczyłam z anemią no i moje treningi to o kant tyłka. W zasadzie to ich nie było, i od czasu do czasu (2, w porywach 3 razy w tygodniu) coś tam sobie biegałam. Nic dziwnego że nie wyszło. Ale nadrobiłam w październiku w Krakowie (klik).
3. Drugi Wings For Life i drugi raz klapa (klik). Przebiegłam niemal identyczny dystans jak podczas pierwszej edycji. Deżawi. Dno. Dupa. Aż mi się nie chce pisać na ten temat.
4. Do tegorocznego maratonu podchodziłam jak do jeża. Przygotowywałam się od wiosny, a i tak byłam przerażona. Bo co jak mnie sieknie w połowie albo przejdę znowu do marszu (no bez sensu no)? 4 godzin nie złamałam właśnie dlatego że się bałam. No debil ze mnie, bo miałam taki zapas że szkoda gadać. (klik)
Z tych nie planowanych rzeczy: ultra! Pierwsze trochę oszukane, ponieważ trasa miała ok. 43 km (mi wyszło 44,5), a drugie 50 km. Oba biegi w pięknych miejscach, bo w Puszczy Zielonce oraz w Wielkopolskim Parku Narodowym. W takich okolicznościach przyrody mogę biegać.
Założenia na 2016 są bardzo podobne, czyli:
1. Ogarnięcie w końcu diety żeby żelazo nie uciekało, i zgubić trochę cielska żeby się lżej biegało.
2. Półmaraton w kwietniu poniżej 1:50 (taaaa... wybrałam strefę startową C czyli 1:40-1:49, i będą niezłe jaja). Ale jak wyjdzie 1:52-1:55 to też będzie dobrze.
3. Wings For Life po raz trzeci, więc do trzech razy sztuka. Może w końcu uda się wykręcić te 20 km.
4. W maju wracam do pięknego Krakowa na maraton i liczę na czas poniżej 3:55.
5. Rozciąganie. CODZIENNIE! 

Jednak to nie wszystko. Chciałabym wystartować w trzech ultramaratonach. Numer jeden to Zielonka Ultramaraton na dystansie +75 km. Jeśli uda mi się doczołgać na Zielonce to następny będzie Chudy Wawrzyniec. Czy to będzie 50 km, czy 80 km, zadecyduję na rozejściu tras. Teraz nie ma co gdybać. A na deser Łemkowyna Ultra Trail. Tutaj dystans będzie zależał od tego jak mi pójdzie na Chudym (48 km lub 70 km).
Nie porzucam też pomysłu startu w triathlonie, ale tu wiadomo - hajsy, pieniądze i denary. Nie wystartuję bez swojego sprzętu, bo jeśli się coś zepsuje to trudno. A jak spieprzę pożyczony to już zonk. Od lutego planuję w końcu wtoczyć się na basen. Na koniec jeszcze jedna rzecz. Niby nic, ale to bardzo ważne - regularne wizyty u fizjoterapeuty (czyli raz w tygodniu). Nie sądziłam że mam taką ilość przykurczy i innych spięć. Co wizytę umieram, przestaję oddychać z bólu, lecą wszystkie przekleństwa jakie tylko przyjdą mi do głowy (o ile jestem w stanie w ogóle myśleć, bo zapominam jak się nazywam), i znowu umieram.

Jeśli chodzi o cyferki to w 2015 roku:
- przebiegłam: 1228 km
- spaliłam: 193704 kcal
- na treningu spędziłam: 314 godzin, 26 minut i 20 sekund

Oprócz tego wystartowałam w 10 biegach robiąc życiówki na każdym dystansie od 5 km po ultra:
- 5 km - 26:10
- 10 km - 53:59
- 21,097 km - 1:57:27
- 42,195 km - 4:23:02
- 50 km - 6:12:25
To był dobry rok.

17 września 2015

Dean Karnazes "Ultramaratończyk"

"Także i na ciebie czeka nowa droga. Trzeba się tylko za nią rozejrzeć, a potem - zrobić pierwszy krok. Na początek wystarczy powstać i wytrwać, a ten pierwszy krok stanie się gigantyczny. I wtedy pokażesz, kim na prawdę jesteś."
Rich Roll, Chrissie Wellington... Oni opisywali swoje starty i treningi, ale nie tak jak zrobił to Dean. Był "krawaciarzem", który postanowił zmienić swoje życie i wrócić do biegania. I to jakiego! Najlepszy fragment książki wg mnie to strony 59-61. Jest to opis biegu na dystansie 80 km dający kwalifikację do Western States 100. Dla niego to nie było zabawne, bo dostał bardzo silnych skurczy całego ciała i zarzygał samochód, ale opisał to w taki sposób, że nie mogłam przestać się śmiać. Podczas Badwater pojawiły się halucynacje. Gdy zgłosił się do sztafety The Relay (w jego przypadku to oczywiście jednoosobowa sztafeta), fragment trasy pokonywał z przyjacielem, i opisał to jako wyścig dwóch pacjentów oddziału geriatrycznego do toalety. Nic dziwnego... Przebiegł 320 km bez przerwy. Zazdrościłam mu wsparcia rodziny. Na Badwater czy właśnie na The Relay były z nim dzieci, żona i rodzice, a chyba najbardziej kibicował mu ojciec:
"Po prostu zacznij biec i biegnij, jak tylko potrafisz najlepiej. - odparł. - Nie biegnij nogami. Biegnij sercem".
Facet nie do zajechania biegający w konkretnym celu (The Relay - dla chorych dzieci). On jest dla mnie największą motywacją. Pokazuje że ultra nie do końca jest fajne (w ogóle jak fajne może być bieganie po dziesiątki czy setki kilometrów bez przerwy?). Nie ukrywa swoich słabości, ale podchodzi do tego z dystansem i humorem. 
Na koniec jeszcze jeden cytat:
"Jak to kiedyś ujął mój kolega biegacz - życie nie powinno być stateczną wędrówką do grobu z myślą o dotarciu na miejsce w jak najładniejszym, jak najlepiej zakonserwowanym opakowaniu, lecz ma być jazdą bez trzymanki, która zużyje cię do cna, wyczerpie do ostatka - tak, abyś na końcu mógł z satysfakcją powiedzieć: Rany, ale to była przygoda!".
I tak zrobię. W sobotę będzie jazda bez trzymanki. Trzymajcie za mnie kciuki!

17 sierpnia 2015

Prawie jak kozica

9 dni z czego 6 w trasie. 109 km, przewyższenia +5447 m/-5661 m. Gdybym tylko mogła to bym tam została, ale niestety tak się nie da.
Trasa nr 1: Kuźnice, Hala Gąsienicowa, Kasprowy Wierch, Myślenickie Turnie, Kuźnice.
Trasa nr 2: Dolina Chochołowska, Trzydniowiański Wierch, Jarząbcza Dolina, Dolina Chochołowska
Trasa nr 3: Kuźnice, Hala Kondratowa, Kopa Kondracka, Kondracka Przełęcz, Rówienki, Przełęcz w Grzybowcu, Polana Strążyska, Dolina Strążyska
Trasa nr 4: Palenica Białczańska, Morskie Oko, Czarny Staw, Morskie Oko, Palenica Białczańska
Trasa nr 5: Dolina Kościeliska, Iwaniacka Przełęcz, Ornak, Iwaniacka Przełęcz, Dolina Kościeliska
Trasa nr 6: Dolina Małej Łąki, Przysłop Miętusi, Małołączniak, Kopa Kondracka, Hala Kondratowa, Kuźnice
To była moja piąta wizyta w Tatrach, i nadal nie udało mi się dotrzeć do Doliny Pięciu Stawów. Nie weszłam na Szpiglasowy Wierch, Starobociański Wierch czy Kozi Wierch. Po tych kilku dniach nogi odmówiły posłuszeństwa i tylko leki przeciwbólowe mnie ratowały. Jednak było warto się tak zmasakrować dla tych widoków. Tam gdzie się dało to biegłam, ale na szczyty głównie wchodziłam. Nie mogłam sobie odmówić zbiegów - w końcu to idealna okazja żeby się ich nauczyć. Czy robiłam je technicznie dobrze? Cholera wie bo byłam tam sama. Ale nogi są względnie całe, nic nie zwichnęłam, złamałam i nadwyrężyłam (mimo to jutro wizyta u fizjo).
Jeśli chodzi o termin to trafiłam prawie jak w mordę strzelił - akurat było Tour de Pologne. Tyle męskich łydek na raz... Robiłam zdjęcia na siedząco bo z podniecenia nie mogłam ustać na nogach. Oni tak pocinali że jak mnie mijali to kiwałam się na boki. Dajcie mi takiego jednego!
Niestety z wyjazdem mały pech. Bilet na 14 sierpnia, a dzień później Bieg Ultra Granią Tatr. To sobie pokibicowałam...
Pogoda była idealna. Co prawda na poziomie betonu dosłownie przypalało i nie było czym oddychać, ale wystarczyło wbić na szlak. Miałam też swój pierwszy raz z łańcuchami. Byłam trochę przerażona chociaż nie miałam za plecami przepaści. Mimo to lekki stres.
Na szlaku towarzyszył mi wzbudzający powszechne zainteresowanie pluszowy szczur - Antoniusz (proszę się nie śmiać! Każdy ma jakieś swoje dziwactwa). Jeździ ze mną w zasadzie wszędzie. Taki "talizman".
To wsio... Wracam do treningów chociaż mi nie idzie. Wczoraj miało być długie wybieganie. Nie wypaliło bo noga. Dzisiaj chociaż dyszka, ale nie styka bo nadal noga. Szlag.

7 czerwca 2015

Chrissie Wellington "Bez ograniczeń"

"Ku mojemu zaskoczeniu, po drodze niejednokrotnie przekonywałam się, że widziane z oddali granice i przeszkody znikają, jeśli spróbuje się je pokonać. Okazują się urojonymi barierami, zrodzonymi z naszych wewnętrznych przekonań."
Jestem wiecznym studentem, więc kupno książki to wydatek który powoduje że jestem na minusie, i pod koniec miesiąca smaruję chleb nożem. Dlatego na razie je pożyczam (chociaż wolę swoje macane, pozakreślane ołówkiem egzemplarze). Miałam zacząć od "Jedz i biegaj" Scotta Jurka, ale "Bez ograniczeń" dało mi trochę do myślenia.
Książka Scotta zaczyna się tak samo jak Chrissie. Pierwszy rozdział to migawka z zawodów, kolejne dotyczą okresu szkolnego/dorastania/studiów/pracy i dowiadywania się że jakiś talent jest, a ostatni to znów start. Potrzebowałam dużego kopa motywacyjnego żeby w końcu robić przynajmniej cztery treningi biegowe w tygodniu. Po lekturze "Jedz i biegaj" jeszcze chciało mi się ruszyć. Jednak po przeczytaniu książki Chrissie zwątpiłam. Chociaż nie wiem czy to zwątpienie, czy może zniechęcenie. 
Od najmłodszych lat Chrissie miała kontakt z wodą, należała do klubu pływackiego i nie miała większego problemu z pływaniem. Z czasem dodała bieganie i po 3 latach ukończyła pierwszy maraton w Londynie z czasem 3 godziny i 8 minut. Później doszedł rower. W między czasie studiowała, pracowała w kancelarii adwokackiej, później jako wolontariuszka a skończyła jako urzędniczka w ministerstwie. Oprócz tego sporo podróżowała po Azji czy Afryce. Podczas swoich wypraw zaczęła startować w różnych biegach, aż w końcu pojawił się pomysł triathlonu. Trafiła na dość ekscentrycznego trenera. 
Gdzieś do setnej strony nudziłam się. Dopiero gdy rozpoczęła współpracę z Brettem zaczęło się coś dziać. Jednak z czasem te opisy zawodów także zaczęły mnie nudzić. Nie bez powodu. Odnoszę wrażenie, że faktycznie na początku mogło do Chrissie nie docierać że ma talent, ale jak tylko wygrała pierwsze zawody to dobrze wiedziała że na następnych też się uda. Kolejne jej ekscesy nie robiły na mnie wrażenia. W lipcu i sierpniu miała 4 starty w odstępach kilku tygodniu. Wszystkie podsumowała jednym zdaniem: że oczywiście każde wygrała. Przed mistrzostwami w Kona miała wypadek, spuchnięte udo, pokiereszowana noga, wcześniej też coś sobie zrobiła. Jak nie noga to ramię... Mimo to startowała i biła kolejne rekordy chociaż nikt przy zdrowych zmysłach w takim stanie nie szarpałby się na taki dystans. Miałam powoli po dziurki w nosie tego że każdy jej start kończył się zwycięstwem. Niby miała jakieś kryzysy, ale nigdy nie zeszła z trasy. Tylko raz zajęła 22 miejsce, gdzieś tam 5 czy 7 ale ciągle była pierwsza. I nie chodzi o to że po prostu była dobrze przygotowana, mocna, w formie... Jak czytałam fragmenty o tym, że nie wierzy w to co się stało, że wygrała, pobiła rekord, nie wie jakim cudem itd., to robiło mi się słabo. Wiedziała że wygra i nikt nie ma z nią szans.
Podziwiam ją, bo zwyciężyć czterokrotnie w Kona i pobić rekord świata to ogromny sukces, wiele wyrzeczeń i setki godzin morderczych treningów, ale sądziłam że "poznam" kogoś bardziej ludzkiego. Kogoś kto ma kryzysy czy źle się czuje (dobra, odpuściła raz Kona bo choróbsko), a nie popisuje się na treningach i pokazuje co to nie on.
No i uświadomiła mi jedną rzecz - że nie nadaję się do triathlonu. Chciałam kiedyś spróbować, ale jestem totalnym beztalenciem jeśli chodzi o pływanie. W szkole podstawowej basen był obowiązkowy, więc chodziłam, ale nie wyróżniałam się niczym szczególnym. Zresztą i tak nauczyli nas tylko kraulu grzbietem i żabki "prezesowskiej" (z głową nad wodą). Styczność z wodą miałam po kilkunastu latach na AWFie gdzie znowu był grzbiet i żabka (której nadal nie umiem). W dodatku mam bardzo słabe plecy i ręce, więc musiałabym nadrabiać nogami a po dwóch długościach basenu moje uda mają dość. Jak zobaczyłam jej rozpiskę treningów to byłam kompletnie zdołowana. Jeśli ktoś nie pracuje (a pieniądze rosną u niego w domu na drzewie) to spoko. Ma czas żeby tyle trenować, ale gdy ma na głowie studia, pracę, dom itd. to trzeba mieć niezwykle silną wolę i wiele poświęcić żeby były rezultaty. Chyba pozostanę tylko przy bieganiu i jeśli miałabym coś jeszcze dodać to rower - duathlon wita! Konkretne udziska mam, raczej mocny korpus więc trzeba to wykorzystać.

11 marca 2015

#mygoal

Zostały niecałe 2 miesiące do Wings For Life World Run! Jeśli chcecie otrzymać numer startowy ze swoim imieniem musicie zarejestrować się do 15 marca - zostało niewiele czasu. 100% opłat startowych jest przeznaczonych na badania nad rdzeniem kręgowym, a więc na prawdę warto wziąć w tym udział. Można dołączyć do 3 drużyn z którymi będziemy zbierać kilometry. Ja ponownie biegnę z Adamem Małyszem: klik oraz z Kobiety Biegają: klik
Na razie wersja (chyba) realna - 18 km, ale bardzo chciałabym 21 km. Sok z buraków będzie wlewany litrami. 
Jaki jest Twój cel? Zmierz się z całym światem! Widzimy się na starcie :)


Małe przypomnienie o konkursie i niewielka zmiana: postanowiłam przedłużyć wysyłanie zgłoszeń do końca miesiąca. Sporo ich już dostałam i jestem ciekawa co tam jeszcze macie w zanadrzu. Więcej informacji tu: klik.


22 lutego 2015

Co Cię motywuje?

Ostatnio wspomniałam o małej niespodziance. Nie rzucam słów na wiatr, więc jest: mały konkurs. Co prawda dzisiaj mam imieniny i to ja powinnam coś dostać, ale nie ważne? W każdym razie ja pamiętam o swoich czytelnikach, i chcę się o Was czegoś dowiedzieć. Zasady są bardzo proste. Odpowiedz na pytanie: co Cię motywuje? 
To bardzo ogólne pytanie, ale dzięki temu macie większe pole do popisu. Możecie opisać swoje początki z siłownią/bieganiem/jakąkolwiek inną aktywnością, co Was do tego zmotywowało itd. Możecie też wysłać zdjęcie z treningu, swojej przemiany czy też codziennych posiłków. Forma jest dowolna - jeśli jest jakaś piosenka czy film która sprawia że nie możesz usiedzieć na miejscu to wysyłaj! 
Do wygrania jest suplement zawierający witaminy i składniki mineralne Fitness Authority oraz dzienniczek treningowy. Pomimo dobrze ułożonej diety czasem mam problem z dostarczeniem wszystkich witamin, dlatego wydaje mi się że taki suplement bardzo się przyda. 
Regulamin:
1. Konkurs trwa od 22.02.2015 do 31.03.2015 do godziny 23:59.
2. Fundatorem nagród jest autorka bloga.
3. Nagrodą jest suplement FA oraz dziennik treningowy.
4. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w ciągu 3 dni od jego zakończenia.
5. Jeśli w ciągu 7 dni od zakończenia konkursu nie otrzymam adresu zwycięzcy zostanie on wybrany ponownie.

Uwagi techniczne:
Wszystkie zgłoszenia przesyłajcie na @: anemone.sollel@gmail.com wpisując w tytule "Konkurs Motywacja".
Postanowiłam nie stawiać wymogów typu "musisz mnie publicznie obserwować" czy "polub moją stronę na fb", bo to jest totalnie bez sensu. Nie chcę w taki sposób nabijać obserwatorów. Ale jeśli tym obserwatorem zostaniesz/polubisz fb/instagram itd. to będzie mi bardzo miło ;)

25 stycznia 2015

W kupie raźniej biega się

Piszę do Was z mojego łoża boleści i termoforem pod lędźwiami. Cierpię okrutnie, bo jak tylko mój kręgosłup dowiedział się że zostało 11 tygodni do półmaratonu, a ja postanowiłam zacząć biegać bo żelazo w normie, to stwierdził że przywali po nerwach ile fabryka dała. Od piątku jestem "niepełnosprawna" bo jedyne ruchy jakie mogę wykonać to machanie stopami i pisanie. Czeka mnie przerwa w treningach przynajmniej na tydzień. Jedyne na co sobie pozwolę to rower o ile będę w stanie siedzieć, bo na razie mam wrażenie że ktoś mi wbija szpile w dupę i sięgają one szyi. 
Ale post ma być o czymś innym. Kiedyś tam, przed półmaratonem w Pile pisałam o tym że nie mam z kim jechać, i dobrze było by stworzyć grupę podróżujących razem na różne biegi. Jednak takich grup namnożyło się tyle, że aż nie nadążam. Chciałabym polecić trzy takie skupiska ludu z Poznania z którymi można trenować, a i na krzywy ryj na podwózkę się załapać.
1. Kobiety Biegają: klik
Wszyscy znają i kochają. Grupa założona przez Zosię i Magdę, autorki bloga o tej samej nazwie - klik. Nie ma co się rozwodzić bo wszyscy wiedzą o co chodzi, ale pamiętajcie że to tylko dla bab. 
2. Poznań Biega: klik
Tu już bardziej ogólnomiastowo. Z jedną dziewczyną jestem na etapie umawiania się na bieganie, ale zanim do tego dojdzie to ona korzenie zapuści. Miałyśmy iść dzisiaj a tu zonk. Plecy mi siadły. No sorry... Jednak za tydzień już powinny działać.
3. gRUNwald Biega: klik
Dołączyłam do nich bo mieszkam w tej dzielnicy, ale są też inne grupy jak Piątkowo na biegowo czy Wilda Biega. Każdy znajdzie coś dla siebie. Dorobili się już własnych koszulek jednak ja jej na razie nie nabyłam. Jestę studętę i 35 zł to majątek.

Zaletą takich spotkań jest przede wszystkim poznanie nowych ludzi, wymiana zdań o treningu i prowiancie (bo każdy wie najlepiej co, gdzie, kiedy i o której) czy po prostu towarzystwo podczas dłuższego wybiegania. Wadą jest to że jednak trzeba dostosować tempo do różnych osób. Ale tworzone są grupy w zależności od prędkości czołgania się (ja zawsze w tej towarzyskiej na 5 km).

Na koniec jeszcze mały wtręt (który jednak pasuje do tematu bo chodzi o kolejny serwis społecznościowy) - założyłam konto na instagramiku. Także jeśli też tam macie konta to w komentarzach je podsyłajcie i pobawimy się we wzajemne followingowanie :D [ah to moje słowotwórstwo] Na razie jest pusto, ale nie będę na siłę wrzucać czegokolwiek.

17 stycznia 2015

17.01.2015

Zaniedbałam trochę blog, ale zbliża się sesja (a właściwie zaczęła się jakoś w listopadzie i ciągle coś mam do zaliczenia) no i znowu spadło żelazo, więc jestem nie do życia (ze 152,9 do 44,2 - fak je... ten szit mi chyba przez skórę paruje). Dlatego dzisiaj tylko mały update i przeprosiny dlaczego tu jest pusto. Treningi siłowe udaje się robić 3 razy w tygodniu i dodałam też więcej kardio. Why? Bo półmaraton w kwietniu ;) Trzeba zrzucić trochę sadełka żeby biegać szybciej (i wyglądać lepiej). Cel: -8 kg do kwietnia. Wszystko do zrobienia jeśli nie dopadnie mnie po drodze pacman. Kalorie zaczęłam obcinać stopniowo już przed świętami i w tej chwili osiągnęłam to minimum. Ale jeszcze się przyzwyczajam, bo mną lekko telepie że nie mogę zjeść 100 g ryżu czy makaronu. No i nie biegam. Ostatni raz poszłam w niedzielę przed świętami, ale zrobiłam niecałe 6 km bo znowu się męczyłam przez brak żelaza. Myślałam że dostanę zawału po drodze. Badania zrobiłam (drugie w przeciągu tygodnia), w poniedziałek idę do hematologa i mam nadzieję że dawka Fe będzie zwiększona, bo znowu przysypiam w ciągu dnia. I siedzę na dupie. 3 miesiące do połówki a ja w lesie. A to jeszcze nic. Na pierwszych zajęciach z pływania po świętach uczyli nas skakać na główkę. Wszystko było ok do momentu kiedy nie skakaliśmy ze słupka. Jak zwykle... dwa skoki i poszły mi plecy. Nie pamiętam żeby kiedykolwiek bolały mnie tak długo. Wczoraj chodziłam w zasadzie z głową między kolanami, bo nie mogłam się wyprostować. Skończyło się na wizycie u ortopedy i zwolnieniu z pływania. Jeszcze jeden skok i po plecach. 
A teraz znikam zrobić zieloną herbatę i porywającą kolację. Ale najpierw to:
Krótki dęs i odprężenie przed kolejną dawką wiedzy... Czy tylko mnie nie chce mi się nic przyswajać? :D

26 grudnia 2014

Co mi się udało, a co skopałam

Jest jeszcze parę dni do końca roku, ale postanowiłam to opublikować już teraz - póki mam czas. Kilka razy zabierałam się za ten post, kasowałam, poprawiałam lub usuwałam wszystko w cholerę. Ale obojętnie co bym nie napisała to i tak nie będę w stanie w 100% "przelać na papier" moich przemyśleń dotyczących tego roku. A działo się raczej dużo. Jednak nie zrealizowałam wszystkich swoich postanowień o których pisałam tu: Cele na 2014 rok. Złożyło się na to kilka rzeczy. W większości pierdoły (nie inaczej). ALE:
1. Maturę napisałam jeszcze raz i poszło mi całkiem dobrze. W porównaniu z niektórymi egzaminami na studiach matura jest kretyńsko prosta. 
2.  Na AWF się dostałam chociaż nie na ten kierunek na który chciałam. Dietetykę chciałam później zrobić jako studia podyplomowe, ale że wyszło jak wyszło to zaczęłam teraz. 
3. Z licencjatami wszystko stoi bo zmienili program studiów i cały czas mam problem z jednym egzaminem. Ręce opadają. 
4. Z tym jest tragedia. Odnoszę wrażenie że cały rok przebimbałam chociaż na prawdę się starałam. I w zasadzie skończyło się utrzymaniem wagi. Niby fajnie bo nie przytyłam, ale rok pracy poszedł się walić. 
5. Stresuję się mniej, ale nie do końca. Otworzyłam się na ludzi a w zamian dostałam siarczystego kopa w tyłek. I to nie raz. Jeden z nich był niesamowicie bolesny. Chociaż "bolesny" to za mało powiedziane. To był szczyt chamstwa i prostactwa, a osoba która go zadała chyba nie ma mózgu. Albo myślała nie tym co trzeba. Mimo to poznałam kilka fajny osób - takie rodzynki w tym całym gównie.
6. Tego się chyba nigdy nie doczekam. 

Ale dość tych pierdół i stękania. Ile można? Wolę się zająć czymś przyjemniejszym. Czymś co sprawiło mi radość w tym roku. 
MIEJSCE I - Maraton
Bezapelacyjnie. To najlepsze co mnie spotkało w całym moim pieprzonym życiu. Poważnie. Absolutnie nigdy nic nie sprawiło mi takiej radości. Szczerej, niekłamanej euforii. To był trwający ponad 5 i pół godziny orgazm. Nie sprawdzałam godziny, czy zmieszczę się w limicie, śmiałam się, rozmawiałam z ludźmi na trasie, przybijałam piątki, miałam głęboko w nosie to że moje tempo to dla niektórych szybki marsz, płakałam i świetnie się bawiłam. Nikt mi tego nie odbierze. Codziennie przejeżdżam obok targów i zawsze gdy widzę nabazgrane na asfalcie "42" to aż łzy się cisną do oczu, i jedyne o czym myślę to "Ja na prawdę tyle przebiegłam. Zrobiłam to". Zasłużyłam na ten kawałek złomu czy się to komuś podoba (a zwłaszcza tym którzy uważają że maraton powyżej 5 godzin to nie maraton), czy nie. Możecie mnie cmoknąć w mój wyćwiczony zad i dalej zarzynajcie się na trasie. I tak nie będziecie jak Kimetto czy Kipsang. 
MIEJSCE II - Wings For Life
Znowu bieg. Jednak równie ważny jak pierwszy maraton. Pobiegłam dla tych którzy nie mogą i mam nadzieję że dzięki temu oni kiedyś też staną na starcie. Nie udało mi się doczłapać do 20 kilometra, ale 13 to też dobry wynik. Bardzo to przeżywałam, bo mi też nawala kręgosłup, więc korzystam ile mogę.
MIEJSCE III - Women's Health
Ja w gazecie. I to nie byle jakiej. Gdyby ktokolwiek powiedział mi że pojadę na sesję zdjęciową, i jeszcze o mnie napiszą to bym mu powiedziała że chyba upadł na głowę. Udało mi się coś osiągnąć! Ruszyłam dupsko, schudłam, a gdybym miała nierówno pod sufitem to pewnie każdemu bym wciskała przed nos gazetę, i krzyczała "To ja! To ja!".

I to by było na tyle. Mało, ale nie liczy się ilość a jakość. Można jeszcze tu wcisnąć kierunek na którym mi poniekąd zależało, ale to czy te studia są ciekawe wyjdzie w praniu. 

Jakie mam cele na 2015 rok? Chyba jeszcze bardziej szalone. Jednak po kolei:
1. BF nadal mnie męczy. Już niech będzie chociaż poniżej 20% a później się zobaczy. Bez parcia tym razem. Kiedyś się tego tłuszczu pozbędę. Ważne żebym była zdrowa i sprawna (tym razem już nie nawalę - więcej badań przed biegami)
2. Kwietniowy półmaraton w 1:50-1:55 - bardzo, ale to bardzo wierzę że mi się uda. To nie jest jakiś kosmiczny czas. Już się zarejestrowałam i to tak szybko że mój numer startowy to 110 (elita jest od 1 do 100 także żem jest prawie jak elita) :D
3. 20 km i więcej na Wings For Life - to nie podlega żadnej dyskusji. Przebiegnę tyle i kropka.
4. Złamać 4 godziny na maratonie w październiku - jak najbardziej do zrobienia. A zwłaszcza po takiej ilości żelaza które pochłaniam. Treningi będą już konkretne.

Oprócz tego mam... trochę planów niż celów. Jeden z nich jest szatański. Ale nie wiem czy wypali. Jeśli tak to dowiecie się o tym dopiero jak to zrobię (tak żeby nie zapeszać). W domu mnie po tym chyba przywiążą do kaloryfera :D 

Czy czegoś się nauczyłam? Nie do końca. W końcu leżąc pod kroplówką zapisywałam się na kolejny bieg. 

23 grudnia 2014

Święto Pierogów!

To co? Pora chyba na życzenia czyli: zdrowych, spokojnych, bla bla... ale to już znacie. Jednak ja życzę Wam abyście mieli przy sobie kogoś kto Was szczerze kocha, będzie zawsze wspierał i pomagał, gdy upadniecie. Nie będzie wykorzystywał, niczego wypominał, a pamiętał tylko te dobre chwile. Biegaczom życzę kolejnych życiówek, żadnych kontuzji i zdarcia butów (bo musi być okazja by kupić nowe ;). Targającym żelastwo przyrostu mięśni od kapusty i sernika (niech pójdzie w bicka!).
Wrzućcie na luz przez te 2-3 dni, nie liczcie kalorii i makrosów. Nie spasiecie się od razu do rozmiarów wieloryba. Raz na jakiś czas można zjeść pierogi ze zwykłej mąki, a nie jakiejś amarantusowej czy orkiszowej. To samo z ciastem i innymi potrawami. Takie odstępstwo od diety może przynieść więcej korzyści niż szkód (o ile ma ktoś umiar). 

O 7:00 mam trening - góra + HIIT. Później pochłonę ostatnią czekoladkę z kalendarza adwentowego, wpadnę do domu, wypakuję torbę, przebiorę się, zabieram prezenty i w drogę do babci żeby jej pomóc. Dla mnie na święta istnieje tylko jedno danie - pierogi. Cała reszta to tylko tło :D Tak więc człowiek-pieróg pozdrawia znad talerza i życzy spokojnych świąt. I niech spadnie chociaż odrobina śniegu. 

Tak na koniec - chciałabym z całego serducha podziękować Pat. Gdyby nie Ty to pewnie nie zaszłabym tak daleko. To Ty mnie wyciągnęłaś z domu i zaraziłaś bieganiem. Nie ważne czy było ciepło, czy padał śnieg. Robiłaś ze mną kółka wokół Areny dostosowując swoje tempo do mojego ślimaczego. Nie wiem jak to wytrzymywałaś :D Ale bardzo Ci za to dziękuję!

26 listopada 2014

Co chcę na święta, ale nie dostanę

Święta za pasem, niedługo Mikołajki, więc wypada zrobić listę zachciewajek. To co pragnę w tym roku jest w większości związane z treningami. Tak jakoś wyszło że wszystko planuję pod nie i już nie kupuję tak jak leci. Teraz zakupy są bardziej przemyślane. Buty treningowe mam, na dłuższe dystanse też no i startówki. Brakuje typowo treningowych na siłownię oraz do biegania w teren. Po co w teren? A bo ubzdurałam sobie ultra po krzakach... ale jeszcze nie wiem kiedy. No i pragnę to:
Jestem ciekawa jak Nike leżą na stopie i targa się w nich ciężary, ponieważ drop wynosi 0 mm. Natomiast Saucony już 4 mm, ale w teren w sam raz. No i są ciemne więc można całe unorać błotem. Co do zegarka... Marzy mi się Garmin, oj marzy. Taki co pokazuje tętno, czas, prędkość, dystans + GPS żeby nie targać telefonu wieszającego się przez endomondo. Jednak cena tego modelu jest zaporowa. I to bardzo. Tak bardzo że pewnie nigdy go nie kupię, ale pomarzyć można. Wiem że są tańsze zegarki mające podobne parametry, ale ja jestem babą - kupuję oczami. W przypadku lumpów też same potrzebne rzeczy:
Ostatnio zamówiłam czapkę do biegania z łosiami firmy Attiq i przepadłam. Jestem z niej tak zadowolona że chyba przestanę kupować w Decathlonie - tam nie dostanę takich wypasionych krótkich spodenek ;) Bluza i techniczny longsleeve koniecznie muszę mieć bo moja bluza Pumy od dawna na mnie wisi, i wyglądam jak sierota. Nareszcie udało mi się znaleźć spodnie dresowe zwężone na dole i to za normalną cenę - to też mast hew jest. A na koniec getry/legginsy (jak zwał tak zwał) kompresyjne CEP. Dzięki kompresom Royal Bay moje łydki przeżyły maraton. Uda trochę mniej, dlatego chciałabym przekonać się jak to działa na wyższe partie - tu przy okazji ściśnie poślady, więc wizualnie będę lepiej wyglądać :D 
Teraz trochę mniej biegowo, ale nadal - książki. Dorobiłam się egzemplarza Haruki Murakami "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" i chcę więcej.
Po lekturze Murakamiego bez oporów wyszłam z domu na 12 km chociaż na zewnątrz panowało zło i pizgawica. Mam nadzieję że po przeczytaniu kolejnych pozycji będzie jeszcze lepiej i tak mnie zmotywują, że nawet nie zauważę że przebiegłam już 30 km :D
Na koniec już nie biegowo czyli takie pierdu pierdu, ale "przydatne".
Uwielbiam świąteczne piżamy F&F! Mam podobną - spodnie w kratę i renifer na klacie, ale jest na mnie za duża i z powodzeniem ktoś by się ze mną w nią zmieścił. A do tych silikonowych bransoletek Ani Kruk mam ogromną słabość... Posiadam dwie, ale w wersji chudszej o 1/3. Najchętniej obwiesiłabym się nimi cała. 
Jednak prezentem który by przyćmił wszystkie wyżej wymienione byłby pakiet na maraton w innym kraju. Królestwo za Londyn, Rzym lub Paryż. Oddam nawet nerkę :D
Na razie to wszystko. Pewnie jeszcze coś tam chcę ale jeszcze tego nie wiem. Na pewno przygarnę odżywki białkowe, BCAA czy witaminy bo są na wykończeniu - i coś mi się wydaje że właśnie tak to się skończy. Zapasy suplementów będą uzupełnione, a z listy powyżej dojdzie jedna książka i może szorty. Za dużo tego. Trzeba poobcinać.

25 października 2014

25.10.2014

Popijam kawą naleśniki z dżemem truskawkowym i leżakuję. Takiego dnia mi brakowało. Co prawda nauki jest tyle że głowa mała, ale jakoś się tym nie przejmuję. Nie wiem czy to kwestia pogody (szaro, buro, leniwo), czy po prostu nie wstałam dzisiaj lewą nogą... Pełen luz i relaks. Zastanawiam się nad wyjściem z domu i zrobieniu tak z 5-6 km. Smarki mi zamarzną ale odebrałam wczoraj buty. Tak, kupiłam! Ale to nie są żadne z tych o których pisałam w poprzednim poście. Przeglądałam jeszcze internety i moje patrzałki wypatrzyły takie piękności:
Asics, model Hyper Speed 6
Do Asics(ów) podchodziłam jak do jeża. Szukając butów na maraton przymierzyłam wszystkie dostępne w sklepie i jedna wielka masakra - twardy, sztywny zapiętek masakrujący Achillesy i okolice. Decydując się na ten model wiele ryzykowałam, bo nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Ale że kupowałam oczami to stwierdziłam, że najwyżej wytnę ten cholerny plastik. Doczłapałam się do sklepu, pan sprzedawca wyciągnął buty z kartonu i zaniemówiłam. Piękne, lekkie, turkusowe cichobiegi. Od razu je przymierzyłam i jeszcze większy szok - zapiętek nie uwiera, i but bardzo dobrze dopasowuje się do stopy. Wyrwałam je na przecenie: z 349 zł na 199 zł. W dodatku ostatnia para w moim rozmiarze. Taki fuks :D Ważą zaledwie 130 g a drop wynosi 6 mm. Nie pozostaje nic innego jak je przetestować, bo... prawdopodobnie zapisuję się na maraton w Krakowie, który jest 19 kwietnia. Chyba na prawdę mam źle z głową, ale Kraków jest pięknym miastem i zawsze chciałam tam pobiegać. Jeszcze tylko nie wiem jak to ogarnę bo 12 kwietnia jest połówka w Poznaniu, a 3 maja Wings for Life. Mam nadzieję że limitu szczęścia nie wyczerpałam i coś tam jeszcze zostało.
Udanego weekendu! 

20 września 2014

Biec czy nie biec?

Od początku mojego pobytu w szpitalu zastanawiałam się co dalej będzie z bieganiem, i przede wszystkim co z maratonem. Najczęściej rano mówiłam sobie "decyzja podjęta! odsprzedam pakiet, będzie kolejny maraton a teraz przygotuję się na dychę". Natomiast wieczorem zmieniałam zdanie "w ogóle nie ma takiej opcji że nie pobiegnę". Rozmawiałam z lekarzem. Powiedział że w tygodniu przed biegiem mam zrobić badania, przyjść z wynikami i wtedy zadecyduje czy mogę wystartować. Później gadałam z H. Jeśli pobiegnę to nie będzie mi kibicować, bo to przecież są 42 km. H. - wiem że to 42 km, a nie 4. Ale przygotowywałam się. Na tyle na ile organizm pozwalał. Jutro powinnam zrobić długie wybieganie, bo to ostatni dzwonek. Niestety nie pobiegnę. Dla mnie to jest bardzo trudna decyzja - taka jakby zależało od niej życie. Zdrowie jest ważne, ale co z marzeniami? Zdecydowałam: wyniki będą dobre to biegnę. Po kolanach, a jak będzie trzeba to doczołgam się do mety. Nawet jeśli będę ostatnia i wyprzedzi mnie Pani Parasolka. 
(Źródło: FB Royal Bay Polska)
Jestem głupia i niepoważna że zabieram się za to bez przygotowania. Jednak wierzę w siebie a to najważniejsze. Przede wszystkim wmawiam sobie że to tylko 8 x 5 km ;) Na 1/8 czyli na stadionie będzie moja mama, na 5/8 będzie czekać na mnie N., a na mecie? Mam nadzieję że Pat i może ktoś jeszcze. 
Niestety nie zdążę już zrobić koszulki w której chciałam pobiec. Miały być na niej słowa Haile Gebrselassie:
(Źródło: FB London Marathon)
Ale zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie - napiszę to sobie na ręce i w chwili kryzysu, czy zwątpienia spojrzę na te słowa. Bardzo często podczas treningów powtarzałam to sobie jak już nie miałam sił, i takie coś bardzo pomaga. A że Haile cztery razy z rzędu wygrał maraton berliński to chyba wie co mówi ;) 

22 sierpnia 2014

Muzyka do biegania by LL - część II

Pora na drugą część - bardziej energetyczną, z pieprznięciem, i nadającą tempo. Trochę czasu zajęło mi wybranie odpowiednich piosenek, ale chyba wyszło całkiem dobrze.
David Guetta & Sia to oczywista oczywistość. Ta piosenka na Winter Run III dała mi takiego kopa jak nigdy (Malta, podbieg na mostek za trybunami). Leciałam jak poparzona do mety. Na jednym z porannych treningów (takich bardzo porannych czyli 6:30) podczas przysiadów usłyszałam Black Skinhead. Po głosie rozpoznałam Kanye i po powrocie do domu przeszukiwałam youtube - dorwałam! Niech mi tylko ktoś powie że tu nie ma żadnego rytmu :D Na Audrey Napoleon trafiłam dość dawno przez reklamę chyba Heinekena. Tylko tu leciała piosenka MySunrise. Polecam pozostałe - Poison czy Green +15. O Stromae nie będę się rozpisywać bo to maestro. Klasa sama w sobie. Natomiast przy Brainstorm Arctic Monkeys dobrze się biega jeśli chce się pracować nad kadencją. Można biec szybko, ale stawiać mniejsze kroki i przez to mniej się męczyć. Trening z pierdalnięciem! Jeśli chodzi o Icona Pop oraz Demi Lovato to równie dobre są oryginalne wersje. Jednak jeśli piosenka wpada w ucho to i tak szukam remixy żeby było szybciej/dłużej.
Półmaraton już niedługo a ja nadal zastanawiam się czy biec z muzyką. Nawaliła mi jedna słuchawka i wariuje. Albo muzyka w ogóle nie leci, albo trzeszczy jakbym radio nastawiała, albo dźwięk przeskakuje z jednej na drugą - uszna epilepsja. Oby do tego czasu udało się kupić nowe, a jeśli nie to trudno... jakoś przeżyję bez. Chociaż może to i lepiej? Ostatnie dwa treningi zrobiłam bez muzyki. Przynajmniej słyszałam jak oddycham i mogłam się na tym skupić, bo to też jest ważne - ale o tym w kolejnym poście.

17 sierpnia 2014

Blada twarz & lody

Powróciłam w jednym kawałku, ale odrobinę cięższa i blada. Przez 4 dni można było oglądać walenia na plaży, a mimo to wciąż wyglądam jak córka młynarza (co widać na zdjęciu z lodem). W środę niebo było czyste, ani jednej chmury, skwar... A ja nic nie "złapałam". Chociaż może to zasługa emulsji z najwyższym filtrem, bo przed każdym wyjściem porządnie się konserwowałam. Z treningami poległam na całej linii. Biegałam tylko w poniedziałek, ale nie było przyjemnie. Nie dlatego że razem z H. ruszyłyśmy o 10, musiałyśmy się przedzierać przez dziki tłum spacerowiczów, i było gorąco (a ja w bluzie - bez komentarza) tylko bolały mnie plecy. Każdy krok i uderzenie stopy o ziemię powodował ból. Jakby mnie ktoś kopał po tych lędźwiach. Dużo tam chodziłam, ale już same spacery dawały w kość i odpuściłam. Dopiero dzisiaj kolejne bieganie - 12 km i testowanie skarpet kompresyjnych, bo w końcu dotarły. Piękne, neonowe, błękitne od Royal Bay. 
Zamoczyłam się aż dwa razy - najpierw same kostki, a później po kolana. Nie dało rady więcej. Mróz, mróz i jeszcze raz mróz. Że też te wszystkie morsy się nie pochorowały tylko dzień w dzień tłumy w wodzie.
Stałe wyposażenie na plażę - książka (dorwałam na miejscu za całe 9,99 zł! A w Empiku trzy razy tyle...), filtr 50+, gdzieś w torbie banan, woda i parasolka koronkowa. 
Reakcje na parasol były różne - od zdziwienia "po co tej pani parasol jak nie pada?" po zrozumienie "to ochrona przed słońcem". Jestem w gorącej wodzie kąpana i zaczęłam stosować krem z 3% kwasem migdałowym Ziaji, więc nie dość że na paszczy mocny filtr to jeszcze kryłam się dodatkowo właśnie za parasolem. Przynajmniej nie nabawiłam się przebarwień. 
A teraz najlepsze czyli wracam do tematu lodów. W Ustroniu Morskim przy zejściu na plażę nr 9 mają najlepsze lody! Średnie, mieszane i z polewą - najlepiej krówkową.
Odwiedzałam to miejsce codziennie, ale żeby nie przeginać kończyło się tylko na jednym. Chociaż oczy oraz kubki smakowe chciały jeszcze i jeszcze... 
Nie pamiętam kiedy byłam ostatnio nad morzem (w szkole podstawowej?). Jednak jakoś mnie tu nie ciągnie. Do przeżycia są panowie przemierzający każdego dnia plażę z okrzykiem "Gorąca, gotowana kukurydzaaaa! Popcooorn! Orzeszki w karmeluuu! Rogaliki z czekoladąąą!" czy "Dobre piwko, zimne piwko! Tylko pięć złoty!" (aż uszy bolały od braku końcówki), albo wszechobecne owłosione brzuchy piwne w ciasnych majtach z dumą prezentujący swój okazały rów (tak, tak... panowie wymagają od nas super sylwetki, wyglądu modelki i cholera wie co tam jeszcze, a sami są zapuszczeni, spasieni i w ogóle to kijem nie ruszać). Tam po prostu nie ma co robić. Ile można chodzić po "deptaku" i codziennie oglądać te same stragany, tandetne pamiątki w stylu obrazów z wizerunkiem papieża oklejonego bursztynem czy plastikowych toporów? Kiedyś w takich miejscowościach na każdym kroku pachniało wędzoną/smażoną rybą, wodą i glonami. A teraz? Gofry, kebab, frytki i swąd chińskich ciuchów i zabawek. Można zjeść codziennie w innym miejscu, wypożyczyć rower czy pójść na basen. Jak ktoś jest samochodem a blisko jest np. do Trzęsacza czy innych atrakcji to warto się wybrać. Ale co dalej? To wszystko można "załatwić" w 4-5 dni, ale na cholerę siedzieć tam dłużej? To nie góry. Tu cały czas jest to samo. Plusy wyjazdu? Odrobinę odpoczęłam (bo i tak mi suszyli łeb) i nawdychałam się jodu. Oby wystarczyło na kilka kolejnych lat, bo nie śpieszy mi się tam.

9 sierpnia 2014

9.08.2014

Pakuję się, pakuję... i końca nie ma. Ciągle coś dokładam, wyciągam i nie jestem pewna ile par butów do biegania zabrać. Myślałam o trzech: 1. Saucony na asfalt, 2. Nike w których ćwiczę, ale nadają się na krótkie dystanse, i ostatnie 3. Asics, ale jak mają kaprys to trochę mnie obcierają. Chociaż... po asfalcie raczej biegać nie będę, więc zostaje nr 2 i 3. Zamówiłam we wtorek skarpety kompresyjne Royal Bay, ponieważ chciałam je przetestować no i niestety nie doszły. Zabiorę się za nie dopiero po powrocie. Ale najważniejsze rzeczy mam:
Wyjazd w zasadzie o świcie. Pewnie przez pierwszą godzinę nie usnę, więc zaopatrzyłam się w Runner's World. Może jakoś ten czas zleci i znajdę tam coś co pomoże mi się ogarnąć. Dzisiaj miałam do zrobienia 12 km, a wymęczyłam 8,18 km. Trzy razy musiałam się zatrzymać, bo było mi niedobrze+ból podbrzusza+jakieś dziwne palenie w przełyku (to nie zgaga). Miałam ochotę położyć się gdzieś w krzakach i tam zostać. Ponoć dobre działanie ma sok z buraków - 0,5 l dziennie. Problem polega na tym że nie mam sokowirówki i zastanawiam się czy gdzieś można kupić taki świeży sok bez żadnych dodatków...
Strój kupiłam za porywające 22,50 zł - przecena, przeceny itd. :P Oprócz tego jeszcze "kimono" plażowe żeby zakryć dupsko i w drogę!
A więc znikam - przynajmniej na tydzień.