Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

29 grudnia 2016

Podsumowanie: 2016

Długo mnie nie było, ale nie chciałam Wam spamować sucharami. Rok powoli się kończy, a więc pora na podsumowanie. Biegowe oczywiście. Jak zwykle miałam kilka postanowień, które nie wypaliły, ale dużej katastrofy nie ma. Po kolei (tu "postanowienia" na 2016 rok: klik):
1. Dietę jako tako ogarnęłam. Niestety nadal biorę żelazo, ale już nie tak często. W styczniu mam następną kontrolę, i wtedy się okaże czy znowu ferrytyna spadła, czy utrzymuje się na sensownym poziomie. Chciałabym powoli rezygnować z mięsa, ale wszystko zależy od badań. Masa ciała bez zmian, tj. 58-60 kg, ale lecą centymetry z obwodów, czyli nie tracę mięśni. Jestem dobrej myśli że jednak uda się tym razem zejść chociaż do tych 55 kg.
2. Z półmaratonem utknęłam. Start w tym roku był jeden, w Poznaniu. Wymęczyłam tam 1:59. No nic, życie. Nie zawsze trzeba robić życiówki. (relacja tu: klik)
3. Trzecia edycja Wings For Life była dla mnie katastrofą katastrof. Armagedonem i końcem świata. Tak złego startu chyba nigdy nie miałam. Zrobiłam najmniej kilometrów ze wszystkich edycji. Ale jak chcecie poczytać o tym to zapraszam tu: klik.
4. Ah ten maraton. Chodzi za mną te 3:59 i ciągle nic. Najpierw w Krakowie 4:14:05 (klik), a w Poznaniu 4:11:37 (klik). Jednak nie poddaję się. W końcu to zrobię!
5. No z tym rozciąganiem to bywało różnie. Zdarzało się że robiłam to przez tydzień, czy dwa, a później znowu leń. Dlatego nadal jestem sztywna jak kij od szczotki.

Jeśli chodzi o starty w ultra to udało się ukończyć Zielonkę +75 km (klik). Co prawda nie było to zbyt miłe przeżycie, i gdy sobie to przypominam to wszystko mnie boli. Ale chyba dzięki temu ogarnęłam się, i już wiem że nie warto zarzynać się na trasie. Opamiętałam się na nieudanym starcie na Chudym Wawrzyńcu (klik), i zrezygnowałam z Łemkowyny. Bardzo chciałam tam pobiec, ale na 100% noga znowu by wysiadła zwłaszcza, że na błocku nie jest stabilnie, a to dla ITBS dobre nie jest. 
Triathlon nadal mnie męczy i chodzę na basen. Nie tak często jak bym chciała, ale pociesza mnie to, że z moim pływaniem nie jest aż tak źle. Nadal stresuję się, bardzo szybko oddycham bo brakuje mi tlenu, przez co próbuję płynąć jak najszybciej, ale mam nadzieję że w końcu to ogarnę. Do fizjoterapeuty też chodzę. Naprawił mi pasmo i na razie dziadostwo uspokoiło się, i mogę biegać. 

Trochę cyferek:
- przebiegłam: 1287 km
- spaliłam: 164838 kcal
- na treningu spędziłam: 278 godzin, 50 minut i 51 sekund
A rok jeszcze się nie skończył ;)

Wystartowałam w 16 biegach robiąc życiówki na następujących dystansach:
- 10 km - 52:07
- 42,195 km - 4:11:37
Jakie plany na 2017 rok?
1. Tu nie ma żadnej niespodzianki. Tradycyjnie, niezmiennie, i jak zwykle - schuść :D
2. Do czterech razy sztuka czyli Wings For Life i minimum 15 kilometrów.
3. Poznański półmaraton w 1:55 (a jeśli nie Poznań to Kraków bo tym razem nie odpuszczę i jadę).
4. 4 godziny połamane, skopane i zmiażdżone w pył na maratonie. Jeszcze nie wiem na którym, ale 2017 to będzie ten rok, kiedy to się stanie.
5. Skopanie chudej dupy Wawrzyńcowi na trasie +80 km. Nie odpuszczę!
Oprócz tego mam jeszcze trzy chore plany, ale ich nie zdradzę. O rezultatach dowiecie się w maju i październiku. Wtedy wszystko powinno się skończyć. Mam nadzieję że szczęśliwie.

17 marca 2016

I co teraz?

Wracam z uczelni/pracy, zaglądam w kalendarz, a tam 12 km + rytmy. Myślę: "kurwa... nie chce mi się". Szanse że wyjdę na trening często są marne. Czasem wychodzę, czasem nie. Najczęściej dupska nie chce mi się ruszyć jak jest zimno, wieje że łeb urywa czy pada śnieg. Nie dość że telepię się na przystanku odziana w kurtkę zimową, gruby sweter (czasem dwa), czapkę, dwie pary skarpet i jeszcze pod spodniami mam rajstopy, to gdzie ja mam biegać mając na sobie maksymalnie dwie, o wiele cieńsze warstwy? Przecież wyjdę przed dom i błyskawicznie zamienię się w sopel lodu. Później przychodzi ten moment kiedy zaczynam smarkać. No dobra... za 2 dni przejdzie. Dochodzi kaszel i to nie byle jaki. Niemal wypluwam płuca. W pracy ledwo podnoszę dwoma rękoma zgrzewkę wody, oczy zaszklone, i czuję się jakby mnie ktoś ogłuszył. "Na pewno przejdzie za 2-3 dni. Zawsze przechodziło, bo przecież ja nie choruję." Minęły 3 tygodnie i choroba wygrała. Musiałam iść do lekarza po zwolnienie i antybiotyk. 2 tygodnie wyjęte z życia, brak treningów, i pochłanianie coraz większej ilości jedzenia, bo nie wiedziałam już co ze sobą zrobić. Bolało jak cholera gdy mijałam na ulicy biegaczy, albo na instagramie trafiałam na zdjęcia znajomych z treningu. A ja dalej jadłam, płakałam, jadłam, i byłam coraz bardziej poirytowana. Chociaż nie. Najzwyczajniej wkurwiona. 
I to jest właśnie to czego potrzebowałam. Porządnego kopa w zad. W weekend zrobiłam długie wybieganie ze znajomą, czyli 24 km. Odżyłam! Wczoraj poszłam na trening funkcjonalny. Ćwiczenia które nie sprawiały mi żadnych problemów tym razem mnie totalnie zniszczyły. Ale po tych 38 minutach ostrego wpierdolu poczułam się jakbym zrzuciła z 10 kg. Dzisiaj zrobiłam trening siłowy, ale z mniejszym obciążeniem żeby od razu się nie zajechać i stopniowo wrócić do tego co było przed chorobą. Wróciłam do domu, zjadłam, przebrałam się i pobiegłam na poznańską Maltę. Brakowało mi tego miejsca. Ostatni raz byłam tam, gdy walczyłam na maratonie. Jednak pełną pętlę zrobiłam 8 miesięcy temu (!) na Maniackiej Piątce. Stuknęło 15,5 km w średnim tempie 5:57 min/km co jest chyba dobrą prognozą przed zbliżającym się półmaratonem. Wybrałam sobie taką trasę, że wracając często miałam pod górkę + mocny wiatr w twarz. A to dobrze, bo trasa półmaratonu jest dość płaska, i w razie czego nie powinnam mieć problemów na podbiegach (a ten jest w okolicy 13-14 km). W przyszłym tygodniu jadę sponiewierać się na Dziewiczą Górę (poznańskie Himalaje). Zobaczymy ile razy dam radę tam się wczołgać.
Dopiero gdy coś się stanie (choroba, kontuzja) uświadamiamy sobie jak wiele tracimy. Że mogliśmy wtedy wyjść na ten trening, i korzystać z tego że czujemy się dobrze. A daliśmy dupy. Wracamy po kilku/nastu dniach, czy nawet miesiącach, i nie wiemy co dalej. Jak zacząć żeby znowu nie nawalić. Albo to wytrącenie z treningu pojawia się w trakcie przygotowań do ważnego startu. Jesteśmy w plecy o kilkanaście jednostek, i staramy się to w jakikolwiek sposób nadrobić. Wtedy mamy dwie opcje: kontynuujemy plan, i znowu łapiemy jakieś paskudztwo, bo przecież nie ma czasu żeby truchtać po świńskiemu, albo zaczynamy od tego truchtu, próbujemy pogodzić się z tym, że pobiegniemy o 4-5 minut wolniej niż zakładaliśmy, ale nadrobimy na innym biegu bo przecież teraz jest ich od cholery. Ja wybrałam drugą opcję. 17 kwietnia na poznańskim półmaratonie miałam złamać 1:50. Wiem że choćbym płuca wypluła, i biegła z podłączoną kroplówką, to za Chiny ludowe by się nie udało. Dlatego celuję w czas poniżej 1:54, i jeśli się uda, to na pewno cały Poznań usłyszy mój ryk na mecie. 
Na koniec wrzucam kilka cytatów, które mnie zawsze motywują (sorry, ale po engriszu). Często podczas ciężkich treningów powtarzam je w myślach (czasem na głos). Może któryś z nich przypomnicie sobie, gdy będziecie rozkminiać czy biegać, a może poleżeć przed telewizorem.


8 marca 2016

Pielęgnacja cery z trądzikiem wieku dorosłego

Ten post nie będzie treningowo-żarciowy tylko kosmetyczny. Chociaż dziś Dzień Kobiet, więc lepiej zająć się dogadzaniem sobie (jakieś małe SPA, kilogram tortu itd.) niż się pocić na treningu. Zresztą ile można gadać o byciu fit i jedzeniu sałaty? 
Zrobiłam dzisiaj małe porządki, bo trochę rzeczy walało się luzem po pokoju. Znalazłam opakowania po zużytych kosmetykach, o których miałam pisać, ale dla każdego robić osobny post (typowy zapychacz, bo przecież trzeba nawet o mydle do rąk zrobić osobny wpis). Jednak zebrałam to wszystko do kupy żeby nie zanudzać. Chciałabym pokazać Wam jak wygląda moja pielęgnacja cery z problemem trądziku wieku dorosłego, i że wcale nie trzeba używać drogich kosmetyków.
Tym razem ochy i achy połączę z marudzeniem - kompresja najlepsza. Zacznę od tych kosmetyków które nie zrobiły nic, a za które wybuliłam trochę denarów.
1. La Roche-Posay, Effaclar K, 30 ml + Effaclar Duo, 40 ml
Kiedyś tam poszłam na dermokonsultacje. Okazało się że mam trądzik wieku dorosłego, czyli wypryski pojawiające się na linii żuchwy, policzkach i brodzie. Jest to na tyle upierdliwe, że cały czas wraca i ciężko to wyleczyć (o ile w ogóle się da). Miałam używać na zmianę Effaclar K i Duo. Duo udało mi się znaleźć na promocji. Nie pamiętam już dokładnie ile za niego zapłaciłam, ale coś ok. 40 zł. Natomiast za K zawołali jakąś poronioną cenę 71,99 zł (płakałam jak płaciłam). Smarowałam się codziennie przez około 4 miesiące. Wydajność jak najbardziej na plus (K wystarczył na o wiele dłużej pomimo tego że jest go o 10 ml mniej). Dobrze się rozprowadzał i wystarczyła cienka warstwa. No i tyle jeśli chodzi o zalety. Nie zrobił z moją twarzą nic. Pory miały być odblokowane i zwężone... Yhm, po kuracji tym "cudem" zaskórników było o wiele więcej, i do teraz z nimi walczę. Nie użyję tego ponownie nawet gdyby mi za to zapłacili. 
2. Ziaja Med, Reduktor trądziku punktowy, 15 ml + Krem redukujący trądzik, 50 ml
Lubię Ziaję. Robi bardzo dobre i tanie kosmetyki, ale te dwa produkty niestety się nie udały. Reduktor, jak nazwa wskazuje, nakładałam punktowo na zmiany trądzikowe. Przypomina zielonego gluta, który po nałożeniu na twarz jakby wysycha, i robi coś w rodzaju skorupki. A krem? Jak krem... Lekka konsystencja, dobrze się rozprowadza, nawilża i tyle.

A teraz ta lepsza część - kosmetyki które mi pomogły.
1. Ogrody Zdrowia, Krem nawilżająco-regenerujący Aloe Vera, 200 ml
Krem kupiła mi babcia w jednej z aptek, bo ktoś jej tam powiedział że aloes jest dobry na problemy skórne. Kilka razy przymierzałam się do produktów z aloesem, niby coś tam znalazłam, już miałam kupować, ale natknęłam się na opinię negatywną i porzuciłam ten pomysł. Wyręczyła mnie babcia i to był strzał w dziesiątkę. Produkt ma za zadanie: nawilżyć tkankę skóry, pobudzić do samoregeneracji, łagodzić podrażnienia, chronić naskórek, rozjaśniać przebarwienia i łagodzić stany alergiczne - i to wszystko robi. Nie sprawi że wypryski nie powrócą, i nawet nie nastawiłam się na to, ale znacznie poprawił stan mojej cery. Wyglądała na zdrowszą, świeżą, i naskórek szybko się regenerował. Jak tylko skończę krem który w tej chwili stosuję na pewno wrócę do tego z aloesem.
2. Ziaja, Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom Liście Manuka, 75 ml
O tej paście chyba już pisałam, ale że mam sklerozę, więc się powtórzę. Mistrzostwo świata! Pastę stosuję jako peeling i maskę. Najpierw rozprowadzam ją na twarzy, i wmasowuję tak jak peeling, a następnie zostawiam na 10-15 minut. Minusem jest to że po 3-4 minutach nie możemy się uśmiechnąć, bo pasta "stygnie" i robi się nieprzyjemnie, ale jest to do zniesienia. Po spłukaniu cera jest przyjemnie miękka i gładka.
3. Ziaja Pro, Krem złuszczający 5% kwas migdałowy + AHA, 50 ml + Ziaja, Krem mikrozłuszczający z 3% kwasem migdałowym Liście Manuka, 50 ml
Jeśli dobrze pamiętam to o kremie z kwasem Liście Manuka też pisałam, i byłam średnio zadowolona. Jednak się z nim przeprosiłam i kupiłam drugi raz. O dziwo zadziałał lepiej. Co prawda nadal nie zauważyłam łuszczenia skóry i gubienia jej jak wąż, ale wyglądała bardziej... przystępnie. Chciałam kupić kwas Pharmaceris. Najpierw 5%, ale przypomniało mi się że Ziaja też taki zrobiła i to tańszy. No i w końcu coś tam zaczęło mi się wysuszać na paszczy. Trochę na czole i ostatnio na policzkach. Nareszcie zaczynam wyglądać jak człowiek i nie muszę się mocno szpachlować Revlonem.
4. Iwostin, Fluid matujący Correctin SPF 30, Jasny, 30 ml
Wrzuciłam fluid do kosmetyków które stosuję, bo nie chcę robić osobnego posta-zapychacza. Kupiłam go jak tylko pojawił się w drogeriach. Jeśli chodzi o odcień to mogę go porównać tylko do Revlon Colorstay 110 Ivory który cały czas używam, i wersja najjaśniejsza jest ciemniejsza od RC. Z kryciem do 10 godzin bym nie przesadzała. Podkład trzyma z 5-6 godzin, i później konieczne są poprawki. Nie roluje się, nie zapycha i nie zbiera w kącikach przy ustach lub innych gdzie robią nam się zmarszczki. Na początku stosowałam go na całą twarz, ale w ten sposób nie kryje zbyt dobrze. Krycie określiłabym na średnie. Dlatego zrobiłam z niego korektor i w tej roli sprawdza się znakomicie.
5. Biotar, Mydło dziegciowe, 140 g
Mydło otrzymałam do testów razem z szamponem, ponieważ zmagam się z łuszczycą. Postanowiłam używać go do mycia twarzy, ponieważ mydło jest przeznaczone nie tylko do skóry łuszczycowej, ale też trądzikowej, podrażnionej, tłustej, z tendencją do wyprysków i łojotoku. Zapach niestety nie należy do najprzyjemniejszych. Kojarzy się z siarką lub benzyną. Ale akurat ten produkt ma działać a nie pachnieć. Używam go od ponad roku i nie chce się skończyć! Zużyłam może połowę ;) Myje przyzwoicie i nie powoduje uczucia ściągnięcia skóry. Niestety ciężko zmywa makijaż (w moim wykonaniu to tylko podkład i trochę pudru matującego). Mimo to jestem z niego zadowolona, bo nie wyskakują po nim nowości.
6. Ziaja, Żel myjący normalizujący Liście Manuka, 200 ml
Stosuję go na zmianę z mydłem Biotar. Ma przyjemny, odświeżający zapach który kojarzy mi się z wyjazdem nad morze 2 lata temu. Także nie powoduje ściągnięcia skóry, świetnie oczyszcza i matuje. 
7. Ziołolek, Krem punktowy do skóry trądzikowej i łojotokowej Linoderm Acne, 15 ml
Jest to na razie jedyny krem punktowy, który faktycznie zadziałał. Co prawda wygląda jak cement lub fuga, ale całkiem szybko łagodzi podrażnienia i dzięki niemu wszystkie świeże wypryski szybko znikają.
8. Ziaja, Krem z nagietkiem do cery suchej, wrażliwej i normalnej, 100 ml
Ostatnia rzecz na mojej liście, czyli krem nawilżający. Wbrew pozorom skóra tłusta powinna być nawilżania. Nie stosuję żadnych toników i innych tego typu ściągająco-wysuszających bzdur. Kupuję tłuste kremy do cery suchej. Jak siedzę w domu i nigdzie nie wychodzę to smaruję się grubą warstwą. Konsystencja jak dla kremu nawilżającego - trochę "ciężka", ale dobrze się rozprowadza i szybko wchłania. Dobrze sprawdza się pod podkładem (Revlon) i łagodzi podrażnienia.

Jak widać da się - tanio nie znaczy, źle i badziewnej jakości. Nie trzeba wydawać dużych kwot na jakieś kremy z kosmicznym składem. Ale najważniejsza jest jedna rzecz. Coś co nam pomoże, nie jest to kosmetyk, i zależy tylko od nas - NIE WOLNO skubać twarzy. Sama często to robię i dlatego wyglądam jak wyglądam, ale nie mogę się powstrzymać żeby czegoś nie wycisnąć, bo widać itd. Tylko w ten sposób to wszystko babra się jeszcze bardziej, i zamiast przeczekać 3-4 dni aż to samo zejdzie, to męczę się 3-4 tygodnie z raną/blizną. Wiem o tym, a i tak to robię... Taka stara a taka głupia. 
Stosowałam też olej z czarnuszki, który jest ponoć dobry na wszystko (złoto faraonów i takie tam), ale nie zauważyłam żadnych zmian. A Wy macie jakieś domowe, sprawdzone sposoby na trądzik?

31 grudnia 2015

Cuda panie, cuda w tym 2015 były

Ten rok minął jak z bicza strzelił. Dużo się działo chociaż bardziej pasuje "w końcu", i tu na myśli mam oczywiście bieganie. Zrobiłam na prawdę spory postęp w ciągu ostatnich 3 miesięcy. Zaczęłam biegać, a nie wąchać asfalt. Zanim jednak przejdę do podsumowania ile kilometrów przebiegłam w tym roku, i ile kalorii spaliłam to wrócę do swoich postanowień o których pisałam tu: klik.
1. BF krąży pomiędzy 21 a 24% i jakoś mnie to nie rusza że nic się nie zmienia. Tzn. poniekąd to jest wkurzające że tyle zasuwam na siłowni, biegam, pedalinguję na spinningu i dupa nadal jak poznański ratusz, ale nie mogę wstrzelić się w jakieś sensowne makro. Od stycznia/lutego chciałabym podjąć współpracę on-line z jednym trenerem, ale nie wiem czy on zdecyduje się poprowadzić taki beznadziejny przypadek jak ja.
2. Poznańskiej połówki niestety w 1:50-1:55 nie zrobiłam, bo nadal walczyłam z anemią no i moje treningi to o kant tyłka. W zasadzie to ich nie było, i od czasu do czasu (2, w porywach 3 razy w tygodniu) coś tam sobie biegałam. Nic dziwnego że nie wyszło. Ale nadrobiłam w październiku w Krakowie (klik).
3. Drugi Wings For Life i drugi raz klapa (klik). Przebiegłam niemal identyczny dystans jak podczas pierwszej edycji. Deżawi. Dno. Dupa. Aż mi się nie chce pisać na ten temat.
4. Do tegorocznego maratonu podchodziłam jak do jeża. Przygotowywałam się od wiosny, a i tak byłam przerażona. Bo co jak mnie sieknie w połowie albo przejdę znowu do marszu (no bez sensu no)? 4 godzin nie złamałam właśnie dlatego że się bałam. No debil ze mnie, bo miałam taki zapas że szkoda gadać. (klik)
Z tych nie planowanych rzeczy: ultra! Pierwsze trochę oszukane, ponieważ trasa miała ok. 43 km (mi wyszło 44,5), a drugie 50 km. Oba biegi w pięknych miejscach, bo w Puszczy Zielonce oraz w Wielkopolskim Parku Narodowym. W takich okolicznościach przyrody mogę biegać.
Założenia na 2016 są bardzo podobne, czyli:
1. Ogarnięcie w końcu diety żeby żelazo nie uciekało, i zgubić trochę cielska żeby się lżej biegało.
2. Półmaraton w kwietniu poniżej 1:50 (taaaa... wybrałam strefę startową C czyli 1:40-1:49, i będą niezłe jaja). Ale jak wyjdzie 1:52-1:55 to też będzie dobrze.
3. Wings For Life po raz trzeci, więc do trzech razy sztuka. Może w końcu uda się wykręcić te 20 km.
4. W maju wracam do pięknego Krakowa na maraton i liczę na czas poniżej 3:55.
5. Rozciąganie. CODZIENNIE! 

Jednak to nie wszystko. Chciałabym wystartować w trzech ultramaratonach. Numer jeden to Zielonka Ultramaraton na dystansie +75 km. Jeśli uda mi się doczołgać na Zielonce to następny będzie Chudy Wawrzyniec. Czy to będzie 50 km, czy 80 km, zadecyduję na rozejściu tras. Teraz nie ma co gdybać. A na deser Łemkowyna Ultra Trail. Tutaj dystans będzie zależał od tego jak mi pójdzie na Chudym (48 km lub 70 km).
Nie porzucam też pomysłu startu w triathlonie, ale tu wiadomo - hajsy, pieniądze i denary. Nie wystartuję bez swojego sprzętu, bo jeśli się coś zepsuje to trudno. A jak spieprzę pożyczony to już zonk. Od lutego planuję w końcu wtoczyć się na basen. Na koniec jeszcze jedna rzecz. Niby nic, ale to bardzo ważne - regularne wizyty u fizjoterapeuty (czyli raz w tygodniu). Nie sądziłam że mam taką ilość przykurczy i innych spięć. Co wizytę umieram, przestaję oddychać z bólu, lecą wszystkie przekleństwa jakie tylko przyjdą mi do głowy (o ile jestem w stanie w ogóle myśleć, bo zapominam jak się nazywam), i znowu umieram.

Jeśli chodzi o cyferki to w 2015 roku:
- przebiegłam: 1228 km
- spaliłam: 193704 kcal
- na treningu spędziłam: 314 godzin, 26 minut i 20 sekund

Oprócz tego wystartowałam w 10 biegach robiąc życiówki na każdym dystansie od 5 km po ultra:
- 5 km - 26:10
- 10 km - 53:59
- 21,097 km - 1:57:27
- 42,195 km - 4:23:02
- 50 km - 6:12:25
To był dobry rok.

17 września 2015

Dean Karnazes "Ultramaratończyk"

"Także i na ciebie czeka nowa droga. Trzeba się tylko za nią rozejrzeć, a potem - zrobić pierwszy krok. Na początek wystarczy powstać i wytrwać, a ten pierwszy krok stanie się gigantyczny. I wtedy pokażesz, kim na prawdę jesteś."
Rich Roll, Chrissie Wellington... Oni opisywali swoje starty i treningi, ale nie tak jak zrobił to Dean. Był "krawaciarzem", który postanowił zmienić swoje życie i wrócić do biegania. I to jakiego! Najlepszy fragment książki wg mnie to strony 59-61. Jest to opis biegu na dystansie 80 km dający kwalifikację do Western States 100. Dla niego to nie było zabawne, bo dostał bardzo silnych skurczy całego ciała i zarzygał samochód, ale opisał to w taki sposób, że nie mogłam przestać się śmiać. Podczas Badwater pojawiły się halucynacje. Gdy zgłosił się do sztafety The Relay (w jego przypadku to oczywiście jednoosobowa sztafeta), fragment trasy pokonywał z przyjacielem, i opisał to jako wyścig dwóch pacjentów oddziału geriatrycznego do toalety. Nic dziwnego... Przebiegł 320 km bez przerwy. Zazdrościłam mu wsparcia rodziny. Na Badwater czy właśnie na The Relay były z nim dzieci, żona i rodzice, a chyba najbardziej kibicował mu ojciec:
"Po prostu zacznij biec i biegnij, jak tylko potrafisz najlepiej. - odparł. - Nie biegnij nogami. Biegnij sercem".
Facet nie do zajechania biegający w konkretnym celu (The Relay - dla chorych dzieci). On jest dla mnie największą motywacją. Pokazuje że ultra nie do końca jest fajne (w ogóle jak fajne może być bieganie po dziesiątki czy setki kilometrów bez przerwy?). Nie ukrywa swoich słabości, ale podchodzi do tego z dystansem i humorem. 
Na koniec jeszcze jeden cytat:
"Jak to kiedyś ujął mój kolega biegacz - życie nie powinno być stateczną wędrówką do grobu z myślą o dotarciu na miejsce w jak najładniejszym, jak najlepiej zakonserwowanym opakowaniu, lecz ma być jazdą bez trzymanki, która zużyje cię do cna, wyczerpie do ostatka - tak, abyś na końcu mógł z satysfakcją powiedzieć: Rany, ale to była przygoda!".
I tak zrobię. W sobotę będzie jazda bez trzymanki. Trzymajcie za mnie kciuki!

17 sierpnia 2015

Prawie jak kozica

9 dni z czego 6 w trasie. 109 km, przewyższenia +5447 m/-5661 m. Gdybym tylko mogła to bym tam została, ale niestety tak się nie da.
Trasa nr 1: Kuźnice, Hala Gąsienicowa, Kasprowy Wierch, Myślenickie Turnie, Kuźnice.
Trasa nr 2: Dolina Chochołowska, Trzydniowiański Wierch, Jarząbcza Dolina, Dolina Chochołowska
Trasa nr 3: Kuźnice, Hala Kondratowa, Kopa Kondracka, Kondracka Przełęcz, Rówienki, Przełęcz w Grzybowcu, Polana Strążyska, Dolina Strążyska
Trasa nr 4: Palenica Białczańska, Morskie Oko, Czarny Staw, Morskie Oko, Palenica Białczańska
Trasa nr 5: Dolina Kościeliska, Iwaniacka Przełęcz, Ornak, Iwaniacka Przełęcz, Dolina Kościeliska
Trasa nr 6: Dolina Małej Łąki, Przysłop Miętusi, Małołączniak, Kopa Kondracka, Hala Kondratowa, Kuźnice
To była moja piąta wizyta w Tatrach, i nadal nie udało mi się dotrzeć do Doliny Pięciu Stawów. Nie weszłam na Szpiglasowy Wierch, Starobociański Wierch czy Kozi Wierch. Po tych kilku dniach nogi odmówiły posłuszeństwa i tylko leki przeciwbólowe mnie ratowały. Jednak było warto się tak zmasakrować dla tych widoków. Tam gdzie się dało to biegłam, ale na szczyty głównie wchodziłam. Nie mogłam sobie odmówić zbiegów - w końcu to idealna okazja żeby się ich nauczyć. Czy robiłam je technicznie dobrze? Cholera wie bo byłam tam sama. Ale nogi są względnie całe, nic nie zwichnęłam, złamałam i nadwyrężyłam (mimo to jutro wizyta u fizjo).
Jeśli chodzi o termin to trafiłam prawie jak w mordę strzelił - akurat było Tour de Pologne. Tyle męskich łydek na raz... Robiłam zdjęcia na siedząco bo z podniecenia nie mogłam ustać na nogach. Oni tak pocinali że jak mnie mijali to kiwałam się na boki. Dajcie mi takiego jednego!
Niestety z wyjazdem mały pech. Bilet na 14 sierpnia, a dzień później Bieg Ultra Granią Tatr. To sobie pokibicowałam...
Pogoda była idealna. Co prawda na poziomie betonu dosłownie przypalało i nie było czym oddychać, ale wystarczyło wbić na szlak. Miałam też swój pierwszy raz z łańcuchami. Byłam trochę przerażona chociaż nie miałam za plecami przepaści. Mimo to lekki stres.
Na szlaku towarzyszył mi wzbudzający powszechne zainteresowanie pluszowy szczur - Antoniusz (proszę się nie śmiać! Każdy ma jakieś swoje dziwactwa). Jeździ ze mną w zasadzie wszędzie. Taki "talizman".
To wsio... Wracam do treningów chociaż mi nie idzie. Wczoraj miało być długie wybieganie. Nie wypaliło bo noga. Dzisiaj chociaż dyszka, ale nie styka bo nadal noga. Szlag.

7 czerwca 2015

Chrissie Wellington "Bez ograniczeń"

"Ku mojemu zaskoczeniu, po drodze niejednokrotnie przekonywałam się, że widziane z oddali granice i przeszkody znikają, jeśli spróbuje się je pokonać. Okazują się urojonymi barierami, zrodzonymi z naszych wewnętrznych przekonań."
Jestem wiecznym studentem, więc kupno książki to wydatek który powoduje że jestem na minusie, i pod koniec miesiąca smaruję chleb nożem. Dlatego na razie je pożyczam (chociaż wolę swoje macane, pozakreślane ołówkiem egzemplarze). Miałam zacząć od "Jedz i biegaj" Scotta Jurka, ale "Bez ograniczeń" dało mi trochę do myślenia.
Książka Scotta zaczyna się tak samo jak Chrissie. Pierwszy rozdział to migawka z zawodów, kolejne dotyczą okresu szkolnego/dorastania/studiów/pracy i dowiadywania się że jakiś talent jest, a ostatni to znów start. Potrzebowałam dużego kopa motywacyjnego żeby w końcu robić przynajmniej cztery treningi biegowe w tygodniu. Po lekturze "Jedz i biegaj" jeszcze chciało mi się ruszyć. Jednak po przeczytaniu książki Chrissie zwątpiłam. Chociaż nie wiem czy to zwątpienie, czy może zniechęcenie. 
Od najmłodszych lat Chrissie miała kontakt z wodą, należała do klubu pływackiego i nie miała większego problemu z pływaniem. Z czasem dodała bieganie i po 3 latach ukończyła pierwszy maraton w Londynie z czasem 3 godziny i 8 minut. Później doszedł rower. W między czasie studiowała, pracowała w kancelarii adwokackiej, później jako wolontariuszka a skończyła jako urzędniczka w ministerstwie. Oprócz tego sporo podróżowała po Azji czy Afryce. Podczas swoich wypraw zaczęła startować w różnych biegach, aż w końcu pojawił się pomysł triathlonu. Trafiła na dość ekscentrycznego trenera. 
Gdzieś do setnej strony nudziłam się. Dopiero gdy rozpoczęła współpracę z Brettem zaczęło się coś dziać. Jednak z czasem te opisy zawodów także zaczęły mnie nudzić. Nie bez powodu. Odnoszę wrażenie, że faktycznie na początku mogło do Chrissie nie docierać że ma talent, ale jak tylko wygrała pierwsze zawody to dobrze wiedziała że na następnych też się uda. Kolejne jej ekscesy nie robiły na mnie wrażenia. W lipcu i sierpniu miała 4 starty w odstępach kilku tygodniu. Wszystkie podsumowała jednym zdaniem: że oczywiście każde wygrała. Przed mistrzostwami w Kona miała wypadek, spuchnięte udo, pokiereszowana noga, wcześniej też coś sobie zrobiła. Jak nie noga to ramię... Mimo to startowała i biła kolejne rekordy chociaż nikt przy zdrowych zmysłach w takim stanie nie szarpałby się na taki dystans. Miałam powoli po dziurki w nosie tego że każdy jej start kończył się zwycięstwem. Niby miała jakieś kryzysy, ale nigdy nie zeszła z trasy. Tylko raz zajęła 22 miejsce, gdzieś tam 5 czy 7 ale ciągle była pierwsza. I nie chodzi o to że po prostu była dobrze przygotowana, mocna, w formie... Jak czytałam fragmenty o tym, że nie wierzy w to co się stało, że wygrała, pobiła rekord, nie wie jakim cudem itd., to robiło mi się słabo. Wiedziała że wygra i nikt nie ma z nią szans.
Podziwiam ją, bo zwyciężyć czterokrotnie w Kona i pobić rekord świata to ogromny sukces, wiele wyrzeczeń i setki godzin morderczych treningów, ale sądziłam że "poznam" kogoś bardziej ludzkiego. Kogoś kto ma kryzysy czy źle się czuje (dobra, odpuściła raz Kona bo choróbsko), a nie popisuje się na treningach i pokazuje co to nie on.
No i uświadomiła mi jedną rzecz - że nie nadaję się do triathlonu. Chciałam kiedyś spróbować, ale jestem totalnym beztalenciem jeśli chodzi o pływanie. W szkole podstawowej basen był obowiązkowy, więc chodziłam, ale nie wyróżniałam się niczym szczególnym. Zresztą i tak nauczyli nas tylko kraulu grzbietem i żabki "prezesowskiej" (z głową nad wodą). Styczność z wodą miałam po kilkunastu latach na AWFie gdzie znowu był grzbiet i żabka (której nadal nie umiem). W dodatku mam bardzo słabe plecy i ręce, więc musiałabym nadrabiać nogami a po dwóch długościach basenu moje uda mają dość. Jak zobaczyłam jej rozpiskę treningów to byłam kompletnie zdołowana. Jeśli ktoś nie pracuje (a pieniądze rosną u niego w domu na drzewie) to spoko. Ma czas żeby tyle trenować, ale gdy ma na głowie studia, pracę, dom itd. to trzeba mieć niezwykle silną wolę i wiele poświęcić żeby były rezultaty. Chyba pozostanę tylko przy bieganiu i jeśli miałabym coś jeszcze dodać to rower - duathlon wita! Konkretne udziska mam, raczej mocny korpus więc trzeba to wykorzystać.

11 marca 2015

#mygoal

Zostały niecałe 2 miesiące do Wings For Life World Run! Jeśli chcecie otrzymać numer startowy ze swoim imieniem musicie zarejestrować się do 15 marca - zostało niewiele czasu. 100% opłat startowych jest przeznaczonych na badania nad rdzeniem kręgowym, a więc na prawdę warto wziąć w tym udział. Można dołączyć do 3 drużyn z którymi będziemy zbierać kilometry. Ja ponownie biegnę z Adamem Małyszem: klik oraz z Kobiety Biegają: klik
Na razie wersja (chyba) realna - 18 km, ale bardzo chciałabym 21 km. Sok z buraków będzie wlewany litrami. 
Jaki jest Twój cel? Zmierz się z całym światem! Widzimy się na starcie :)


Małe przypomnienie o konkursie i niewielka zmiana: postanowiłam przedłużyć wysyłanie zgłoszeń do końca miesiąca. Sporo ich już dostałam i jestem ciekawa co tam jeszcze macie w zanadrzu. Więcej informacji tu: klik.


26 grudnia 2014

Co mi się udało, a co skopałam

Jest jeszcze parę dni do końca roku, ale postanowiłam to opublikować już teraz - póki mam czas. Kilka razy zabierałam się za ten post, kasowałam, poprawiałam lub usuwałam wszystko w cholerę. Ale obojętnie co bym nie napisała to i tak nie będę w stanie w 100% "przelać na papier" moich przemyśleń dotyczących tego roku. A działo się raczej dużo. Jednak nie zrealizowałam wszystkich swoich postanowień o których pisałam tu: Cele na 2014 rok. Złożyło się na to kilka rzeczy. W większości pierdoły (nie inaczej). ALE:
1. Maturę napisałam jeszcze raz i poszło mi całkiem dobrze. W porównaniu z niektórymi egzaminami na studiach matura jest kretyńsko prosta. 
2.  Na AWF się dostałam chociaż nie na ten kierunek na który chciałam. Dietetykę chciałam później zrobić jako studia podyplomowe, ale że wyszło jak wyszło to zaczęłam teraz. 
3. Z licencjatami wszystko stoi bo zmienili program studiów i cały czas mam problem z jednym egzaminem. Ręce opadają. 
4. Z tym jest tragedia. Odnoszę wrażenie że cały rok przebimbałam chociaż na prawdę się starałam. I w zasadzie skończyło się utrzymaniem wagi. Niby fajnie bo nie przytyłam, ale rok pracy poszedł się walić. 
5. Stresuję się mniej, ale nie do końca. Otworzyłam się na ludzi a w zamian dostałam siarczystego kopa w tyłek. I to nie raz. Jeden z nich był niesamowicie bolesny. Chociaż "bolesny" to za mało powiedziane. To był szczyt chamstwa i prostactwa, a osoba która go zadała chyba nie ma mózgu. Albo myślała nie tym co trzeba. Mimo to poznałam kilka fajny osób - takie rodzynki w tym całym gównie.
6. Tego się chyba nigdy nie doczekam. 

Ale dość tych pierdół i stękania. Ile można? Wolę się zająć czymś przyjemniejszym. Czymś co sprawiło mi radość w tym roku. 
MIEJSCE I - Maraton
Bezapelacyjnie. To najlepsze co mnie spotkało w całym moim pieprzonym życiu. Poważnie. Absolutnie nigdy nic nie sprawiło mi takiej radości. Szczerej, niekłamanej euforii. To był trwający ponad 5 i pół godziny orgazm. Nie sprawdzałam godziny, czy zmieszczę się w limicie, śmiałam się, rozmawiałam z ludźmi na trasie, przybijałam piątki, miałam głęboko w nosie to że moje tempo to dla niektórych szybki marsz, płakałam i świetnie się bawiłam. Nikt mi tego nie odbierze. Codziennie przejeżdżam obok targów i zawsze gdy widzę nabazgrane na asfalcie "42" to aż łzy się cisną do oczu, i jedyne o czym myślę to "Ja na prawdę tyle przebiegłam. Zrobiłam to". Zasłużyłam na ten kawałek złomu czy się to komuś podoba (a zwłaszcza tym którzy uważają że maraton powyżej 5 godzin to nie maraton), czy nie. Możecie mnie cmoknąć w mój wyćwiczony zad i dalej zarzynajcie się na trasie. I tak nie będziecie jak Kimetto czy Kipsang. 
MIEJSCE II - Wings For Life
Znowu bieg. Jednak równie ważny jak pierwszy maraton. Pobiegłam dla tych którzy nie mogą i mam nadzieję że dzięki temu oni kiedyś też staną na starcie. Nie udało mi się doczłapać do 20 kilometra, ale 13 to też dobry wynik. Bardzo to przeżywałam, bo mi też nawala kręgosłup, więc korzystam ile mogę.
MIEJSCE III - Women's Health
Ja w gazecie. I to nie byle jakiej. Gdyby ktokolwiek powiedział mi że pojadę na sesję zdjęciową, i jeszcze o mnie napiszą to bym mu powiedziała że chyba upadł na głowę. Udało mi się coś osiągnąć! Ruszyłam dupsko, schudłam, a gdybym miała nierówno pod sufitem to pewnie każdemu bym wciskała przed nos gazetę, i krzyczała "To ja! To ja!".

I to by było na tyle. Mało, ale nie liczy się ilość a jakość. Można jeszcze tu wcisnąć kierunek na którym mi poniekąd zależało, ale to czy te studia są ciekawe wyjdzie w praniu. 

Jakie mam cele na 2015 rok? Chyba jeszcze bardziej szalone. Jednak po kolei:
1. BF nadal mnie męczy. Już niech będzie chociaż poniżej 20% a później się zobaczy. Bez parcia tym razem. Kiedyś się tego tłuszczu pozbędę. Ważne żebym była zdrowa i sprawna (tym razem już nie nawalę - więcej badań przed biegami)
2. Kwietniowy półmaraton w 1:50-1:55 - bardzo, ale to bardzo wierzę że mi się uda. To nie jest jakiś kosmiczny czas. Już się zarejestrowałam i to tak szybko że mój numer startowy to 110 (elita jest od 1 do 100 także żem jest prawie jak elita) :D
3. 20 km i więcej na Wings For Life - to nie podlega żadnej dyskusji. Przebiegnę tyle i kropka.
4. Złamać 4 godziny na maratonie w październiku - jak najbardziej do zrobienia. A zwłaszcza po takiej ilości żelaza które pochłaniam. Treningi będą już konkretne.

Oprócz tego mam... trochę planów niż celów. Jeden z nich jest szatański. Ale nie wiem czy wypali. Jeśli tak to dowiecie się o tym dopiero jak to zrobię (tak żeby nie zapeszać). W domu mnie po tym chyba przywiążą do kaloryfera :D 

Czy czegoś się nauczyłam? Nie do końca. W końcu leżąc pod kroplówką zapisywałam się na kolejny bieg. 

23 grudnia 2014

Święto Pierogów!

To co? Pora chyba na życzenia czyli: zdrowych, spokojnych, bla bla... ale to już znacie. Jednak ja życzę Wam abyście mieli przy sobie kogoś kto Was szczerze kocha, będzie zawsze wspierał i pomagał, gdy upadniecie. Nie będzie wykorzystywał, niczego wypominał, a pamiętał tylko te dobre chwile. Biegaczom życzę kolejnych życiówek, żadnych kontuzji i zdarcia butów (bo musi być okazja by kupić nowe ;). Targającym żelastwo przyrostu mięśni od kapusty i sernika (niech pójdzie w bicka!).
Wrzućcie na luz przez te 2-3 dni, nie liczcie kalorii i makrosów. Nie spasiecie się od razu do rozmiarów wieloryba. Raz na jakiś czas można zjeść pierogi ze zwykłej mąki, a nie jakiejś amarantusowej czy orkiszowej. To samo z ciastem i innymi potrawami. Takie odstępstwo od diety może przynieść więcej korzyści niż szkód (o ile ma ktoś umiar). 

O 7:00 mam trening - góra + HIIT. Później pochłonę ostatnią czekoladkę z kalendarza adwentowego, wpadnę do domu, wypakuję torbę, przebiorę się, zabieram prezenty i w drogę do babci żeby jej pomóc. Dla mnie na święta istnieje tylko jedno danie - pierogi. Cała reszta to tylko tło :D Tak więc człowiek-pieróg pozdrawia znad talerza i życzy spokojnych świąt. I niech spadnie chociaż odrobina śniegu. 

Tak na koniec - chciałabym z całego serducha podziękować Pat. Gdyby nie Ty to pewnie nie zaszłabym tak daleko. To Ty mnie wyciągnęłaś z domu i zaraziłaś bieganiem. Nie ważne czy było ciepło, czy padał śnieg. Robiłaś ze mną kółka wokół Areny dostosowując swoje tempo do mojego ślimaczego. Nie wiem jak to wytrzymywałaś :D Ale bardzo Ci za to dziękuję!

25 października 2014

25.10.2014

Popijam kawą naleśniki z dżemem truskawkowym i leżakuję. Takiego dnia mi brakowało. Co prawda nauki jest tyle że głowa mała, ale jakoś się tym nie przejmuję. Nie wiem czy to kwestia pogody (szaro, buro, leniwo), czy po prostu nie wstałam dzisiaj lewą nogą... Pełen luz i relaks. Zastanawiam się nad wyjściem z domu i zrobieniu tak z 5-6 km. Smarki mi zamarzną ale odebrałam wczoraj buty. Tak, kupiłam! Ale to nie są żadne z tych o których pisałam w poprzednim poście. Przeglądałam jeszcze internety i moje patrzałki wypatrzyły takie piękności:
Asics, model Hyper Speed 6
Do Asics(ów) podchodziłam jak do jeża. Szukając butów na maraton przymierzyłam wszystkie dostępne w sklepie i jedna wielka masakra - twardy, sztywny zapiętek masakrujący Achillesy i okolice. Decydując się na ten model wiele ryzykowałam, bo nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Ale że kupowałam oczami to stwierdziłam, że najwyżej wytnę ten cholerny plastik. Doczłapałam się do sklepu, pan sprzedawca wyciągnął buty z kartonu i zaniemówiłam. Piękne, lekkie, turkusowe cichobiegi. Od razu je przymierzyłam i jeszcze większy szok - zapiętek nie uwiera, i but bardzo dobrze dopasowuje się do stopy. Wyrwałam je na przecenie: z 349 zł na 199 zł. W dodatku ostatnia para w moim rozmiarze. Taki fuks :D Ważą zaledwie 130 g a drop wynosi 6 mm. Nie pozostaje nic innego jak je przetestować, bo... prawdopodobnie zapisuję się na maraton w Krakowie, który jest 19 kwietnia. Chyba na prawdę mam źle z głową, ale Kraków jest pięknym miastem i zawsze chciałam tam pobiegać. Jeszcze tylko nie wiem jak to ogarnę bo 12 kwietnia jest połówka w Poznaniu, a 3 maja Wings for Life. Mam nadzieję że limitu szczęścia nie wyczerpałam i coś tam jeszcze zostało.
Udanego weekendu! 

22 sierpnia 2014

Muzyka do biegania by LL - część II

Pora na drugą część - bardziej energetyczną, z pieprznięciem, i nadającą tempo. Trochę czasu zajęło mi wybranie odpowiednich piosenek, ale chyba wyszło całkiem dobrze.
David Guetta & Sia to oczywista oczywistość. Ta piosenka na Winter Run III dała mi takiego kopa jak nigdy (Malta, podbieg na mostek za trybunami). Leciałam jak poparzona do mety. Na jednym z porannych treningów (takich bardzo porannych czyli 6:30) podczas przysiadów usłyszałam Black Skinhead. Po głosie rozpoznałam Kanye i po powrocie do domu przeszukiwałam youtube - dorwałam! Niech mi tylko ktoś powie że tu nie ma żadnego rytmu :D Na Audrey Napoleon trafiłam dość dawno przez reklamę chyba Heinekena. Tylko tu leciała piosenka MySunrise. Polecam pozostałe - Poison czy Green +15. O Stromae nie będę się rozpisywać bo to maestro. Klasa sama w sobie. Natomiast przy Brainstorm Arctic Monkeys dobrze się biega jeśli chce się pracować nad kadencją. Można biec szybko, ale stawiać mniejsze kroki i przez to mniej się męczyć. Trening z pierdalnięciem! Jeśli chodzi o Icona Pop oraz Demi Lovato to równie dobre są oryginalne wersje. Jednak jeśli piosenka wpada w ucho to i tak szukam remixy żeby było szybciej/dłużej.
Półmaraton już niedługo a ja nadal zastanawiam się czy biec z muzyką. Nawaliła mi jedna słuchawka i wariuje. Albo muzyka w ogóle nie leci, albo trzeszczy jakbym radio nastawiała, albo dźwięk przeskakuje z jednej na drugą - uszna epilepsja. Oby do tego czasu udało się kupić nowe, a jeśli nie to trudno... jakoś przeżyję bez. Chociaż może to i lepiej? Ostatnie dwa treningi zrobiłam bez muzyki. Przynajmniej słyszałam jak oddycham i mogłam się na tym skupić, bo to też jest ważne - ale o tym w kolejnym poście.

9 sierpnia 2014

9.08.2014

Pakuję się, pakuję... i końca nie ma. Ciągle coś dokładam, wyciągam i nie jestem pewna ile par butów do biegania zabrać. Myślałam o trzech: 1. Saucony na asfalt, 2. Nike w których ćwiczę, ale nadają się na krótkie dystanse, i ostatnie 3. Asics, ale jak mają kaprys to trochę mnie obcierają. Chociaż... po asfalcie raczej biegać nie będę, więc zostaje nr 2 i 3. Zamówiłam we wtorek skarpety kompresyjne Royal Bay, ponieważ chciałam je przetestować no i niestety nie doszły. Zabiorę się za nie dopiero po powrocie. Ale najważniejsze rzeczy mam:
Wyjazd w zasadzie o świcie. Pewnie przez pierwszą godzinę nie usnę, więc zaopatrzyłam się w Runner's World. Może jakoś ten czas zleci i znajdę tam coś co pomoże mi się ogarnąć. Dzisiaj miałam do zrobienia 12 km, a wymęczyłam 8,18 km. Trzy razy musiałam się zatrzymać, bo było mi niedobrze+ból podbrzusza+jakieś dziwne palenie w przełyku (to nie zgaga). Miałam ochotę położyć się gdzieś w krzakach i tam zostać. Ponoć dobre działanie ma sok z buraków - 0,5 l dziennie. Problem polega na tym że nie mam sokowirówki i zastanawiam się czy gdzieś można kupić taki świeży sok bez żadnych dodatków...
Strój kupiłam za porywające 22,50 zł - przecena, przeceny itd. :P Oprócz tego jeszcze "kimono" plażowe żeby zakryć dupsko i w drogę!
A więc znikam - przynajmniej na tydzień.

6 sierpnia 2014

Muzyka do biegania by LL - część I

Nie wyobrażam sobie biegania bez muzyki. Po prostu nie ma takiej opcji, że wyjdę z domu bez słuchawek. Jednak podczas treningu nie dystans jest tu najważniejszy tylko to czego słucham. 5 km czy 15 km... koniecznie rąbanka przeplatana z czymś spokojniejszym + coś motywującego. Za kilka dni wyjeżdżam. Muszę się odstresować i odpocząć (przede wszystkim od płci brzydkiej). Przerwy w treningach nie robię. Biegać będę tylko po innym podłożu. Ale raczej bez muzyki, bo tam nie będzie potrzebna. Muzyką będzie natura ;) Postanowiłam przygotować taką "listę przebojów" które dają mi kopa w betonowej dżungli. Może teraz Wam się przyda i pomkniecie jak te strzały! 
Dzisiaj część pierwsza - bardziej spokojna:
Dużo FMLYBND ale wczoraj ich "odkryłam", tzn. znajomy przesłał utwór Electricity, a ja przesłuchałam resztę i przepadłam... Teraz będę tego słuchać do znudzenia. Jeśli znacie coś w podobnym stylu to podrzucajcie w komentarzach. Chętnie "obadam" i dodam do listy ;)

Post dotyczy czegoś innego, ale muszę się pochwalić pomiarami. W czerwcu waga wzrosła o 0,6 kg + oczywiście spaliło się trochę mięśni. W lipcu katastrofa - schudłam ale ponownie to mięśnie (co z tego że waga pokazała 56,8 kg jak tłuszczu przybyło?). Przez ten tydzień przymusowego odpoczynku przytyłam po raz kolejny. Do 58,8 kg. Nie ukrywam że pozwalałam sobie na więcej jednak organizm się tego domagał (mam silną wolę i umiem odróżnić głód od ochoty na coś, więc nie jadłam "bo tak"). Od 30 lipca muszę robić zdjęcia tego co jem i przygotowywać dokładne raporty z każdego dnia. Od tego momentu waga spadła i najlepsze - WYPRODUKOWAŁAM 1,6 KG MIĘŚNI! Pierwszy raz od prawie półtora roku ich przybyło, a pozbyłam się tłuszczu. I udało się zejść poniżej 22%. Patrzę na te wydruki i cały czas jestem w szoku. Jak widać waga nie jest wskaźnikiem - czerwiec 57,1 kg i 23,4% tłuszczu, - sierpień 57,2 kg i 21,5% tłuszczu. Jest różnica.

16 lipca 2014

A Ciebie co motywuje do biegania?

Nie dopisało mi szczęście jeśli chodzi o rekrutację (na razie), ale w przypadku konkursów jest zupełnie inaczej. Właśnie dochodzę do siebie, bo przed chwilą dostałam wiadomość że wygrałam główną nagrodę w konkursie organizowanym przez Polskabiega. W niedzielę, w gąszczu tych mniej i bardziej sensownych postów na FB, mignęła mi informacja o tym. Było dokładnie tak jak w przypadku sesji do WH - "a co mi tam! Coś naskrobię i może się uda". No i się udało. Na czym to polegało? Wystarczyło krótko uzasadnić co nas motywuje do biegania. Można było przesłać zdjęcie, film, piosenkę... co tylko się chciało. A do wygrania było sześć pakietów biegowych w serwisie motivato.pl:
- Jeden Coach Pro (miesiąc): opieka trenera. Ma on wgląd w treningi i aktywności. Na ich podstawie będzie wyrażał opinię i rozpisywał indywidualny plan treningowy
- Dwa Motivato Smart (trzy miesiące): inteligentne plany treningowe, które będą się dopasowywać do postępów
- Trzy Motivato Smart (na miesiąc)
Pierwsza myśl? Oczywiście ta piosenka:
Zawsze chce mi się płakać jak to słyszę i mam ochotę iść biegać w tym co akurat mam na tyłku. Nawet w piżamie :D 
Jestem bardzo ciekawa jak ten mój plan będzie wyglądać. Zaraz po zgłoszeniu zarejestrowałam się na tej stronie z ciekawości. Wizualnie rewelacja. Wszystko jest jasne, czytelne i takie kolorowe ^^
Treningi są widoczne na takiej zasadzie jak w endomondo (i można go nawet połączyć z motivato + pobrać wszystkie aktywności). Po rejestracji wypełnia się krótką ankietę czyli preferencje treningowe - podaje się wzrost, wagę, tętno spoczynkowe, maksymalne, ile treningów chcemy zrealizować w tygodniu, oceniamy swoją wytrzymałość itd. Na tej podstawie układany jest nasz plan. Następnie podajemy swój cel oraz planowany czas:
To co widzicie czyli 03:55:38 w przypadku maratonu i 01:59:55 dla półmaratonu to nie przypadkowe czasy - śnią mi się od momentu zapisu na oba biegi. Dokładnie co do sekundy. Podczas treningu mam przed oczami te cyferki. Przerażający jest ten upływający czas... bo za te 87 dni stanę na starcie:
Start mam dosłownie rzut beretem od miejsca mojego zamieszkania (szybkim marszem mniej niż 10 minut).
Kolejną fajną rzeczą na stronie jest zakładka z wynikami. Są cały czas pobierane, aktualizowane i mamy szybki dostęp do odbytych już biegów. Jeśli czegoś nie ma to można to bez problemu dodać. Wings For Life musiałam sama w klepać bo wyświetlało się 0 km. 
No i na samym końcu prognozy wyników na podstawie treningów i życiówek. Tutaj wychodzi 04:23 dla maratonu, ale zakładam maksymalnie 04:30, więc nie tak źle. 
Wydaje mi się że plan treningowy ułożony na podstawie podanych przeze mnie danych jest całkiem sensowny, i gdybym nie wygrała tego pakietu to na pewno bym się go trzymała. Ale zobaczymy co mnie teraz czeka ;)

12 lipca 2014

I Nocna Maniacka Piątka

Wczoraj odbyła się I Nocna Maniacka Piątka na którą zapisałam się (jak zwykle) przez przypadek. Dystans do pokonania, jak sama nazwa wskazuje, to całe 5 km. Biuro zawodów było czynne od 18 do 21, ale byłam na miejscu jakoś o 20:30, bo co miałabym tam robić? I tak odbiór numeru poszedł bardzo szybko i przez kolejną godzinę + 20 minut nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Zabijałam czas słuchając muzyki i szwendając się z kąta w kąt żeby nie zamarznąć (tak, było zimno, miałam na sobie kurtkę i cała się trzęsłam). Jakoś o 21:30 oddalam rzeczy do depozytu i zaczęłam rozgrzewkę. No i o 22:00 start. Ruszyłam jak zwykle dość szybko – nadal nie potrafię wolniej. Ale to było tempo ok. 10 km/h. I w zasadzie stopniowo przyspieszałam. Jednak całość wyglądała mniej więcej tak: Start! Biegnę, biegnę, biegnę, biegnę i… biegnę. Jak długo jeszcze? Jest! 1 km. Człapię się dalej, i dalej. %#@%^#! Ile można?! 2 km. Dalej już było z górki i te oznaczenia dystansu pojawiały się szybciej. Mniej więcej od 3 km przyspieszyłam konkretniej. Mijając 4 km, przed trybunami jest niewielki zegar pokazujący datę i godzinę. Patrzę a tu 22:21. Szok. Pomyślałam że jak docisnę to zmieszczę się w 27 minutach i poprawię czas. To lecę… Zwolniłam odrobinę na podbiegu przed mostkiem, ale później leciałam jak poparzona chociaż pojawił się bardzo nieprzyjemny ból brzucha i zrobiło mi się niedobrze. Jednak nie zwalniałam. Jestem kilka metrów przed metą, patrzę na czas a tam co? Pieprzone 30 minut! Pytam się – jak?! Jak do cholery 30 minut?! Jestem pewna że cały dystans pokonałam szybciej niż 6:00 min/1 km. Żałuję że nie wzięłam ze sobą telefonu żeby sama zmierzyć czas. Wynik? 30:41 (30:27 netto). Niemożliwe, nie zgadzam się i koniec.
Jeśli chodzi o „pakiet startowy” to każdy dostał numer startowy, oczojebne opaski na rękę/nogę/zapnij gdzie chcesz + świecące, fluo badyle (które nadal się święcą a minęła prawie doba). Na mecie obwieszali nas dość nietypowymi medalami czyli taką mrugającą żaróweczką (menda też nadal działa. Mam nadzieję że nie dostanę jakiegoś wstrząsu od tego migania). 
Oprócz tego można było dostać coś do zjedzenia i picia (piwo lub napój), ale nie skorzystałam bo ostatni tramwaj miałam o 22:51, więc jak tylko wpadłam na metę to od razu poszłam do depozytu po rzeczy i naginałam na przystanek. A poza tym piwo to ja wypiłam przed biegiem :P

Było fajnie chociaż biegłam sama, ale to już chyba tradycja powoli. Kolejny start dopiero we wrześniu. A teraz muszę zmodyfikować znowu cały plan i wprowadzić trening siłowy 4 razy w tygodniu + bieganie. 
Nawet znalazłam się na jakimś zdjęciu - po lewej takie małe z numerem 401 :P
(Źródło: lepszypoznan.pl)

27 czerwca 2014

Women's Health 4/2014

Po raz kolejny napiszę o Women's Health, ale tym razem nie będzie to przegląd artykułów, co mi się podoba, a co nie ponieważ jest tam coś o wiele lepszego czyli...
JA! Tak! Jestem w nowym, lipcowym numerze Women's Health! Ta sierota życiowa i wieczna pesymistka.
Żeby nie było wątpliwości - to samo zdjęcie "przed" jest w tym poście: klik. Siedziałam jak na szpilach bo nie wiedziałam czy będę w tym numerze czy dopiero w kolejnym, ale wczoraj ukazał się podgląd wydania na stronie WH i okazało się że to ten. Rano prawie biegłam do kiosku. 
Ale od początku... Jakoś w lutym Women's Health ogłosiło akcję Klub bez balastu. Byłam w trakcie sesji a więc wiadomo że humor raczej do niczego. Wróciłam do domu i zobaczyłam na facebooku informację o Klubie. Stwierdziłam "a, co mi tam, pewnie i tak mnie nie wybiorą bo będą lepsze historie". Jednak zgłoszenie wysłałam i zupełnie o tym zapomniałam. Jakoś po niecałym miesiącu zadzwonili do mnie. Pierwsze połączenie zostało zerwane bo coś przerywało i usłyszałam tylko że dzwoni XY...z magazynu... Zastanawiałam się o co chodzi. Składałam kilka CV, ale nie przypominałam sobie żebym zgłaszała się do pracy w magazynie. Drugi telefon i już wszystko jasne. Zaproszono mnie na sesję zdjęciową która odbyła się pod koniec kwietnia we Wrocławiu. Trzymałam wszystko w tajemnicy tak w razie czego, bo głupio by było gdyby się rozmyślili. Jeszcze nigdy nie miałam na twarzy takiej ilości podkładu i cieni do powiek. Chyba robienie makijażu zajęło więcej czasu niż sama sesja. Wszystko odbyło się sprawnie i w bardzo fajnej atmosferze. Na początku miałam problem z mimiką - cały czas spięta twarz. Ale to było po prostu powstrzymywanie się od wybuchnięcia śmiechem. W końcu to pierwsza sesja. Mimo to jestem bardzo zadowolona z efektu. Tekst jest krótki, ale do dyspozycji była niecała strona. Jednak chyba najważniejsze informacje są w nim zawarte. Aż musiałam to uczcić szklanką półsłodkiego, czerwonego wina (nie mogłam znaleźć kieliszków).
Na koniec mała uwaga do wszystkich pań - nie ważne czy zrzuciłyście 5 czy 25 kg. Bądźcie z siebie dumne! Nigdy nie zmieniajcie się dla kogoś. Macie się podobać sobie, a inne mają Wam zazdrościć ;)

11 maja 2014

Jakie buty do biegania będą dla mnie odpowiednie?

Każdy początkujący biegacz zadaje sobie to pytanie. Tylko co dalej? Można obskoczyć wszystkie możliwe sklepy, zmierzyć każdy model czy poszukać opinii w internecie. Jak już udało się coś wybrać - te jedne, jedyne, najwygodniejsze i najpiękniejsze, to nie ma na co czekać - w teren! Teoretycznie. Ile z Was kupiło buty tylko dlatego że były ładne, są modne i każdy je nosi (m.in. popularne Nike Free Run)? Pytanie kieruję głównie do pań, ponieważ bardzo dobrze wiem, że to jest jedno z najważniejszych kryteriów wyboru (też tak czasem robię). Jednak są rzeczy które nie mogą być tylko ładne, ale muszą być odpowiednio dopasowane i spełniać swoją funkcję. Tak jest w przypadku butów do biegania. Prawdopodobnie to słomiany zapał, nie wiesz czy bieganie ci się spodoba, więc po co wydawać pieniądze? Właśnie dlatego żeby się nie zniechęcić. Każdy od czegoś zaczynał. Ja od Nike Sprint Sister V - model biegowy z 1974 roku. Ta "przyjemność" biegania w butach o cienkiej, niemal papierowej podeszwie kosztowała mnie ok. 200 zł.
Od czego powinnyśmy zacząć? Najlepiej jest poszukać sklepów specjalistycznych, ukierunkowanych właśnie na bieganie, które oferują badanie stopy. Szukając odpowiedniego obuwia powinniśmy brać pod uwagę:
1. Rodzaj stopy - może być ona neutralna, pronująca oraz supinująca (z odchyleniami). Nie będę ich opisywać, ponieważ te informacje można bardzo łatwo znaleźć.
2. Dystans - krótkie, średnie lub długie.
3. Podłoże - asfalt/teren itd.
4. Masa ciała - biegacze z kilogramami na plusie powinni wybrać buty z amortyzacją.
Warto też odwiedzić kilka takich miejsc. Dlaczego? Przytoczę przykład znajomego:
- Sklep 1: sprawdzenie rodzaju stopy na bieżni, wcześniej szczegółowy wywiad dotyczący kontuzji oraz pytania o przeznaczenie butów. Co się okazało? Silna pronacja i potrzebne są buty z konkretną amortyzacją żeby noga nie przechylała się do środka.
- Sklep 2: sprawdzenie rodzaju stopy na skanerze. Tutaj wyszło że jest neutralna z lekką pronacją. Mimo to zaproponowano modele dla każdej stopy (!). Gdy znajomy założył buty to już podczas chodzenia było widoczne silne przechylanie do wewnątrz. A co by było podczas biegania?
W sklepie nr 1 uzyskaliśmy sporo informacji i sprzedawca na prawdę znał się na tym. Natomiast w sklepie nr 2 raczej chodziło o wciśnięcie jakichkolwiek butów, wszystko w pośpiechu, totalny olew bo przecież następny klient czeka i trzeba go naciągnąć.
Robiłam kilka diagnoz przez internet żeby mniej więcej zorientować się co i jak. Za każdym razem wychodziła mi stopa neutralna w kierunku supinującej. Pierwsze buty które kupiłam to Asics Blackhawk 5 dla stopy neutralnej. Kolejne, Nike Flex Experience RN, chyba też są dla neutralnej ale raczej dla osoby która stawia stopę na palcach bo właśnie tam są wzmocnienia. Po ostatnim bieganiu Asicsy mnie obtarły + ucisk w przegubie. Bolało przez kolejne 3 tygodnie. Natomiast długie dystanse z Flexami powodują ból stóp zaraz pod palcami + pięta. W związku z tym że mam trochę źle z głową i biegnę w październiku w maratonie uznałam, że nowe buty są mi potrzebne. Na gwałt! Ale już dobrze dopasowane. Wybrałam się do sklepu nr 1. Jak zaczęłam wymieniać wszystkie dolegliwości to myślałam że sprzedawca się przewróci, a jak dodałam że muszę przeżyć w tych butach maraton to już prawie leżał. Poniekąd się nie myliłam. Mam stopę neutralną ale lewa ma lekką pronację. Podczas biegania zupełnie tego nie czułam że coś ucieka, a na nagraniu wyraźnie widać że jest niewielkie skrzywienie do wewnątrz. A więc dobra amortyzacja potrzebna. Dostałam do przymiarki trzy modele firmy Saucony (słyszałam, ale jeszcze nigdy nie miałam na nogach): Phoenix 7 (klik), Guide 7 oraz Omni 12 (klik). I znalazłam to co chciałam... Wszystkie są niesamowicie wygodne i moje stopy je pokochały. Dostałam też Asics GT-1000 (chyba), ale jak to Asics... Napchane gąbki w pięcie tyle że musiałabym je długo rozchodzić, i noga znowu była by poodzierana. Zresztą od razu jak je założyłam to uciskały na przegub. Oprócz tego jeszcze Mizuno ale stopa się z nimi nie polubiła. Jakieś takie niewygodne i płaskie. Wybrałam model Phoenix 7 ze względu na dobrą amortyzację i wygodę (myślałam że Nike Flex są wygodne, ale to jest mistrzostwo świata), ale też spodobał mi się kolor no i bardzo pasuje nazwa - jak się doczłapię do mety to będą zbierać moje pozostałości, a później się odrodzę. I te sprawy :D Wyglądają trochę topornie, ale one nie mają być piękne tylko nie masakrować stóp.
Przetestowałam je wczoraj na bieżni przez ok. 10 minut i biega się świetnie. Czuję się jakby poniżej palców były jakieś poduszeczki :D Dzisiaj miał być konkretny test w terenie, ale jutro matura z biologii. Wypadałoby na szybko coś powtórzyć, a błękitne Feniksy nie uciekną.

Zakup powinien być przemyślany. Nie musisz od razu wydawać połowy wypłaty na buty z super zaawansowanymi technologiami (które i tak za bardzo nie są potrzebne). Wystarczy trochę poszukać i kupić coś ze starszych kolekcji. Z czasem można zainwestować w lepsze (np. amortyzacja ma swoją żywotność więc i tak po xxxx km konieczna jest wymiana obuwia). Bieganie to nie pokaz mody (to samo tyczy się ubrania). Nie rób krzywdy swoim stopom, a na pewno będą ci wdzięczne :) 

5 maja 2014

Podsumowanie: Wings for Life

Powoli dochodzę do siebie fizycznie, ale emocje nie opadają. Cały czas jestem w stanie jakby euforii chociaż wczorajszy wysiłek dopiero zaczyna wychodzić - krótka wyprawa do sklepu i już ból brzucha (niby kolka), a żołądek z nieznanych przyczyn się buntuje. Wczorajszy poranek był piękny. Trochę wiało ale wyszło słońce i nie grzało za mocno. Pogoda idealna!
Przyjechałam na Maltę wcześniej, bo chciałam się spotkać z Małyszem (za dzieciaka oglądało się każde skoki - nawet te w nocy), ale przegapiłam. Nie wiem jak ale to zrobiłam :D Przez to niesamowicie zmarzłam, bo pojawił się silny wiatr. Nie pomogły mi nawet dwie bluzy (w tym jedna termoaktywna). Szczęka aż mi się trzęsła. Trafiłam do ostatniej strefy F jednak nie było wielu osób (ok. 1200), i minutę przed startem usunięto taśmy dzielące, więc na upartego można było się przedrzeć dalej. Na początku mały ścisk i kilka razy mnie potrącono łokciem (ciężko było powiedzieć przepraszam), ale później wyprzedziłam te osoby :) Pierwsze 5 km biegłam raczej poniżej 6 min/1 km i nie było tragicznie chociaż znowu pojawiły się myśli typu "chyba oszalałam, kończę". Dopiero podbieg na Królowej Jadwigi mnie zmęczył, ale i tak się nie spociłam (jakoś na 8 kilometrze poczułam że coś spływa po twarzy). Nachylenie nie było duże, ale to się ciągnęło dość długo. Później już w zasadzie z górki aż do ulicy Głównej. Na mniej więcej 10 kilometrze pojawiła się kolka. Trochę zwolniłam i myślałam że przejdzie, ale niestety rozwinęło się na cały brzuch. Nie wiedziałam czy kontynuować, zatrzymać się, usiąść... Coś okropnego. Musiałam biec wolniej. Nie spodziewałam się czegoś takiego, bo zjadłam odpowiednio wcześniej śniadanie, w drodze na Maltę jeszcze banan i do tego woda+BCAA. Wszystko zdążyło się "uleżeć" przed startem i nie ciążyło. Gdy zobaczyłam budynek Nivea od razu pojawił się uśmiech na twarzy - jest! 15 km! Biegnę, biegnę... słyszę że samochód już niedaleko. Trochę przyspieszyłam, a tu 11 km i samochodu nie ma :D Lecę dalej i teraz już faktycznie jechał. Złapał mnie na 13 kilometrze, a dokładniej 13,23 - jakoś po godzinie i 20 minutach. Już nie wytrzymałam i popłakałam się. Nie przebiegłam tyle ile chciałam, ale i tak dużo zrobiłam. Zresztą od samego startu cisnęły mi się łzy do oczu. Zwłaszcza jak puścili kilka minut przed oficjalną piosenkę biegu.
Jak już pisałam we wcześniejszych postach, podchodzę do tego biegu bardzo emocjonalnie, bo siada mi kręgosłup i może ci sami ludzie pobiegną kiedyś dla mnie. Nie chciałam ich zawieść. Poniekąd to zrobiłam, ale kolka to wredna menda i nie dałam rady nic z tym zrobić. Mimo to jestem zadowolona bo do tej pory nie udało mi się przebiec takiego dystansu bez zatrzymania (niedawno zrobiłam 13 km, ale konieczne były przerwy na światłach).
Każdy otrzymał po biegu medal - dopiero mój drugi, ale i tak najważniejszy (chyba że uda mi się ukończyć maraton poniżej 4 godzin :P)
Po biegu skusiłam się na makaron z zielonym pesto, a do domu zabrałam sałatkę bo już nie miałam więcej miejsca :P Co prawda nie przepadam za sałatą, bo dla mnie to trawa bez smaku, ale ta trawa w połączeniu z pomidorkami koktajlowymi, serem żółtym i sosem żurawinowym (!) była pyszna. Muszę poszukać tych sałatek bo to było niesamowite doświadczenie dla moich kubków smakowych. Nie spodziewałam się że żurawina będzie pasować (i mogło by jej być trochę więcej). Sałatki są firmy Fit&Easy a wyglądają tak:
Zawinęłam się folią którą dali nam po wyjściu z autobusu, a mimo to marzłam. Było mi tak zimno że zdecydowałam się założyć legginsy i przebierałam się na trybunach :D Pochłaniając makaron oglądałam relację na telebimie. Pokazali reportera TVN24 który biegnie obok swojego kolegi (też reporter stacji), i pyta go ile przebiegnie. Odparł że tyle ile da radę, a następnie przekręcił słowo "maraton" na "makaron". Chyba już myślał o tym co go czeka jak skończy :) Siedziałam tam do końca aż ostatnią osobę nie dogonił samochód - gratulacje dla Grzegorza Urbańczyka!
Jeszcze na koniec kilka słów o pakiecie startowym. Dostaliśmy:
- puszkę Red Bulla
- izotonik
- butelkę wody
- bandanę techniczną z logo Wings for Life (chciałam ją założyć na nadgarstek do wycierania twarzy, ale nie potrafiłam rozgryźć jak to cudo się zakłada)
- torbę New Balance (to białe z logo)
- zniżkę na zakupy na stronie New Balance
- numer startowy
- koszulkę
- worek w którym to wszystko było (przezroczysty z napisami)
A tak prezentowałam się na 10 kilometrze (to szare z rozdziawioną gębą :D):
(Źródło: porywacz zwłok FB)
(Źródło: Tomasz Szwajkowski FB)
(Źródło: Tomasz Szwajkowski FB)
Strzelałam trochę lepsze miny niż jak na Winter Run III :D Na razie tylko tyle zdjęć znalazłam, ale może jeszcze coś się nawinie.
Za rok rozwalę system i będzie przynajmniej dwa razy tyle! Termin już jest znany - 3 maja 2015. I chyba też Poznań (oby). Opłata startowa jest niemała, ale ten bieg jest wart każdej złotówki. Wspomnienia pozostaną na długo, bo czegoś takiego nie da się zapomnieć i opisać tego co się czuje. W
rankingu światowym kobiet zajęłam 5333 miejsce (wszystkich uczestników było 35 397 ale nie wiem ile kobiet) natomiast w Poznaniu już lepiej bo 272 miejsce :)
Pozdrawiam panów policjantów kierujących ruchem na pl. Mickiewicza którzy nawet nie wiedzieli że zabezpieczają trasę biegu i stękali :) oraz kierowców oraz innych narzekających na zablokowanie miasta na kilka godzin (bo przecież trzeba kupić nowe skarpetki i paczkę czipsów). Oby nikogo z waszej rodziny nie spotkała tragedia, i nie zostali przykuci do wózka - wtedy pewnie też pobieglibyście dla nich a nie wiecznie psioczyli. Dziękuję kibicom na trasie! Nie było Was wielu ale i tak dużo pomogliście :)

29 kwietnia 2014

Podejście trzecie, ale nie ostatnie: Women's Health

Po przeczytaniu dwóch pierwszych numerów WH miałam mieszane uczucia. Zrobiłam sobie przerwę i kolejnych nie kupiłam. Jednak wczoraj otrzymałam najnowszy, majowo-czerwcowy numer (3). Wracałam z Wrocławia i miałam przy sobie tylko vademecum z biologii, więc gazeta spadła mi z nieba. Pierwszy raz przeczytałam ją od deski do deski i się nie nudziłam. Nie pominęłam nawet tych kilku stron dot. kobiety WH, którą tym razem jest Shakira (czy tylko ja odnoszę takie wrażenie że ona w ogóle się nie starzeje? A nawet wygląda coraz lepiej?). 
Jak widać, jeśli chodzi o okładkę, nic się za bardzo nie zmieniło - nadal poruszane są tematy jak uzyskać płaski brzuch, jędrną pupę itd. Odniosłam wrażenie że jest trochę mniej (h)amerykańskich naukowców i specjalistów oraz pojawiają się konkrety - zwłaszcza jeśli chodzi o ćwiczenia. Nie ma żadnego pitu-pitu bez obciążenia. Jest wiosłowanie, wyciskanie a nawet TRX (chociaż tutaj troszkę bieda bo tylko 4 ćwiczenia). Dodatek "Osobisty Trener" jest na papierze typowo "gazetowym" jak np. Gazeta Wyborcza - uważam że całe wydanie mogło by być takie. Ale ja należę do tych osób, które czytają książki w wersji papierowej i nigdy nie przekonają się do e-booków. Wolę zapach kartek i tuszu niż przegrzanego urządzonka do czytania :P (i tak, wolę targać w walizce kilka egzemplarzy i skończyć ze skrzywieniem kręgosłupa)
A tu bardzo przydatne informacje dla pań które nadal boją się ciężarów większych niż 2 kg:
W tym numerze pojawił się tekst o butach biegowych, treningowych czy w teren. Fajnie że to poruszyli ale bardzo ogólnikowo. Raczej chodzi tu o pokazanie nowości, a szkoda - warto by napisać coś o rodzajach stopy i dobieraniu odpowiedniego obuwia. Często je kupujemy dla samego wyglądu, a później płacz, bo coś boli podczas biegania/treningu. Sama niedługo wybieram się na mały rajd po sklepach żeby znaleźć dobre paputki na maraton, i mam listę miejsc w których robią badanie stopy (np. Świat Biegacza na ul. Kanałowej w Poznaniu, robią też coś takiego w Runner's Club na ul. Piątkowskiej ale ludzie którzy tam pracują niezbyt się na tym znają, bo osobie z nadmierną pronacją proponowali buty neutralne/dla każdej stopy...).
Jest też całkiem ciekawy artykuł dotyczący wagi idealnej i wzór na obliczenie zapotrzebowania kalorycznego (dość skomplikowany). Policzyłam i wyszło mi takie coś:
Prawie dobrze :P bo w tej chwili zjadam ok. 1700 kcal. Brakuje tylko jednej rzeczy - makroskładniki! Jak już wiemy ile powinnyśmy jeść, możemy dopasować sobie trening z kolejnych stron i wybrać coś z przykładowego tygodniowego jadłospisu. Być może z niego skorzystam żeby urozmaicić swoją dietę, ale na razie przerażają mnie ziemniaki i makaron na kolację - ryli? Na redukcji to raczej nie przejdzie. No chyba że ktoś ćwiczy w godzinach wieczornych. Ale i tak miszczostwo świata w jedzeniu trawy osiągnęła Magdalena Popławska ze swoją wegańską fit-sałato "dietą". Je aż trzy razy dziennie a kalorii jest tyle że szał :D Umarłabym z głodu. Na śniadanie kawa z sałatką bananowo-jabłkową, później zupa z soczewicy a na kolację sałatka z pomidorów i awokado. Jedyne kaloryczne rzeczy to orzechy, słonecznik, daktyle... ee i to wszystko. 
Na koniec jeszcze jedna rzecz - porównanie batoników musli oraz krótki tekścik o izotonikach. A więc... izotoniki są dobre dla osób które na prawdę naginają na siłowni, treningi są długie oraz intensywne - na redukcji najlepiej woda. Jak widzę te wszystkie królewny które okupują bieżnie/rowerki/orbitreki (tempo takie żeby się nie spocić) oraz maszyny "ginekologiczne", a do tego popijają jakieś Oshee to ręce opadają. To co uda im się spalić zaraz nadrobią tym kolorowym napojem i to jeszcze z nawiązką. Natomiast jeśli chodzi o batoniki to ok. Można takiego zjeść, ale od czasu do czasu (po konkretnym wysiłku). Tylko niech to nie będzie ten sklepowy! Często na siłowni można kupić batony energetyczne które w składzie mają mniej syfu. 

Jestem usatysfakcjonowana i kolejny numer na pewno wpadnie w moje ręce, ale czy to będzie ten następny to jeszcze nie wiem, bo szykuję suprajs :D