Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maraton. Pokaż wszystkie posty

16 października 2017

18. Poznań Maraton

Dwa dni przed startem: zero stresu. Dzień przed: tak samo. W dniu startu: pełen luz! Jedyne czego się obawiałam to pogoda. Przecież jest pa(i)ździernik, a tu 20 stopni. Słońce przebijało się przez chmury i było bardzo ciepło. Wiedziałam że jeśli przygrzeje to zagotuję się już po 5 kilometrach i padnę jak mucha. Całe szczęście słońce przegrało i przez kilka godzin siedziało grzecznie za chmurką. O 8:30 tradycyjnie zdjęcie wkurw_team, a na 8:45 umówiłam się z mamą pod Sheratonem. 8:43 a jej nie ma. Zadzwoniłam, była już przy Święcickiego, więc powiedziałam że pójdę do toalety i niech poczeka na mnie na miejscu. Wyszłam, nie ma jej. Panika! Znowu dzwonię. Okazało się że nie chcą jej przepuścić. Dotarłam na początek stref i error: barierki i też nie przejdę. 8 minut do startu a ja z workiem w ręce. Przeszłam przez ogrodzenie w strefie 3:10, dobiegłam do linii startu i niestety tu też problem bo barierki. Złapałam kogoś z obsługi, zapytałam czy jest szansa dostać się na drugą stronę, bo wie pan, zaraz start, mama czeka, a ja z rzeczami... Wzięli ode mnie tobołek i zanieśli jej. Ulga, wróciłam do swojej strefy i zorientowałam się że nie mam żeli. Dwa miałam przy pasku, ale reszta została w worku. Żeby mnie jeszcze bardziej dobić okazało się że start opóźniono o ponad 50 minut. Organizatorzy robili co mogli żeby nas jakoś zająć (trzy razy rozgrzewka), a w pewnym momencie inicjatywę przejął Mezo i zaśpiewał "Życiówkę". Było mi wstyd stojąc w tym tłumie, bo jak tylko zapowiedzieli że zaśpiewa to ludzie zaczęli gwizdać. Rozumiem irytację (sama byłam zła, powoli robiłam się głodna), ale to nie jego wina że stoimy. W końcu ruszyliśmy. Całe szczęście mama czekała na przystanku. Zbiegłam na bok i wygrzebałam te cholerne żele (w dodatku sznurek od worka się zaplątał i nie mogłam go otworzyć). Do 10 kilometra było jeszcze znośnie, ale na Wildzie dotarło do mnie że jednak nie zrobię życiówki i nie poprawię czasu nawet o minutę. Od 20 kilometra aż do Sołacza ściana. Chciałam zejść z trasy. Na 33. popłakałam się widząc różową strefę kibica i dziewczyny z Kobiety Biegają. Wydukałam tylko że już nie mogę. Wtedy Zuza krzyknęła "ukończyłaś Chudego, dasz radę!". Wróciła moc chociaż część podbiegu na św. Wawrzyńca przeszłam. Na 37 kilometrze czekał Łukasz z piwem: jak to smakowało! A kawałek dalej zobaczyłam znajome legginsy. Podbiegłam i okazało się że to Marta. Chwyciłam ją za rękę i zapytałam co się stało, bo miała łamać 4 godziny. Niestety nogi ogłosiły bunt. Ale dała radę i dobiegła pomimo kryzysu! Ostatnie 3 kilometry ciągnęły się jak guma od gaci. Znam trasę, bo wiele razy tamtędy biegałam, ale nigdy podczas treningu to się tak nie wlokło jak wczoraj. Nareszcie rondo, Chemik, płot targowy, niebieski dywan, meta i... nic. Szłam a właściwie toczyłam się w bliżej nie określonym kierunku. Byle przed siebie. Nogi z ołowiu i pustka w głowie. Wzięłam kubek wody, muffinkę, stanęłam gdzieś na środku strefy żarciowej dla biegaczy, i mieliłam beznamiętnie tę bułę wypatrując przy okazji mamę i Paulinę. Po kilku minutach ruszyłam po medal. I tam stała mama. Podeszłam, przytuliłam ją i zaczęłam znowu płakać. Byłam zmęczona jak nigdy. Powiedziała tylko "i po co ci to było?", - "bo korona". I kolejna porcja smarków... Znowu nie mogłam się schylić żeby wyplątać chip. Ale musiałam się ogarnąć bo przecież trzeba było zrobić zdjęcie z całym złomem:
6 miesięcy, 5 maratonów i wymęczona Korona Maratonów Polskich. Większość osób (tych normalnych) robi to w 2 lata, ale ja się uparłam. Zresztą to nie jest jakiś specjalny wyczyn. Gdybym każdy maraton zrobiła w czasie poniżej 3:45 to można powiedzieć że to już jest coś. W moim wykonaniu to było klepanie grubo powyżej 4 godzin.
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka Kobiety Biegają
- 4x żele Nutrend (2x cola z kofeiną i 2x pomelo)
Podsumowanie:
- czas netto: 4:26:31
- brak otarć i innych urazów

Sprawdziłam międzyczasy na STS i żyłka mi strzela, bo biegłam na czas 4:10-4:14, ale zmęczenie zrobiło swoje. I tak dobrze że w porównaniu do poprzednich startów miałam obsuwę tylko 7 minut. 

Jeśli chodzi o organizację to poświęcę temu osobny post - zbiorę w całość wszystkie 5 maratonów wchodzących w skład KMP. Ale tak pokrótce: to pierwszy czasowy poślizg w Poznaniu w przypadku startu i przymykam na to oko, bo wg mnie to wciąż najlepiej zorganizowany bieg w Polsce. Odbiór pakietu, expo, zawartość pakietu, punkty odżywcze, strefa mety... tutaj wszystko jest na tip top. Dlatego jeśli ktoś pierwszy raz biegł w Poznaniu to mam nadzieję że jednak wróci ponownie, bo warto!

1 października 2017

39. Maraton Warszawski

Ten start stał pod dużym znakiem zapytania, ponieważ przez cały tydzień po wrocławskim maratonie męczyłam się z zawalonymi zatokami. Pochłaniałam spore ilości czosnku, miodu, cytryny i imbiru żeby tylko to cholerstwo przeszło. Całe szczęście udało się wyleczyć, ale małe osłabienie zostało.
Do Warszawy przyjechałam w godzinach popołudniowych i czekał mnie ten sam "rytuał" co dwa tygodnie temu: walizka do hostelu i spacer po pakiet. Postanowiłam skorzystać z ładnej pogody i przejść się te 5 km na Torwar gdzie znajdowało się biuro zawodów. Jak bardzo podniosło mi się ciśnienie po wejściu... Boksy wystawców ustawiono w taki sposób, że trzeba było obejść wszystko żeby dostać się po pakiet. Dzikie tłumy, pełno spacerowiczów, a pomiędzy nimi lawirowałam ja. Wściekła i głodna. Bo ja tylko po pakiet, nic nie kupuję, chcę go odebrać i wyjść, ale nie! Gdy już udało mi się przedostać przez ten tor przeszkód, doznałam jakiegoś zaćmienia, i zamiast podać wolontariuszowi swój numer startowy to pokazałam dowód. I stałam jak cielę.
W hostelu też nie było za ciekawie. Oprócz osób z obsługi byłam raczej jedyną osobą mówiącą po polsku. Pokój dzieliłam z Azjatką i trzema dziewczynami z Hiszpanii (chyba). Nawet o 6:00 rano miałam problem z dostaniem się do łazienki, a chcąc wyjść odbiłam się od drzwi. Za cholerę nie mogłam ich otworzyć i pół przytomna, o godzinie 7:30 stoczyłam walkę z żelastwem. Na start też dotarłam o własnych nogach, bo miałam niecałe 3 kilometry. Przed tradycyjne zdjęcie wkurw_team, a później sprint z walizką do depozytów. Były to samochody DPD i każdy na numerze startowym miał informację do którego dostawczaka ma oddać rzeczy.
Start mało efektowny. Puścili "Sen o Warszawie", ale jakoś specjalnie mi nic nie urwało. Przebiegłam pod dmuchaną bramą, odpaliłam zegarek no i znowu się zaczęło. Trasę sprawdziłam wcześniej ale na zasadzie "tu jedna prosta, tu druga, zakręt, zawijas i meta", rzuciłam okiem na profil i tyle. Wolałam nie wiedzieć co mnie czeka. I całe szczęście! Maraton Warszawski przebił trasę z Wrocławia jeśli chodzi o nudę. Tu nie działo się nic! Czułam się jakbym biegła po jednym, wielkim blokowisku, co jakiś czas wybiegając na jakąś ekspresówkę. Między 10 a 11 kilometrem nastąpiło zwężenie do 2-3 metrów, i to wyglądało jakby nas wyrzucili poza miasto. Jedynym fajnym fragmentem trasy był ten przez Łazienki. Tu było na prawdę super. A później znowu ekspresówka. Maraton w skrócie, czyli rozmowa ze sobą:
- start: niechcemisie
- do 6-8 km: ale fajnie! Spartanie Dzieciom i muzyczka gra!
- 10-11 km: co to kurwa za chaszcze? Gdzie ja jestem?
- 13-15 km: to jakieś miasto w mieście jest? Jaka ta świątynia paskudna
- 20-21 km: w startówkach po piasku?! Znowu?! Ale fajne chińskie lampiony! 
- 25 km: przybijam piątkę ze starszym panem zabezpieczającym trasę - przecudowny człowiek i sprawił że zaczęłam się uśmiechać
- 30 km: no to jest jakiś żart! Miało być płasko a tu podbieg na jakiś cholerny wiadukt!
- 31 km: serio?! Ale SERIO? Tam na dole jest meta? Może wskoczę do Wisły i przepłynę ten kawałek? Albo nie... bo to mi zajmie więcej czasu niż przebiegnięcie tych 11 kilosów. O! Cieć i ekipa! Słońca moje!
- 32-41 km: czarna, pieprzona dziura w głowie, i wyprzedzają mnie balony na 4:20
- ostatni kilometr: złapię was! Złapię! Ha! Złapałam! I wkurwy są!
Na mecie jeden wielki mindfuck. Płot z obu stron, jakieś 100 metrów niczego, i dopiero dawali medale. Kolejna długa prosta bez niczego: woda. I następna: jakieś worki foliowe czy coś zamiast NRC. No i na deser depozyty. Dostawczaki ustawione wzdłuż ulicy. Ja miałam numer 55 czyli musiałam przejść jakieś 400 metrów żeby odebrać walizkę, a następnie tyle samo cofnąć się do przebieralni, którą był wielki namiot z kilkoma ławkami w środku. Dobrze że przestało padać, bo w środku było by bagno. Po doprowadzeniu się do stanu używalności udałam się na poszukiwanie posiłku po biegu. Ciężko było to namierzyć... A jak już mi się udało, to kolejka mnie powaliła. Zresztą nie warto było czekać bo dawali cienką zupkę i "piwo" bez procentów. Wczołgałam się po schodach, usiadłam na ławce, zjadłam swoje zapasy, i spacerem ruszyłam w stronę dworca. 
Wyjdzie że się czepiam (już któryś raz), ale małe biegi w jakiejś pipidówie są lepiej zorganizowane niż maraton w stolicy. Punkty odżywiania bardzo słabe - woda, izotoniki, banany i chyba cukier. W dodatku stoły rozstawione tylko po jednej stronie przez co kilka razy wpadłam na ludzi, bo cały czas wielu nie ogarnia że jak weźmiesz kubek to zbiegasz na bok, a nie zwalniasz czy nagle się zatrzymujesz (!). No i jak na Warszawę to spodziewałam się ciekawszej trasy. Meta równie mało efektowna co start czyli brama na Wisłostradzie.
Ot, kolejny odklepany maraton. Całe szczęście nie będę musiała tu więcej biegać.
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 6
- opaski kompresyjne Zeropoint
- koszulka BBMLW
- 3 x żele Nutrend (śliwka, pomelo i cola z kofeiną)
Podsumowanie:
- czas: 4:19:24

Jeszcze raz dziękuję Maciejowi i całej zgrai wkurw_team za piątaki na 31 kilometrze i zaraz przed metą. Przy "życiu" utrzymywała mnie myśl, że ktoś czeka na trasie, i będę miała do kogo się odezwać. Jesteście najlepsi!

13 września 2017

35. Wrocław Maraton

Do Wrocławia jechałam lekko poddenerwowana. Nie byłam pewna na ile mogę sobie pozwolić, bo nie zrobiłam długiego wybiegania typowo pod maraton, i bałam się że znowu przygrzeje a nie dla mnie bieganie w słońcu. 
W hostelu byłam po godzinie 13:00.  Na miejscu okazało się że dzielę pokój z samymi mężczyznami, i wszyscy biegli! Nie wiem tylko co mnie podkusiło żeby szukać noclegu w centrum przy ruchliwej ulicy przez całą dobę. Nie mogłam spać przy otwartym oknie bo słyszałam dosłownie wszystko. Co chwilę się budziłam, i udało mi się zasnąć dopiero po północy. Jednak pobudkę miałam już około 5:30. Dzień zapowiadał się cudownie... Z zapałkami w oczach zwlekłam się z łóżka, wypiłam sok z buraków, i podeszłam do okna. Było pochmurno, chłodno, czyli w sam raz. Miałam nadzieję że pogoda się utrzyma. Wyszliśmy we trójkę jakoś po 7:00 licząc na bezproblemowy dojazd na stadion. I tak myślało jakieś kilkadziesiąt (jak nie więcej) innych osób. Na przystanku szaro od ludzi, a organizatorzy nie pomyśleli żeby zorganizować dodatkowy transport. Udało nam się wcisnąć do pierwszego tramwaju, i całą podróż spędziliśmy ściśnięci jak sardynki. Okna były zablokowane, w środku duszno i niewiele brakowało a pierwszych mdlejących zbierali by jeszcze przed startem. W drodze do depozytu znowu wpiłam sok, ale już na siłę bo żołądek był pełny. Szybko oddałam walizkę i sprint na grupowe zdjęcie. Takie o:
Zostało 30 minut do startu, a ja nadal nie wiedziałam na jaki czas się ustawić. W planie było 4:30 i przyspieszanie tak od 30-32 km. Spojrzałam na balony na 4:15 i przesunęłam się w ich stronę. Szybko się ogarnęłam, bo jak?! Ma być 4:30! Albo... może pobiegnę pomiędzy trzymając się tempa 6:15 min/km? Nie no! 4:30. Gdy mijałam linię startu to pomyślałam sobie "ty czubie, co ty znowu robisz?", i to wracało przez kilka kolejnych kilometrów. W skrócie cały maraton wyglądał mniej więcej tak:
- do 5 km: nie sapię i nie jestem czerwona na twarzy, coś jest nie tak, ja zawsze sapałam
- 6 km: za wolnoooo, przyspieszam!
- 10-25 km: mam tę moc! Dlaczego nie ustawiłam się na 4:15?
- 26-32 km: matko bosko biegowo jeszcze tyle kaemów! Nie chce mi się...
- 33-34 km: zerkanie co kilkanaście sekund na zegarek jakie tempo, bo nie może być wolniej jak 6:15 min/km, nogi totalny beton, ale zaciśnięte zęby i nie ma że boli. Nie zwolnię choćby się waliło.
- 35 km: mały error, żołądek chwilowo się zbuntował i krótki marsz na wodopoju 
- 36-38 km: lekki zjazd typu "otoczenie zaczyna się niebezpiecznie oddalać" ale trzymam pion
- 39-42 km: "kurwa no... dajcie żyć już". I kolejne przeliczanie że chyba uda się dobiec w 4:20-4:21
- ostatnie 200 metrów (czyli 600): brzuch wciągnięty żeby ładnie wyjść na zdjęciach, tempo 4:15 min/km (że ja, że tak szybko, wiatr we włosach), znowu rzucanie okiem na zegarek - uda się na 4:19!
(To jest 42 kilometr, i tak wygląda tempo 4:15 min/km w moim wykonaniu)
Od stref startowych dzida do mety, rogal przed bramą stadionu (tylko tam trzeba z gracją żeby stopy nie wykręcić bo ktoś wpadł na mądry pomysł żeby wyłożyć tu bruk), i jeeest! Stadion! I lekki WTF?! Ale że piach? Nie ma tartanu? Panie! Ja tu w startówkach, nówki sztuki i mam je w piachu tarzać? W każdym razie udało się. Nie wiem jak, ale mnie poniosło na 4:19:40! Dla jednych to nawet nie był bieg (no spoko, nie każdy jest w stanie to zrobić w 3 godziny choćby się zarzynał na treningach), ale jak na start po kontuzji, i w zasadzie bez przygotowań to jest to dobry czas. W dodatku gorszy od mojej życiówki tylko o 8 minut.
Co do samej trasy: dawno się tak nie nudziłam. Serio... To było beznamiętne, monotonne klepanie kilometrów po płaskim. Doliczyłam się trzech bardzo krótkich zbiegów, a podbiegów nie pamiętam, ale może dlatego że ich nie było (a moje nogi są w stanie odczuć każde, najmniejsze nachylenie). Robotę robili sami uczestnicy - na 8 km jeden śpiewał "Eye of the tiger" głosem kastrata, a chyba około 11 km ktoś miał w plecaku głośnik i odpalone radio. Mieszkańcy Wrocławia chyba uwielbiają Queen bo na 28 i 32 kilometrze zapodano nam "We are the champions" (ale to chyba powinno być na mecie prawda? Ja tu jeszcze umieram). Okazało się że robiłam nieświadomie za zająca, bo na mecie podszedł do mnie mężczyzna i powiedział że biegł za mną cały czas. Ale chyba pierwszy raz udało mi się utrzymać w miarę równe tempo (!).
Sprzęcior:
- kapcie Asics Hyper Speed 6 (takie startóweczki styropianowe dla tych co walą dyszkę poniżej 40 minut, a tu taki słoń jak ja zajeżdża je w tempie 6:04 min/km na maratonie)
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- koszulka BBMLW 
- 3 x żele Nutrend Cola z kofeiną
Podsumowanie:
- czas: 4:19:40
- miejsce OPEN: 3000 (hyhy, taka ładna liczba to podałam bo zazwyczaj byłam 738584)

To ten. Widzimy się w Warszawie!

2 maja 2017

16. Cracovia Maraton

Maraton w Krakowie, po zeszłorocznym starcie tam, stał się obowiązkowym biegiem w moim kalendarzu. Tym razem niewiele brakowało a nie dotarłabym na miejsce. A wszystko przez PKP. Z miesięcznym wyprzedzeniem kupiłam bilet przez internet. Wszystko ładnie, pięknie, aż nadszedł dzień wyjazdu. Ja, mistrz organizacji i planowania, zostałam na dworcu bo nie było mojego pociągu. Sprawdziłam tablicę odjazdów/przyjazdów i jedyny pociąg do Krakowa był o 12:21. Dotarłam na peron, nadal zero informacji i zapowiedzi, a po chwili na tablicy wyświetliło się: Szczecin Główny. Zamarłam. Bagaż pod pachę i sprint do punktu IC. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Dzień dobry! Bilet do Krakowa na dzisiaj proszę. Na najbliższy pociąg.
= Dzień dobry. Wątpię żeby były jakieś miejsca do Krakowa, bo jest majówka.
- Niech pani sprawdzi. Mogę stać, leżeć, jechać na dachu, ale muszę tam dzisiaj być!
= Do Krakowa na stojąco? Ale sprawdzę... Ma pani szczęście. Jest miejsce na 14:47.
- Biorę!
I tak lżejsza o 71 zł, po ponad dwu i półgodzinnym czekaniu, trzy godzinnej obsuwie dotarłam. Całe szczęście znajoma też biegła, była już na miejscu, i udało jej się wydrukować oświadczenie aby odebrać pakiet za mnie. Biuro zawodów zamykali o 20:00, a ja byłam na miejscu przed 21:00. Następnie czekał mnie kolejny sprint. Tym razem do hali gdzie był nocleg. Musiałam tam być przed 22:00, i wpadłam na styk. Weszłam do środka i od razu skierowałam się do tej samej sali w której spałam rok temu. Zostawiłam walizkę przed wejściem, wzięłam torbę, obeszłam wszystko, stanęłam w rogu, i zaczęłam się zastanawiać czy gdzieś tu się jeszcze wcisnę. Po chwili od jednego biegacza padła propozycja noclegu razem z nim - na dużym, dmuchanym, dwuosobowym materacu. Trzy razy zapytałam się czy na pewno, bo myślałam że sobie żartuje. A jednak nie! Pierwszy raz nie spałam na podłodze, na karimacie tylko pełen luksus. Materac!
Obudziłam się po 5:00, wyjrzałam za okno i pogoda nie zachęcała do wyjścia. Szaro, buro, trochę mgły, i deszcz. Pomimo paskudnej pogody nie skorzystałam z dojazdu tramwajem. Postanowiłam się przejść, bo dawno nie byłam w Krakowie, a że darzę to miasto miłością (jakkolwiek to brzmi w odniesieniu do jakiegoś miejsca), to chciałam chłonąć jego atmosferę na tyle ile się da. Po drodze zatrzymałam się przy pięknych kamienicach na ulicy Retoryka. 
Organizacja na Rynku Głównym była taka sama jak rok temu - w ten sam sposób ustawione toi toie (nawet z nich nie korzystałam, bo można nabawić się klaustrofobii w tym wąskim korytarzu), depozyty i szatnie. Problem miałam w depozycie bo tym razem najniższe numery znajdowały się na początku, a rok temu było odwrotnie. Sugerując się tym od razu poszłam na sam koniec, a tam zdziwienie... Musiałam przedzierać się z wielkim workiem, który się powoli urywał, między ludźmi, którzy postanowili akurat w depozycie się przebierać, rozgrzewać itd. Nie było tam miejsca, ale po co. Lepiej utrudniać wszystkim życie, stać w przejściach, nie przepuszczać, i jeszcze mieć pretensje że ktoś kogoś trąca bagażem. Przez te ceregiele spóźniłam się na zdjęcie Wkurw_team. Co prawda tylko 3 minuty ale jednak (zwłaszcza że ja organizowałam wszystko). Przed samym startem spotkałam jeszcze Monikę (ona odbierała mi pakiet), życzyłyśmy sobie powodzenia, i poszłyśmy do strefy. Chciałam spróbować atakować 4 godziny, bo jak biegłam w Dębnie to tempo na 4:15 było dla mnie wolne, konwersacyjne. Niestety nie byłam w stanie dopchać się do balonów, więc stanęłam gdziekolwiek. 
Start jak zwykle przepiękny! Zła pogoda nie odstraszyła kibiców i turystów. Wielu z nich stało w oknach i na balkonach hoteli przy Rynku. Zapamiętałam starsze panie które były na balkonie i odliczały razem ze spikerem, a gdy padło hasło "Start!", skakały i klaskały. Zupełnie jakby same startowały. Na początku było nieprzyjemnie, bo padało. Miałam kałuże w butach jeszcze zanim ruszyłam. Utrzymywałam całkiem sensowne tempo tak do 17-18 km. Tam minęły mnie balony na 4:15. Trochę się zdenerwowałam ale biegłam dalej. Gdzieś od 25 km zaczął wariować żołądek. Nie wiem co było powodem, bo żele miałam sprawdzone. Izotonik tak samo, a w trakcie całego biegu zjadłam tylko 1/3 banana, bo więcej nie potrzebowałam. Znacznie zwolniłam bo bałam się że zwymiotuję. Na każdym kolejnym wodopoju przechodziłam do marszu żeby żołądek się uspokoił. Przy Tauron Arenie na drugiej pętli wyprzedzili mnie pacemakerzy na 4:30. No trudno... Trzeba biec dalej. Gdzieś po 35 km dodatkowo zaczęło doskwierać mi pasmo, ale ból był mniejszy niż w Dębnie. Około 41 km był już bardziej upierdliwy i chciałam przejść do marszu, ale w tym miejscu, pod samym Wawelem znajdował się niesamowity punkt kibica. Podbiegł chłopak nadzierając się do mnie, później wołając przez mikrofon po imieniu, i od razu odechciało mi się iść. Do samej mety biegłam, a ostatnie 200 metrów to było coś pięknego, i znowu zdusiło mi gardło ze wzruszenia. Pomimo bólu wbiegłam na metę z uśmiechem.
(zdjęcie: fotomaraton.pl)
Kraków jest magiczny i chociaż uzyskany wynik jest beznadziejny to nie uważam tego startu za stracony czas. Kibice są tu najlepsi!
Trasa:
Krąży opinia że Kraków jest płaski i idealny na życiówkę. Kłóciłabym się bo płaskie jest Dębno, a następnie Poznań. 
Organizacja:
Znowu te kibelki na Rynku... Ciasno, tłok, ciężko się tam dostać, a później wydostać. Lepiej skorzystać z płatnej toalety w Sukiennicach. Jeśli chodzi o pakiet to w tym roku składał się z:
- koszulki
- medalu
- numeru startowego
- żelek Frugo (w moim pakiecie ich nie było)
- galaretek Wawel
- batonu białkowego ActivLab
- kuponu na Pasta Party
- worka
Na mecie każdy dostał coś w rodzaju pakietu regeneracyjnego, ale w tym roku był dość słaby. W siatce znalazłam keczup i musztardę Roleski, owsiankę, mini chlebek Melvit i baton. Chlebek i baton można zjeść od razu ale co mi po owsiance którą trzeba zalać mlekiem/wrzątkiem? Oprócz tego wydawano wodę, izotonik i banany. Nadal uważam że taki pakiet jest dobrym rozwiązaniem bo nie marnuje się jedzenie, ale pod warunkiem że jest tam coś sensownego, co faktycznie pozwoli na uzupełnienie energii. Po biegu poszłam coś zjeść bo inaczej bym padła w pociągu (co nie skończyło się dla mnie dobrze, bo czymś się strułam, ale nie jestem pewna czym).
Sprzęcior:
- kapcie Asics Hyper Speed 5 (polecam na deszcz, bo błyskawicznie "usuwana" jest woda ze środka, więc skończyło się bez otarć i pęcherzy)
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka BBMLW
- rękawki Halfworn
- 2 żele Nutrend Cola z kofeiną Natural Born Runners i 1 żel ALE Cola z kofeiną Natural Born Runners
Podsumowanie:
- czas netto: 4:38:13
- miejsce OPEN K20: 134
- uszkodzenia: jeszcze trochę ITBS

Wracając do PKP: pociąg powrotny miałam o 14:51, więc w tempie ekspresowym musiałam się ogarnąć po biegu. Gdy dotarłam na dworzec to pociąg już stał na peronie. Weszłam, usiadłam, i ulga. Po chwili przyszło małżeństwo z biletami na to samo miejsce co ja. Postanowiliśmy poczekać na konduktora i to wyjaśnić. Pociąg ruszył i po około 30 minutach kontrola. Co się okazało? Mój bilet od ponad miesiąca był nieważny. Myślałam że się rozpłaczę, bo tego już było za wiele. Kupowałam go w punkcie IC. Na początku chciałam miejsce na pociąg odjeżdżający przed 17:00, ale nie było miejsc. Rozmowa ta sama: bo majówka więc pełne obłożenie i jest tylko na 14:51 w pierwszej klasie. Ze strony konduktora padło pytanie, że jak mogłam nie sprawdzić daty. Ale jeśli kupowałam bilet w kasie, wyraźnie mówiąc 30.04 a nie 02.04 to co miałam sprawdzać? Wróciłam do domu, schowałam bilet żeby gdzieś się nie zapodział i tyle. Musiałam kupić kolejny, ale tym razem 97 zł w plecy... Po powrocie złożyłam reklamację na oba, bo w końcu nie były wykorzystane i mam nadzieję że otrzymam zwrot, bo kwota mała nie jest. Takich problemów z PKP jeszcze nigdy nie miałam. 

W planach miałam październikowy półmaraton w Krakowie, ale niestety termin pokrywa się z poznańskim maratonem z którego nie zrezygnuję. Dlatego widzimy się w Królewskim Mieście na 17. Cracovia Maraton!

3 kwietnia 2017

44. Maraton Dębno

Powinnam zacząć od wpisu na temat 10. PKO Poznań Półmaratonu, ale wczoraj biegłam w Dębnie, i ten start o wiele bardziej zasługuje na pierwszeństwo.
Zacznę od tego, że w czwartek postanowiłam zrobić ostatni, lekki trening czyli 40 minut na bieżni a następnie trening funkcjonalny. Po 20 minutach biegu pojawił się niewielki ból w okolicy prawego kolana, który z każdą sekundą coraz bardziej doskwierał. Zakończyłam na 24 minucie, bo już wiedziałam co się stało: wysiadło mi drugie pasmo biodrowo-piszczelowe. Pięknie... na 3 dni przed startem. Zadzwoniłam do dziadków i na drugi dzień byłam u ortopedy. Liczyłam się z tym że zastrzyk może naruszyć co nieco i może się pogorszyć, ale nie miałam nic do stracenia. Dostałam jeszcze leki przeciwbólowe i tyle. Wróciłam do domu, na tyle na ile mogłam porozciągałam i do spania, bo w sobotę wyjeżdżałam.
Odbiór pakietu poszedł bardzo sprawnie. Dostałam odpowiedź na wszystkie swoje pytania, odesłano mnie do stanowiska wydającego skierowania na nocleg, i dokładnie wytłumaczono jak dojść na halę. 
(Było też małe Expo ale ominęłam szerokim łukiem żeby nie kupić czegoś bardzo "potrzebnego")
Dokulałam się na miejsce, rozpakowałam cały bajzel i wyruszyłam na Pasta Party, które zaczęło się o 17:00. Wizualnie klapa. Nałożono mi zlepek rozgotowanego makaronu który wyglądał jak wielka klucha. Całość ratował sos.
(Była też wersja bezmięsna)
Wróciłam na swój kawałek podłogi i przygotowałam sprzęcior na rano. Przy okazji poznałam Pana Jana który organizuje Cross Maraton Jana Kulbaczyńskiego po ziemi Kodeńskiej i Piszczackiej. W związku z tym że to jego bieg, to wiadomo że będzie zachwalał. Ale to na prawdę sympatyczny człowiek, i na pewno impreza wygląda tak jak opisuje, więc jeśli w okolicach marca macie wolny termin to polecam (klik). 
Pierwsze podrygi przedstartowe zarejestrowałam po godzinie 5:00 rano. Budzik nastawiłam na 7:30 więc trochę się wkurzyłam jak bladym świtem ludzie zaczęli się zrywać i powoli szykować. Od tego momentu mój "sen" wyglądał raczej jak czuwanie. Około 6:30 stwierdziłam że to nie ma sensu i zaczęłam czytać książkę. Większość wokół mnie była już ubrana, z numerami startowymi na klacie oraz spakowana (była 8:00 a start o 11:00), a ja nadal leżałam wbita w piżamę i śpiwór. Totalny luz i zero stresu przed biegiem. Jedyną moją myślą było "co ja tu do cholery robię", ale szybko o tym zapominałam przegryzając bułkę z dżemem i zalewając ją sokiem z buraka. Jakoś o 9:30 ruszyłam cztery litery do toalety, umyłam się, ubrałam, i coś tam zaczęłam pakować, a po 10:30 spacerkiem dotarłam do depozytu. Przed oddaniem rzeczy wolontariusz zapytał czy na pewno wszystko mam, i dopiero wtedy zabrał ode mnie walizkę. Teraz już nie było odwrotu i ruszyłam za tłumem w stronę startu. Tam małe zdziwienie, bo nie mogłam dostać się do swojej strefy (tzn. stref nie było, ale uznałam że podział jest na podstawie pacemakerów) z boku, tak jak jest na większości biegów, tylko wchodziłam przodem przepychając się między elitą. Najadłam się stresu, bo do startu zostały 3 minuty, a zegarek nie chciał znaleźć sygnału GPS. Jednak idealnie zsynchronizował się ze strzałem startera. Gdy usłyszeliśmy hasło "start" na tarczy pojawiła się informacja że jest sygnał. Odetchnęłam i mogłam ruszyć. Postanowiłam trzymać się zająca na 4:15 bo w planach nie miałam ataku na życiówkę. To miał być rekreacyjny, bezstresowy bieg. Bałam się pętli, bo nie przepadam za takimi trasami. Tutaj cztery razy wracałam na ten sam punkt odżywczy co było dość denerwujące, ale całość minęła zaskakująco szybko. Około 7 kilometra zagadał do mnie jeden z uczestników i biegliśmy razem jakieś 15 kilometrów. Niestety nie zapamiętałam numeru startowego żeby go odnaleźć na twarzoksiążce, ale zaprosił mnie do swojej winnicy w Toskanii, którą kupi za jakieś 10 lat jak będzie obrzydliwie bogaty. Poczekam na zdjęcia z fotomaratonu, znajdę go i odezwę za te 10 lat :D Bieg ulicami Dębna był niezapomniany. Cały czas stały tłumy! Gdy przebiegaliśmy przez wsie to tam także był doping. Starsza pani waliła w bęben, strażacy odpalali syreny... coś cudownego! Pierwszy problem pojawił się około 27 kilometra kiedy konkretnie mnie zakuło w bok kolana. Musiałam się zatrzymać i przejść do krótkiego marszu. Pomogło i ruszyłam dalej. Niestety od 35 kilometra było coraz gorzej i zaczęłam odliczać ile mi jeszcze zostało, ile to zajmie, byle zająć czymś głowę. Na 36 kilometrze pojawił się płacz. To był mój sposób na ból czyli uwolnienie enkefalin. Jakiś kilometr dalej minęłam kobietę, która widząc moją koszulkę krzyknęła "Dalej! Biegnij jak cię to wkurwia!". Zaśmiałam się i odpowiedziałam że teraz to mnie wszystko wkurwia. Poczłapałam dalej i cały czas płakałam. Jakoś przed 42 kilometrem minęłam większą grupkę, która widząc moje skrzywienie i łzy, zaczęła głośno dopingować i krzyczeć jaką mam piękną opaskę. Kawałek dalej wyskoczył mężczyzna krzyczący do mnie Marianna (albo Marita, już nie pamiętam). Ostatnie 200-300 metrów to było ogromne wsparcie ze strony mieszkańców. Ja nadal zaryczana, zasmarkana i skrzywiona kuśtykałam do mety, a oni krzyczeli i pomagali jak mogli. W pewnym momencie nie wiedziałam czy płaczę z bólu, czy wzruszam się że tyle osób mnie otacza, i jest tam dla nas. We wszystkich biegach w których brałam udział meta była oddzielona barierkami (Poznań w tej kwestii rządzi, wokół ciebie jest dywan, długo nic, echo, barierki, i dopiero ludzie), a tutaj jak na wyścigach kolarskich - wąski korytarz, szerokość może metr, i tłum! Nikt nie wchodził tobie pod nogi i na trasę. Jeśli chodzi o nagromadzenie emocji na mecie to nie wiem czy tu nie było ich więcej niż w Krakowie. Nie chciałam żeby ten bieg się kończył, bo było rewelacyjnie, ale ze względu na ból marzyłam o mecie. Nie wiem jakim cudem to się udało, ale pomimo ITBS dotarłam w 4:25:11. Zero zmęczenia, nic mnie nie bolało. Zupełnie jakbym nie przebiegła maratonu, a może z 10 kilometrów. Gdyby nie ten ITBS... Ale co zrobić. Zdarza się pomimo wizyt u fizjoterapeuty i ćwiczeń. Planowałam dobiec jakieś 10 minut szybciej żeby w miarę spokojnie się ogarnąć i zdążyć na autobus odwożący do Kostrzyna, ale ze względu na obsuwę musiałam się streszczać. Ekspresowe ogarnięcie, przebranie, i tak szybko jak mogłam (he he... tiptopami po jednym stopniu jak stara babcia) wbiłam do busa. A że zostało mi jakieś 6 minut to zabrałam numer startowy i "poszłam" po piwo, bo kolejki do makaronu były o wiele dłuższe. Podeszłam do panów stojących na początku, i zapytałam czy mogę bezczelnie się wepchnąć, bo zaraz odjeżdża mi autobus a mnie bardzo suszy. Przepuścili mnie (dziękuję raz jeszcze), wzięłam złoty trunek, wróciłam pod bus, szybko wypiłam i w drogę. 
Pomimo bólu będę dobrze wspominać ten start. Z góry założyłam że będzie tak sobie, ale całość zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Organizacja jest na bardzo wysokim poziomie, i sam bieg w takim małym mieście, przy niewielkiej ilości uczestników (ok. 2100 osób) ma swój klimat. Cieszę się że tu przyjechałam, bo bardzo mi się podobało, i na pewno wrócę za rok (pomimo niezbyt oszałamiającego makaronu, ale to mały szczegół).
Sprawy "techniczne"
Dojazd:
Z Poznania do Kostrzyna nad Odrą jest bezpośrednie połączenie PKP (ale więcej jest tych z przesiadkami). Natomiast z Kostrzyna organizator zapewnia bezpłatny autobus, który zawiezie nas pod samo biuro zawodów. Transport jest przeddzień zawodów jak i po. 
Nocleg:
Można skorzystać z bezpłatnego noclegu na hali (do wyboru przy starcie lub mecie). 
Pakiet:
Wiele osób narzekało na cenę (140 zł), i że gdyby nie korona to pewnie nikt by tam nie przyjechał. Jednak po tym co zobaczyłam to nie dziwię się że koszty były takie a nie inne, ponieważ pakiet zawierał:
- koszulkę techniczną New Balance
- medal
- kubek (do wyboru 2 wzory)
- ręcznik (do wyboru 5 kolorów)
- piwo
- numer startowy
- żel energetyczny
- kupon na Pasta Party, posiłek po biegu oraz piwo
oraz zabezpieczenie trasy, jedzenie na punktach itd., czyli całą tę otoczkę o której zawsze zapominamy, bo liczy się to co dostaniemy do ręki. Mimo to uważam, że przydałby się pakiet bez tych wszystkich pierdół typu koszulka, kubek... Koszulek mam tyle że powoli się nie mieszczą w szafie.
Trasa:
Jeśli chcecie robić życiówkę to tylko tu. Jedyny "podbieg" jaki zarejestrowałam jest przed 14 km w Dargomyślu. Ale jeśli mnie nie bolało, nie paliło i nie wkurzało to znaczy że jest płasko, i można cisnąć do porzygu.
Podsumowanie:
- czas netto: 4:25:11
- miejsce OPEN: 1573
- miejsce w kategorii K20: 37
- skurcze/obtarcia/pęcherze: brak
- inne: ITBS
Mój sprzęcior:
- buty Asics Hyper Speed 5
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- majciochy Kalenji
- koszulka BBMLW (klik)
- 3 żele ALE cola z kofeiną

Ze względu na kontuzję (rozwalone oba pasma to jest pech, chociaż pech to mało powiedziane) musiałam zrezygnować ze startu, który miał odbyć się 22 kwietnia. Całe szczęście bez problemu udało mi się sprzedać pakiet. Przede mną inne, ważniejsze biegi, więc muszę do tego czasu ogarnąć ITBS na tyle ile się da. 

13 października 2016

17. Poznań Maraton

Nie przygotowywałam się zbytnio do tego startu ze względu na ITBS którego dorobiłam się w połowie czerwca. Biegałam bardzo rzadko - dwa, trzy razy w tygodniu, czasem zdarzało się że cztery, ale nie były to długie dystanse. Za siłę biegową zabrałam się na jakieś półtora miesiąca przed startem, i zrobiłam aż jedno wybieganie. Mimo to ustawiłam się przy pacemakerach na 4:00 licząc na cud. W sobotę dość późno wróciłam do domu, ponieważ byłam w knajpie ze znajomymi z pracy. Myślałam że się nie wyśpię, a zerwałam się z łóżka o 6:00. Przestawiłam zegarek, ale nie mogłam już zasnąć, więc wstałam. Wyjrzałam za okno a tam deszcz. Cudownie... zapowiadała się powtórka z półmaratonu, i bieg w przemoczonych ubraniach. Całe szczęście wypogodziło się. Wyszłam z domu o 8:30, i ze spokojem dotarłam na miejsce (mam całe 800-900 metrów). Jednak do strefy wpadłam na jakieś 3 minuty przed 9:00. Znalazłam Jaśka i rozpoczęło się odliczanie. 6, 5, 4, 3, 2, 1... i przy "Rydwanach ognia" ruszyliśmy! Już na 2 km przeszło mi przez myśl że nie dam rady utrzymać tego tempa. Sprawdzałam co dzieje się na ekranie zegarka a tam 5:38, 5:34, 5:31 min/km. Yhm, chyba Jaśka poniosło. Mimo to zamiast zwolnić, twardo się go trzymałam. Tzn. próbowałam, bo coraz więcej ludzi mnie wyprzedzało, a niektórzy robili to w taki sposób że miałam ochotę zdzielić ich w łeb (pozdrowienia dla pani w oczojebnej, zielonej koszulce, która biegła z łokciami rozstawionymi na całą szerokość chodnika, wszystkich trącała, i ogólnie zachowywała się tak jakby była tam sama). I tak zleciało mi 17 km - na gonieniu króliczka. Później zaczęły się schody, a właściwie to podbieg, którego rok temu zupełnie nie odczułam. Tym razem odniosłam wrażenie że aż do 24 km było w górę, i w górę, i jeszcze, na Giewont. Chyba nigdy nie użyłam tylu przekleństw podczas biegu. Na 23 km znowu zaczął padać deszcz, i żeby bardziej dowalić - wmordewind. Zrobiło mi się zimno, chciałam przyspieszyć żeby po prostu się rozgrzać, ale w mięśniach był sam kwas. Nie miałam siły na nic. Gdy dotarłam na Maltę wyprzedził mnie ostatni zając na 4:00. Rozpoczęły się skomplikowane obliczenia, wyższa matematyka, czyli w jakim czasie się dokulam jeśli zwolnię. Trochę siły dodał mi puszczony przez głośniki doping kibiców nagrany dzień wcześniej na Expo (świetny pomysł!), ale na Wiankowej tempo zdechło, a reanimacja była nieskuteczna. I znowu odliczanie: biegnę już 2 godziny, jeszcze drugie tyle, jeszcze półtorej... Kurwa. 10 km do mety?! JA UMIERAM! Idę do domu, mam to w dupie. Będąc na 30 km znowu wrócił zeszły rok. Tam dopiero się rozkręcałam, przyspieszałam, a teraz totalna padaka. 
Na 32 km w końcu pojawiły się znajome twarze - Ania i Monika. Nie jestem w stanie opisać tego jak się ucieszyłam gdy je zobaczyłam. To teraz gnamy! Ale chyba coś nie wyszło. Na św. Wawrzyńca walczyłam, uklepywałam ten asfalt drobnymi krokami w tempie 6:50 min/km, aż na samej końcówce przeszłam do marszu. To był bardzo zły pomysł. Gdyby to było możliwe to kwas z mięśni wylałby mi się uszami. Jaki ból, jaki beton w udach... Jednak nie pozostało mi nic innego jak zacisnąć zęby, spiąć poślady i lecieć dalej. Na 36 km stał on - Łukasz, który obiecał mi nagie, męskie pośladki. Biegnę, macham rękoma, on do mnie, i tak machamy, ja krzyczę, pytam gdzie ten tyłek, a on zaczął biec obok, i też krzyczał, i rozpinał pasek od spodni, guzik, zamek, aż mi poświecił swoim pośladkiem! No taki doping to ja rozumiem. Nagle tyle mocy na mnie spłynęło, że zaczęłam przyspieszać. 
W końcu zaczęłam rejestrować co dzieje się wokół na trasie. Brakowało mi tlenu, nogi nadal ociężałe, ale biegłam, i nadal przeliczałam czy uda się zrobić życiówkę. Nie chciałam znowu pozwolić pacemakerom na 4:15 mnie wyprzedzić tak jak w Krakowie. I nie dałam się! Od Przybyszewskiego była petarda, a od skrzyżowania Matejki/Szylinga rakieta. Tempo po 5:10-4:40! Zapomniałam o nogach, o tym że boli mnie lewa kostka, rwie prawy przywodziciel, i że w zasadzie to nie wygląda jak bieg tylko dogorywanie Quasimodo, który przeskakuje z lewej nogi na prawą po rozżarzonych węglach. Miałam przed oczami tylko metę. Wbiegając na teren targów, na ostatnich 195 metrach uśmiechałam się. Pomimo bólu miałam uśmiech na paszczy, i miałam totalnie w dupie to, że nie udało mi się utrzymać tempa na 3:59. Dobiegłam do tej cholernej mety pokonując kryzys który ciągnął się przez 10 km. 
Posumowanie:
- czas netto: 4:11:37
- miejsce OPEN K: 424
- miejsce K18: 108
- skurcze/obtarcia/pęcherze/inne: brak
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- skarpety kompresyjne Royal Bay
- koszulka BBMLW
- portki Decathlon
- 3 żele Nutrend jagoda, pomelo
- 1 żel ALE cola z kofeiną
- 1 szot z buraka BeetIt

Organizacja:
Wszystko perfekcyjnie ogarnięte. Szybki odbiór pakietu, długie punkty żarciowo-nawadniające, fajny pakiet startowy (koszulka jest c-u-d-o-w-n-a!), i w ogóle och, ach. Nie mam tylko pojęcia jak działały depozyty i jak smakował makaron, bo z tego nie korzystałam. Nie wiesz gdzie wystartować w przyszłym roku? To oczywiste że w Poznaniu ;) Tu wszystko jest zapięte na ostatni guzik, i nie ma mowy o żadnym fopaaa.

15 października 2015

16. Poznań Maraton



Bałam się tego maratonu. 3 tygodnie wcześniej przebiegłam 50 km na Forest Run. Potraktowałam ten start jako bardzo długie wybieganie, ale i tak moje tempo pozostawiało wiele do życzenia. Nie biegło mi się za dobrze, i były momenty kiedy miałam dość. Miałam zadyszkę, bolały nogi... Gdy wróciłam do domu to stwierdziłam, że chyba tylko zaliczę maraton. Trudno. Najwyżej znowu zajmie mi to 5 godzin z hakiem. Na kilka dni przed startem zmiana strategii - ustawiam się z zającami na 4:45, bo chyba takie tempo powinnam utrzymać. 
Po pakiet startowy poleciałam zaraz po piątkowych wykładach. W tym roku na bogato: numer + chip + agrafki, koszulka, worek, czekolada, sok pomidorowy, 2 piwa, bidon, informator i zaledwie 8 ulotek (z czego połowa to kupony zniżkowe). Na targach Sport Fair dokupiłam 2 żele Nutrend o smaku Coli z kofeiną (czuć trochę Coli, ale smakuje jak lekarstwo), a zahaczając o stoisko Natural Born Runners zgarnęłam opaskę na czas 4:30. 
W niedzielę obudziłam się już o 5:30 pomimo tego, że mam jakieś 700-800 m na start. Zjadłam gigantyczną bułę z czymś w rodzaju dżemu z żurawiną, wypiłam 0,5 l soku z buraków i ok. 8:15 wyszłam z domu. Termometr pokazywał jakiś -1 stopnień poniżej zera także tropiki. Wbiłam w dresy, kurtkę zimową i pozbyłam się tego dopiero jakieś 5 minut przed startem wciskając babci przez płot. O 8:30 jeszcze szybkie zdjęcie z wkurw_team i można zrobić "rozgrzewkę" - ok. 300-400 m zdechłym truchtem żeby się za bardzo nie zmęczyć.
(Źródło: FP BBMLW)
Chyba wiadomo która to ja. Wieczne nieogarnięcie, zaraz start, spodnie na dupie, numer w łapie... I teraz szybka decyzja gdzie się ustawić. Raz się żyje! Jednak na 4:30. Niby tempo ok. 6:24 min/km, ale kij wie czy uda się to utrzymać, bo mój organizm lubi wydziwiać.
1-5 km
START! Czekam, czekam, marznę, czekam. Po ok. 5 minutach dotarłam do linii startu, odpaliłam zegarek i poleciałam. Biegło się tak dobrze, że nawet nie zauważyłam kiedy minęły kolejne kilometry.
5-15 km
Najgorszy fragment był od 8 km - pętla na Wildzie. Ty zbiegasz na dół, przed Tobą mega, giga, wkurwiające i niekończące się proste, a po drugiej stronie widzisz tych, którzy już mają to za sobą i wbiegają na wiadukt (Szanowni Organizatorzy! PROSZĘ! Zmieńcie ten fragment trasy. Mogę wbiegać na Paderewskiego pięć razy, ale nigdy więcej Drogi Dębińskiej - tak samo na półmaratonie). No nic... Dobrze że biegłam w grupie, bo wokół trwały różne konwersacje, można było ewentualnie się dołączyć, i czas jakoś zleciał.
15-23 km
Na skrzyżowaniu Zamenhofa i Obrzyca był jakiś kosmos. Kibice ustawili się po obu stronach ulicy mniej więcej na długości ok. 100 m i darli się wniebogłosy. Myślałam że ogłuchnę. To co tam się działo było niesamowite. Zresztą na całym Zamenhofa było mnóstwo ludzi. Odcinek od 18 do 20 km był upierdliwy. Czekał tam na nas bardzo długi, niekończący się podbieg.
24-30 km
Gdy dobiegłam do Baraniaka to już byłam w domu. Nie myślałam "jezuuu, jeszcze 18 km" tylko "18 km do końca?! Za szybko!". Odcinek przy Malcie zleciał błyskawicznie, tak samo Warszawska i Ostrów Tumski. Odniosłam wrażenie że to nie trwało 30-kilku minut tylko 3, bo już byłam na Solnej i zbliżałam się do Sołacza (a już nie mogłam się doczekać tego fragmentu!).
31-37 km
Zgarnęłam na punkcie zestaw: woda + pół banana + izotonik, i postanowiłam zaryzykować - odłączyłam się od grupy na 4:30. Na skrzyżowaniu Alei Wielkopolskiej i Pułaskiego podbiegł do mnie kibic wołając "na ile kilometrów ten maraton?!". Od razu zaciesz na paszczy, bo prawie cały bieg miałam kamienną twarz (bo skupienie, koncentracja i takie tam). Hałas w oddali spowodował że przyspieszałam. Chciałam jak najszybciej znaleźć się na 32 km. gdzie czekały dziewczyny z Kobiety Biegają. Zorganizowały punkt kibica! Darły się i waliły w gary jak opętane. Chciałam je przytulić, ale tak namiętnie łomotały kopyściami że nie było na to żadnych szans. Kawałek dalej kolejny punkt. Tym razem zorganizowany przez grupę Maratończyk. Ustawili bramę na 32 km, a Piotr Tomczyk latał z megafonem i dopingował. 
Ponoć na św. Wawrzyńca był jakiś podbieg. Szczerze mówiąc nawet tego nie odczułam. Wymijałam coraz więcej osób które szły. Na 34 km czekała ściana - taka "prawdziwa z kartonu". Można było się przez nią "przebić" i pokazać środkowy palec. Na ul. Polskiej już z górki. Po chwili wbiegałam na stadion...
38-42,195 km
Wybiegłam, a tam jakaś upierdliwa agrafka żeby kaemy się zgadzały. Zjadłam ostatni żel i pocisnęłam ile fabryka dała. Było ciężko, bo pod wiatr. Myślałam że mi urwie głowę. Już od 36 km utrzymywałam tempo poniżej 6:00 min/km. W pewnym momencie zegarek pokazywał 5:30 min/km i kilka razy to sprawdzałam bo nie wierzyłam. Ostatnie 5 km przebiegłam w niecałe 29 minut! Nie wiem jak to zrobiłam mając tyle km w nogach. A na końcówce, czyli tych 195 m na dobicie, udało mi się utrzymać tempo poniżej 5:00 min/km. Przy barierkach niedaleko mety stała babcia. Nie zauważyła mnie, bo chyba nie spodziewała się że przybiegnę szybciej. Zdążyłam ją tylko szturchnąć w rękę i krzyknąć "tutaj!". Na mecie podeszłam do stołu z wodą i izotonikami. Ożłopałam się na tyle, na ile żołądek pozwolił, i nagle stanął przede mną wolontariusz. Zapytał czy może przybić żółwika za koszulkę :P

Udało się przebiec ten maraton z głową co widać poniżej - całkiem "ładny" negative split.
Nie sądziłam że to się uda i to w takim stylu. Jednak dla mnie ważniejsze niż czas jest to, że od startu do mety biegłam. Nie zatrzymałam się ani na sekundę co niestety miało miejsce rok temu, na Zielonce czy Forest Run. Możecie wierzyć lub nie, ale w ogóle się nie zmęczyłam. Lekką zadyszkę miałam dopiero na ostatnich metrach jak przyspieszyłam do mety. Biegło mi się komfortowo i nie odczułam żadnego podbiegu. Dla mnie ta trasa była płaska. 
Na mecie czekała babcia (która tradycyjnie dostała prawie zawału, bo na 30 km nie zczytało mojego czipa, i była panika w domu, że na pewno coś mi się stało), mama, tata, i Klaudia od której dostałam dwie paczki ciastek na uzupełnienie strat.
Jak tylko się odziałam to poszłam z ojcem po piwo i makaron. Gdy podążałam za zapachem sosu to ojciec w tym czasie kupił mi wieszak na medale. W końcu będę mogła je zaprezentować i truć dupę każdemu kto mnie odwiedzi. Niech podziwiają, a co!
Podsumowanie:
- czas netto: 04:23:02 (poprawiony o 59 minut z hakiem)
- czas brutto: 04:27:58
- miejsce w kategorii wiekowej: 145
- miejsce w kategorii OPEN kobiet: 556
- skurcze/obtarcia/pęcherze/kolki: brak
- inne uszkodzenia: brak
Sprzęcior:
- Asics Hyper Speed 5
- portki Decathlon
- koszulka BBMLW
- kompresy Royal Bay
- 3 x żele Nutrend (jagoda i cola)

Wciąż do mnie nie dociera to, że z taką łatwością pokonałam ten dystans, i miałam jeszcze taki zapas energii. Chyba w końcu coś się we mnie odblokowało, i zaczynam wierzyć w to, że mogę biegać szybciej. Maraton organizacyjnie pierwsza klasa chociaż wydaje mi się że w tym roku punkty odżywcze były za krótkie (zbyt blisko siebie ustawione stoły). Ledwo zgarnęłam wodę, a już mijałam banany, i musiałam po drodze jeszcze wziąć izotonik, więc biegłam obładowana jakbym była na jakiejś wyprzedaży w sklepie. Kibice nie zawiedli pomimo paskudnej pogody - paskudnej w sensie temperatury, bo tak to było pięknie, słonecznie i bezchmurnie. Mam nadzieję że za rok będzie jeszcze lepiej!
A teraz trzymajcie kciuki 24 października. Wybywam na półmaraton do Krakowa i założyłam sobie jakiś poroniony czas. Ale kto nie ryzykuje ten nie pije szampana!

Źródła zdjęć: galerie znalezione tu: ignaszak.blogspot.com

12 października 2014

15. Poznań Maraton

Godzina 9:00 - ruszyli! Pogoda rewelacyjna, zachmurzenie i chłodny ale niezbyt silny wiatr...
(Źródło: Poznań Maraton FB)
I wiecie co? Ja też biegłam. Z racji tego że jestem kobietą to mam prawo do tego żeby zmieniać kilka razy zdanie. Chciałam sprzedać pakiet. Nawet znalazło się trzech chętnych. Jednak zrezygnowali bo nie można było go przepisać. Uznałam że to znak i w ogóle nie ma mowy że nie pobiegnę. Poleciałam w piątek po makaron, buły i dżem. Zaczęło się ładowanie na ostatnią chwilę, ale to w zupełności wystarczyło. Jeszcze we wtorek zrobiłam badania, w czwartek odebrałam wyniki i hemoglobina skoczyła z 7.4 na 11.1, a żelazo z 25 na 152.9. I jak tego nie wykorzystać? W czwartek zrobiłam jeszcze testowo 6 km i w ogóle się nie zmęczyłam. 
Nastawiłam budzik na 5:00 bo musiałam jeszcze nogi ogolić (nie będę straszyć), o 6:00 makaron, a później dwie butelki soku z buraków. Na starcie pojawiłam się ok. 8:20. Zaczęłam rozgrzewkę i co jakiś czas bręczałam matce że chyba na głowę upadłam. A więc wygibasy i te sprawy...
Jeszcze się uśmiecham bo nie wiem co mnie czeka...
Ale nic... Jak już przyszłam to pobiegnę. Najwyżej zejdę z trasy gdyby było coś nie tak. Do linii startu doczłapałam się po ok. 6 minutach bo trochę tych osób przede mną było. Zaczęłam bardzo wolno tak żeby się jakoś przyzwyczaić. Od 4-5 do 12-13 kilometra miałam towarzystwo - podczepiła się do mnie jedna biegaczka. Później ona się zatrzymała na banana a ja już do końca pełzłam sama. Bieg przez stadion był rewelacyjny. Będąc na środku murawy stadion wydaje się olbrzymi i to był na prawdę świetny pomysł żeby tamtędy przebiegała trasa. Na 10 km usłyszałam że ktoś mnie woła po imieniu. Patrzę w prawo a tam moja sąsiadka :D Gdy minęłam 16 kilometr to dotarło do mnie że jeszcze nigdy w życiu więcej nie przebiegłam. Ale cisnęłam dalej. Do 25 km moje nogi były w całkiem dobrym stanie. Dopiero później zaczął się koszmar. Uda tak bolały że nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Najgorzej było z pachwinami bo czułam jakby ten cały bajzel pod skórą się poskręcał. Całe szczęście momentami biegłam w jakimś totalnym amoku i transie, więc udawało mi się o tym nie myśleć. Zastosowałam "taktykę" od punktu żywieniowego do punktu, a tam przechodziłam do szybszego marszu żeby na spokojnie się najeść i napić. Na 25 km zgarnęłam pomarańcze bo zaczęło mi burczeć w brzuchu i cały czas miałam Saharę w paszczy. Każdy punkt był zbawieniem. Piłam i jadłam absolutnie wszystko, bo nie wystarczyły mi cztery żele Nutrend które zabrałam (jeszcze przed wyjściem miałam tylko 3, i pod wpływem impulsu zgarnęłam kolejny - całe szczęście). Nawet izotonik którego nie testowałam. Po 30 km większość uskuteczniała metodę Gallowaya. Jedyne czego się bałam to podbiegu na Roosevelta który był po 41 km. Mimo to nie zatrzymałam się tam, wbiegłam i tak do samej mety. Przy Sheratonie przyspieszyłam konkretnie. Zapomniałam o udach, o dziwnie pulsującym palcu w bucie (wczoraj byłam na basenie, uderzyłam o ławkę, w domu okazało się że odchodzi prawie cały paznokieć więc zakleiłam go plastrem i owinęłam gazą dla pewności - myślałam że za mocno i krew już tam nie dopływała, ale palec przeżył), bolących stopach i leciałam jakby mnie ktoś gonił. Kilka metrów przed metą zaczęłam dosłownie wyć a jak znalazłam matkę to zasmarkałam jej całą bluzę. 
Matka mistrzem robienia zdjęć. Obcięła mi głowę...
 Mój mały kibic - Lena. Czekała na mnie na mecie z kwiatami ;)
Na trasie spotkałam księdza, supermena i kolesia w kaftanie (on tak całość przebiegł) :D Mijałam także panią Barbarę Gil o której czytałam w ostatnim numerze Runner's World oraz oczywiście Panią Parasolkę. 
Świetnie się bawiłam. Było bardzo dużo kibiców na trasie chociaż tak od godziny 12:00 stopniowo się przerzedzało. Ale od Ronda Śródka do końca tłumy. Niesamowicie pomagali, krzyczeli po imieniu, dzieci przybijały piątki... Rewelacyjna atmosfera! I jeszcze zespoły na trasie! Po 41 km znowu spotkałam sąsiadkę :)
Bilans:
- dystans: 42,195 km
- czas netto: 05:22:31
- czas brutto: 05:28:07
- miejsce w kategorii wiekowej: 219
- miejsce w kategorii OPEN kobiet: 853
- skurcze: 0
- obtarcia: 0
- pęcherze: 2 mikroskopijne na środkowym placu prawej stopy
- kolki: 2
- nr 1: miliard razy przed startem
- nr 2: 0
- paw i te sprawy: 0
- inne uszkodzenia ciała: sypiące się uda (łydki przeżyły dzięki skarpetom Royal Bay)
- ściana: 1-0 dla mnie!
Wiem że będą osoby które uznają że upadłam na głowę bo pobiegłam bez przygotowania - jestem tego świadoma, bo mogło to się różnie skończyć. Mimo to nie żałuję. Nawet jeśli w tej chwili poruszam się wolniej od żółwia i to co mi spadnie na podłogę już na niej zostaje. W końcu podczas biegu nie sapałam, nie stękałam, nie łapałam łapczywie powietrza... Oddychałam regularnie, na luzie i w ogóle się nie zmęczyłam! Jedyne co siadło to uda. Czas jest jaki jest ale jestem z siebie dumna że dałam radę. Na kolejny maraton już się przygotuję i mam nadzieję że złamię 5 godzin (a może i nawet 4?) :D I co najlepsze - przez cały dystans ani razu nie przeszło mi przez myśl żeby zrezygnować. Byłam pewna że dam radę.
Jak widać - da się. Jednak nie polecam maratonu osobom które dopiero co wstały od biurka. To jest na prawdę ogromny wysiłek i organizm porządnie dostaje po dupie. Co do ściany... Nie trafiłam na taką, bo od 10 km w każdym punkcie jadłam i piłam przez co nie było szans na to żeby odcięło mi prąd w nogach. Jeśli decydujecie się na półmaraton czy maraton to jedzcie i pijcie od początku! Nie róbcie z siebie superbohaterów a na pewno dotrzecie do mety.
Najlepsze na końcu - PIWO!

Jacku (jestesmyfajni.pl) sorry... ale chyba musisz się zapisać na maraton :D

Pamiętajcie - 2/3 dystansu biegnie się z głową, a 1/3 sercem.