Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaraton. Pokaż wszystkie posty

9 kwietnia 2017

10. Poznań Półmaraton

Zaczęłam od Dębna, więc teraz wypadało by wrócić do Poznania. 
To było moje drugie podejście do złamania 1:55. Wydaje mi się że zimę przepracowałam o wiele lepiej niż rok temu, mimo to czegoś brakowało. Ale, ale! Znowu zaczynam od końca, więc może przenieśmy się do 24 marca, czyli na 2 dni przed startem. Od razu po pracy pognałam odebrać pakiet. Na Expo spędziłam bardzo mało czasu, bo nie chciałam kupić czegokolwiek. Przechodząc obok stoisk z pięknymi, kolorowymi butami, opaskami, czy czapkami, wmawiałam sobie że wszystko mam. Całe szczęście podziałało. Spotkałam też sporo znajomych osób i wymieniłam na szybko kilka zdań. Na sobotę umówiłam się z nowo poznanymi członkami wkurw_team na Pasta Party. A że było nam mało to wybraliśmy się jeszcze do miasta na kawę i ciacho. Z soboty na niedzielę była zmiana czasu i spaliśmy o godzinę krócej. Ustawiłam wszystkie budziki jakie miałam żeby nie lecieć z wywieszonym językiem na start (mam aż 600 metrów do pokonania, tyle wygrać!). Szybko zasnęłam, ale ta godzina w plecy dużo zepsuła, bo po przebudzeniu czułam się jakby mnie rozjechał czołg. Tradycyjnie bułka z dżemem, pół litra soku z buraków i można było wychodzić. Przed startem zdjęcie z wkurw_team i ciśniemy:
Znalazłam pacemakerów na 1:55 i pozostało mi czekanie na start swojej strefy. Powoli przesuwałam się o przodu aż trochę ich wyprzedziłam. Nagle za moimi plecami wyrósł ochroniarz z linką, i balony zostały za mną. Musiałam wystartować z szybszej strefy co wybiło mnie z rytmu, bo przez cały czas próbowałam uciekać przed balonami. Gdy zbliżał się ten słynny podbieg na ok. 10,5 km lekko się spociłam, bo będąc na agrafce zobaczyłam zająców. O dziwo nie cierpiałam tak bardzo jak rok temu. Zwolniłam, ale po wczołganiu się na górę przyspieszyłam, i udało się wrócić do poprzedniego tempa. Niestety radość trwała krótko. Na 12-13 kilometrze wyprzedzili mnie, a ja już nie miałam siły utrzymać tego tempa. Zaczęło się przeliczanie w jakim czasie dotrę do mety. Na początku ubzdurałam sobie że przecież uda się na 1:55, no może 1:56. Po czym przypomniałam sobie że oni wystartowali jakieś 3 minuty po mnie, więc nie jestem w stanie nic nadrobić. Pozostało mi po prostu dobiec do mety. Jakoś na 17 km na Rondzie Skubiszewskiego dopadł mnie kryzys. Na myśl o długiej prostej odechciało mi się biec. Wlokłam się z totalnie pustą głową. Nie myślałam o niczym, nic do mnie nie docierało. Mijałam biegaczy siedzących na krawężnikach, których podtrzymywali ratownicy, a ja dalej: lewa, prawa, lewa, prawa. Dopiero na skrzyżowaniu Matejki/Szylinga/Grunwaldzka przyspieszyłam. I nareszcie! Upragniony skręt na targi i do hali! 
(fot. Fotografia Patryk Stremich)
Meta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Co prawda od pomarańczu aż raziło, ale tam było dużo ludzi, super doping, a pomiędzy biegaczami lawirował Mezo, który dawał koncert zaraz po ukończeniu biegu. Zwątpiłam trochę bo nie za bardzo wiedziałam gdzie jest ta meta (a przecież trzeba zastopować zegarek!), ale udało się wypatrzeć matę. 
Ledwo dysząc skierowałam się na prawo, za wszystkimi. Na wyjściu z hali dostałam medal oraz kwiatka. Do tego momentu było wszystko ok po czym zaczął się horror. Łącznik pomiędzy obiema halami był zatkany. Żeby przejść gdziekolwiek trzeba było się przeciskać. W dodatku świeciło słońce, więc w środku było jak w szklarni. Udało mi się wydostać do strefy z jedzeniem. Tam również ścisk. Szłam wzdłuż stołów szukając pomarańczy. Okazało się że były z drugiej strony, więc znowu przepychanie. Gdy już wpadły w moje ręce, stanęłam z boku, ściągnęłam chip, i niestety musiałam cofnąć się do szklarni. Oddałam chip i ruszyłam do wyjścia przez halę w której były szatnie i depozyty. Tu czekał kolejny problem. Na wejściu stali ochroniarze którzy nie wpuszczali kibiców, ale niestety ich zachowanie (kibiców) pozostawało wiele do życzenia. Pchali się w przejściu i zupełnie nie pozwalali wyjść biegaczom. Cisnęły mi się na usta niecenzuralne słowa, bo ledwo wleczesz nogami, jesteś głodna, zmęczona, i nie możesz wyjść bo stado baranów blokuje drogę, bo już teraz, zaraz, natychmiast musi się zobaczyć ze swoim misiem pysiem. Udało mi się dostać pod halę gdzie wydawano makaron i piwo. Po 10 minutach krążenia znalazłam mamę, i poszłam jeść. Makaron dostałam bez problemu, ale to co się działo przy wydawaniu piwa... Niby były jakieś kolejki, ale w zasadzie można było się wepchnąć bez problemu. Nie przypominam sobie żeby rok temu były takie tłumy, i taki problem z piwem (dla mnie to istotna sprawa, bo na % pozwalam sobie w zasadzie tylko po biegu, a na "co dzień" nie piję).
Pakiet startowy:
Tradycyjnie, jak to w Poznaniu:
- fajny, solidny worek
- pasująca kolorystycznie koszulka techniczna 4F
- piwo Miłosław
- numer startowy
- bon na Pasta Party
- medal i żarełko po biegu
Trasa:
Identyczna jak rok temu. Zmiana była kosmetyczna i dotyczyła tylko początku. Zamiast skręcać na Most Dworcowy, biegliśmy w stronę Kaponiery, Cytadeli, a tam na Garbary. Według mnie to nadal zły pomysł, bo na wysokości Sheratona przy przystanku tramwajowym znowu był zator, i musiałam stanąć. Tłok był aż do Garbar. Kompletnie nie rozumiem dlaczego nie możemy biec w drugą stronę... No i bardzo bym chciała żeby zmniejszono limit, i wróciła trasa z 8. Poznań Półmaratonu.
Organizacja:
Nie mam do czego się przyczepić oprócz jednej rzeczy o której napisałam wcześniej - strefa zawodnika. Ten nagrzany, zamknięty łącznik, gdzie nie było totalnie przepływu ludzi: tragedia. Wydaje mi się że łącznik powinien być otwarty, i dla nas odgrodzona od kibiców przestrzeń na placu przed halami, tak że moglibyśmy się bez przepychania dostać na makaron. Za to meta wymiata! Ponoć tam było duszno, ale mój organizm nie zarejestrował tej oszałamiającej zmiany temperatury. Mam nadzieję że w przyszłym roku też będzie finisz na hali.
Sprzęcior:
- kapcie New Balance Minimus Zero
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka BBMLW
- 3 żele ALE cola z kofeiną
Podsumowanie:
- czas netto: 1:58:12
- miejsce OPEN K20: 871
- skurcze/obtarcia/pęcherze: brak

Potwierdza się to co kiedyś napisałam - nie mam szczęścia do półmaratonów w rodzinnym mieście. Kolejne podejście do złamania 1:55 w czerwcu we Wrocławiu.

26 października 2015

2. PZU Cracovia Półmaraton Królewski

Cały czas chodziło za mną złamanie 2 godzin, bo przecież co to jest? Średnio 5:41 min/km. Dla większości osób to tempo konwersacyjne, a ja ledwo je utrzymywałam w lipcu na Nocnej Maniackiej Piątce. W kwietniu się nie udało. Od 17 km męczyłam się i chciałam żeby ten półmaraton skończył się jak najszybciej. Ale nic dziwnego - treningi od święta: "bo zimno/ciemno/pada" itd. Po maratonie przypływ energii, szał ciał i w ogóle amok, bo chyba jednak biegam, a nie szuram nogami. Stwierdziłam, że spróbuję, i ustawię się na czas 2:00. Jak nie dam rady to trudno. 
W piątek przed wyjazdem poszłam jeszcze na zajęcia, a później od razu z uczelni poleciałam na dworzec. O 10:40 miałam pociąg, a na miejscu byłam o 16:55. Z dworca na Tauron Arenę wybrałam się pieszo. Musiałam rozprostować nogi po tej kilkugodzinnej posiadówie. Pierwszy zgrzyt pojawił się już przy odbiorze pakietu. Rozdzielono część Expo od biura zawodów taśmami. Tak, że wchodząc na Expo był problem z dostaniem się do biura i odwrotnie. Musiałam przeciskać się z torbami przy informacji przez te taśmy i barierki, bo inaczej musiałabym wyjść z budynku i wejść innymi drzwiami. Ale tak też się nie dało. Jak już weszłam od strony Expo, wtarabaniłam się do biura przez taśmy, i później z biura znowu na część Expo (bo na tej stronie była informacja, a chciałam zapytać o dojście na nocleg), to po raz kolejny musiałam się przeciskać, bo nie chcieli mnie wypuścić: "bo tu jest wejście, tu nie ma przejścia". Kompletnie nie rozumiem stawiania takich płotków, bo w dniu startu je usunięto, i można było swobodnie poruszać się po obiekcie. 
Sam pakiet przyzwoity. Zresztą nie wołali kokosów - tylko, i aż 50 zł (w Poznaniu organizatorzy Maniackiej Dziesiątki tyle chcą - kogoś pogięło).W cenie miałam numer startowy z przymocowanym chipem, agrafki, worek, koszulkę techniczną, sok pomidorowy, a na mecie medal, wodę, piwo, makaron i herbatę. 
Skorzystałam z możliwości noclegu na hali, bo gdybym zdecydowała się na nocną jazdę pociągiem, to rano wyglądałabym jak cień. Przyszłam jako jedna z pierwszych osób. Chętnych przyjmowali od 18:00 do 22:00, a o 20:00 cały czas było tak:
Mała hala znajdowała się przy Tauron Arenie, więc nie musiałam nigdzie jeździć. Depozyt zorganizowano także w tym samym miejscu, więc wszystko miałam pod nosem. O 22:00 wyłączyli nam światło, więc nie pozostało nic innego jak pójść spać. Wygodnie nie było i co jakiś czas budziłam się żeby zmienić pozycję, bo gnoty wżynały mi się w podłogę, ale jakimś cudem wyspałam się. O 6:00 pobudka, bo zapalili światło. Ponoć mieliśmy się zwinąć do godziny 7:00, bo organizatorzy musieli ogarnąć depozyt, ale takie dzikie tłumy im nie przeszkadzały, więc niektórzy wstawali dopiero po 8:00. Udało mi się zmieścić wszystkie rzeczy do worka, oddałam je w ręce wolontariuszy i poczłapałam na grupowe zdjęcie wkurw_team. A że zostało jeszcze mnóstwo czasu do startu to wróciłam do hali żeby nie marznąć. Wyszłam stamtąd w ostatniej chwili. Same niedobitki podążały do stref, i tu zgrzyt nr 2. Nie mogłam się dostać do swojej, bo wszystko oddzielili barierkami, i nie było wejść do poszczególnych stref. Zrobili tylko jedno gdzieś w okolicy 1:30. Musiałam dojść do samego końca i przeciskać się. Ustawiłam się niedaleko zająców na 2:00 i postanowiłam trzymać się za nimi tak jak zrobiłam na maratonie. 
1-7 km
Start i od razu pod górkę. No nic. Trzeba się wczołgać. Baloniki już zaczęły się niebezpiecznie oddalać. Ciężko było wyprzedzać. Sprawdziłam tempo a tam skoki od 5:07 do 5:32 min/km. Matko Bosko Biegowa! Za szybko! Padnę po 5 km, a co dalej? Mimo to jakoś specjalnie nie zwalniałam. Zające cały czas jakieś 100 m przede mną. Na Kotlarskiej zwężono trasę do jednej nitki o szerokości 2,5-3 m! Kto to wymyślił?! W Poznaniu zamykają całą jedną kilku pasmową ulicę, a samochody puszczają drugą nitką w obie strony tak, żeby nie zamykać całkowicie ruchu. Było tak ciasno że tempo spadło miejscami do 7-8 min/km! Ludzie biegli chodnikiem bo inaczej się nie dało. Dopiero gdy zbiegliśmy z mostu to zrobiło się luźniej. Ale kolejna katastrofa czekała na 5 km, czyli pierwszym punkcie żywieniowym. Najpierw wąski zbieg po bruku z ostrym zakrętem na dole, a później powalająco szeroki (tak ze 2 m) chodnik, kawałek trawy i rzeka. (Tutaj możecie zobaczyć jak to wyglądało: klik). Już na pierwszym punkcie wolontariusze nie nadążali z nalewaniem wody. Niektórzy podawali całe butelki. Punkt był długi, ale dopiero gdzieś pod koniec udało mi się dostać wodę i izotonik (oczywiście musiałam się przepychać, i uważać żeby nie wychrzanić się na kubkach, bo niektórym ciężko było odrzucać je na bok tylko świgali pod nogi). Później znowu wąski podbieg na bruku. W okolicy 7 km wbiegaliśmy w tunel i tam zegarek stracił sygnał. Całe szczęście jak tylko wybiegłam to od razu go złapał. Wtedy też udało mi się dogonić pierwszego zająca. 
8-13 km
Biegłam z nim przez chwilę, ale sprawdzając międzyczasy na opasce wydawało mi się że biegnie za wolno. Przyspieszyłam i przy Błoniach dogoniłam parę pacemakerów (było ich 4, nie wiedzieć czemu, rozdzielili się i nie było wiadomo za kim biec). Na zbiegu Focha i 3 Maja znowu zwężenie, znowu wybicie z rytmu i zwolnienie tempa. Trzymałam się ich do 13 km, i uznałam że pora przyspieszyć żeby dogonić ostatniego zająca. W zasadzie już na 13 km zaczęłam finiszować.
(Źródło: FB Fotoportal)
14-18 km
Bieg obok kościoła św. Anny, przez Rynek Główny, Grodzką, wokół Wawelu... Coś pięknego! To był najlepszy fragment trasy i właśnie na to czekałam. Jak wbiegałam na Rynek to chciało mi się ryczeć. Ciągle przyspieszałam, bo szukałam tego ostatniego zająca. Okazało się że wyprzedziłam wszystkich i teoretycznie lecę na czas poniżej 2 godzin. Znowu zesłali nas na Bulwary, i bałam się że będzie walka z wiatrem, ale całe szczęście żadnej wichury jak w Poznaniu nie było. Zrobiło się luźniej i nie musiałam się przeciskać.
19-21,097 km
No i pora na chyba najgorszy fragment - Miedziana. Organizatorzy chyba nie mieli pomysłu na trasę, i biegliśmy tyłami jakiejś fabryki/zakładu przemysłowego (?). Totalne odludzie. Po 20 km atak. Znowu sprawdziłam międzyczasy i wydawało mi się, że nie uda się złamać tych 2 godzin. Leciałam z zaciśniętymi dłoniami, cała spięta i z grymasem na twarzy który mógł sugerować że bardzo cierpię. A ja po prostu byłam tak zdenerwowana że się nie uda, że prawie się popłakałam wbiegając na Lema. Zegarek pokazywał jakieś kosmiczne dla mnie czasy: 4:51, 4:44, 5:11... Ostatni kilometr zrobiłam w średnim tempie 4:55 min/km. Skręcając w kierunku Tauron Areny myślałam że nie wyrobię na zakrętach. Wbiegając do hali, widząc metę i to co tam się dzieje, docisnęłam jeszcze. Takiego finiszu i to jeszcze w takim miejscu nigdy nie miałam. Idąc po medal dławiłam się łzami. Chciałam zobaczyć na zegarze tylko 1:59:59, a dobiegłam w 1:57:27 znowu mając spory zapas żeby biec jeszcze szybciej.
Trasa niby była płaska, ale porównując ją do półmaratonu poznańskiego to (wg mnie) chyba była trudniejsza. Przy okazji zrobiłam życiówkę na 10 km - 57:08. 
Podsumowanie:
- czas netto: 01:57:27
- miejsce OPEN: 3766/5837
- miejsce OPEN kobiet: 486/1404
- miejsce w kategorii K18: 191/517
- skurcze/obtarcia/pęcherze/kolki: brak
- inne uszkodzenia: brak
Sprzęcior:
- New Balance Minimus Zero v2
- portki Decathlon
- koszulka BBMLW
- kompresy Royal Bay
- 3 x żel Nutrend Cola
Ciągle nie dowierzam i gapię się na ten medal z rozdziawioną gębą... Ale już mam plany na przyszły rok. Obowiązkowo startuję w poznańskim półmaratonie i będę próbowała złamać 1:50. Zresztą nie mam wyjścia. W maju ponownie jadę do Krakowa, ale tym razem na maraton - tam chcę wpaść na metę poniżej 4 godzin, i wiem że to jest możliwe.

13 kwietnia 2015

8. Poznań Półmaraton

Niedziela. Godzina 5:30. Wstaję, biorę leki, przestawiam budzik na 6:00 i kładę się jeszcze na chwilę. Po kilkunastu minutach podnoszę tyłek z łóżka bo nie wiem co ze sobą zrobić. Coś pobolewa gardło i kapie z nosa, ale to nie groźne. Gotuję makaron, jem i ubieram się. Wszystko przygotowałam dzień wcześniej. Sprawdzam jeszcze raz czy wszystko mam i wychodzę na tramwaj. Jest 8:00. Na miejscu jestem przed 9:00 i szukam wkurw teamu. Gadamy, gramy o wkurw kubki w marynarza (zgarniam jeden!), robimy zdjęcie, szybkie siku i idziemy na start. Tam się rozdzielamy, każdy idzie do swojej strefy i szuka zająca. Ja na 2:10. Jednak zanim do niego docieram to wpadam przy balonikach na 2:00 na Jacka z http://jestesmyfajni.pl/. Dołączam do niego ale jeśli po drodze padnę to zwalę na niego. Docieramy do linii startu po 5 minutach, baloniki na 2:00 znikają z oczu i gdzieś tam w oddali majaczą na 2:10. Biegniemy, gadamy, jeszcze nie sapię i jest całkiem znośnie. Pierwsze 10 km mija błyskawicznie. Na 7/8 km doganiamy zająca na 2:10 i zostawiamy go w tyle. Przy wodopoju na 15 km rozdzielamy się. Muszę przejść do marszu i na spokojnie się napić, a Jacek biegnie dalej. Przez to znacznie zwalniam. Zaczynam się czołgać. Niestety słońce coraz bardziej daje się we znaki. Na 16 km słyszę rozmowę kibicujących kobiet, które rzucają w moim kierunku tekstem "jaka ona blada!" (a twarz mnie pali więc skąd ta bladość?). Gdzieś przed 17 km na skrzyżowaniu Królowej Jadwigi, Drogi Dębińskiej i Garbar stoi sąsiadka. Lekko mnie zatyka bo nie spodziewam się kogokolwiek znajomego na trasie. Banan od ucha do ucha, suszę zęby, odmachuję i trochę przyspieszam. Na Kazimierza Wielkiego moje nogi trafiają na ścianę. Zazwyczaj moje płuca nie mogą, a nogi dają radę. Tym razem jest odwrotnie. Nie jestem zmęczona ale uda odmawiają posłuszeństwa. Są zakwaszone i nie mam siły nimi ruszać. Od tego momentu coraz częściej myślę o przejściu do marszu. Ale do jasnej cholery. Cały dystans biegnę i teraz mam się poddać? W dodatku po obu stronach ulicy od Kazimierza Wielkiego po Baraniaka i Wiankową stoją kibice. Wstyd się zatrzymać. Lecę dalej chociaż palą mnie stopy. Specjalnie zakładam startówki z cienkiej siateczki żeby tego uniknąć ale to nic nie daje. Na 20 km zaraz przed skrętem w Wiankową wyprzedza mnie zając na 2:10. Klnę pod nosem jednak mam już to w dupie czy zmieszczę się w zakładanym czasie, czy nie. Po prostu chcę być na mecie i się napić. Nie mam siły przyspieszyć na ostatnim kilometrze. Meta zamiast się przybliżać to się oddala. Zbiegam z mostku, widzę niebieski dywan i zegar - 2:15. Tym razem nie ma tej radości jak po ukończeniu maratonu. Nie myślę "No jak?! To już koniec?!" tylko "ojapierdole nareszcie to się skończyło". Z biegu przechodzę do marszu, od razu idę po medal i po chwili dociera do mnie gigantyczny ból stóp oraz całych nóg. Wszystko od pasa w dół jest zmasakrowane. Odbieram torbę z depozytu, ubieram się, idę po piwo i rozsiadam się z całym bajzlem na słońcu. Zasłużone piwo - czas netto: 2:10:06.
Poniedziałek. Godzina 7:30. Przewalam się z boku na bok. Nie śpię prawie całą noc bo dokucza ból gardła, głowy i nos tak zatkany że nie mogę oddychać. Łapię jakieś choróbsko i przymusowy odpoczynek przynajmniej do wtorku. 

Dałam z siebie nawet więcej niż 100%. Maraton tak mną nie sponiewierał jak połówka. Na początku zakładałam 1:59, ale przygotowania nie poszły po mojej myśli, więc uznałam że 2:10-15 będzie w sam raz, a być może nawet 2:20. Jednak udało się i jest 2:10. Pewnie gdybym nie odłączyła się od Jacka to dotargałby mnie na lepszy czas, ale i tak jestem z siebie bardzo zadowolona. Poniekąd to był debiut bo połówkę zrobiłam na razie na maratonie i zajęło mi to 2:32:41, a więc poprawiłam czas o 22 minuty i 35 sekund. Takiej życiówki już nie zrobię ;) 

(Źródła zdjęć: polskabiega, festiwalbiegowy, udostępnione albumy w Google+)

12 września 2014

24 Półmaraton Philips Piła

Post będzie dość długi bo 7 września był dniem pełnym wrażeń... Wszystko zaplanowane co do minuty - o 7:40 wyjazd, o 8:00 makaron, następnie o 9:00 250 ml soku z buraków i 30 minut później kolejne 250 ml. O 10:00 dwie tabletki Alkagenu + 10 g BCAA. Do Piły dotarłam ok. 9:15. Trochę czasu zajęło szukanie miejsca, bo wszystko w okolicy szkoły było zastawione samochodami. Ale udało się. Odbiór pakietu bez problemu. Nie było żadnych kolejek, ale i tak musiałam się cofnąć bo ledwo wyszłam z sali gimnastycznej a już posiałam agrafki. W pakiecie tradycyjnie: numer, koszulka, sterta ulotek, a po przekroczeniu mety każdy otrzymywał medal i jakieś fanty ale niestety nie było mi dane dostąpić tego zaszczytu. 
Ustawiłam się pomiędzy balonami na 2:00 i 2:10 chociaż traktowałam to jako trening i chciałam się zmieścić do 2:30. Pierwsze 4 km bez problemu, w zasięgu wzroku był balon na 2:00 chociaż powoli zaczął się oddalać. Zbytnio się nie przejęłam. Planowałam 5 km pokonać wolniej, a później trochę przyspieszyć bo od 10 do 14 km był podbieg. I właśnie od 5 km się zaczęło... (tu jeszcze żyję):
Pani po lewej w koszuli w kratę to moja babcia :D Dzielnie dopingowała w tym upale, a dziadek robił zdjęcia.
Punkty odżywcze miały być na 5, 10 i 15 km a w rzeczywistości były przesunięte o 1 km (ponoć tego ostatniego w ogóle nie było [w dodatku nie na 15 a dopiero 18-19 km!] - po prostu zwinęli majdan a wy zdychajcie i odwadniajcie się). Oznaczenie trasy też kulało bo widziałam tabliczki na 4, 5, 6, 7, 8 i 10 km. Reszta chyba wsiąkła, a rozglądałam się i szukałam ich bo te metry ciągnęły się jak guma od gaci... Natomiast kurtyn wodnych było sztuk dwie. Szaleństwo! Zwłaszcza że co roku w Pile jest taki upał, organizatorzy dobrze o tym wiedzą a i tak nic z tym nie robią. W dodatku był problem z wodą - już na drugim punkcie były braki. Tak samo na mecie i w namiocie medycznym. Stwierdziłam że będę pić od samego początku bo lepiej nie ryzykować w takiej temperaturze. No i się napiłam... Skończyło się bólem zaraz pod mostkiem. To nie była kolka ani chlupotanie w żołądku tylko ból. Od 6 km ciągle przechodziłam do marszu. Byłam tak zmęczona jakbym przebiegła cztery razy tyle. Po 12 km znowu marsz i podszedł do mnie ratownik medyczny (a dokładniej ratowniczka). Zapytała czy wszystko ok no i poleciały łzy. Już wiedziałam że nie dam rady i nie ukończę biegu. Ten ból był jeszcze bardziej upierdliwy i męczący niż kolka, a w połączeniu z tak wysoką temperaturą to było niewykonalne. Byłam zła. Nie wiem na co. Chyba na swój organizm że nawalił nie wtedy kiedy miał bo byłam przygotowana. Po tych 12 km moje nogi były "nienaruszone". Zupełnie nie odczuły tego dystansu. Dziewczyna wezwała karetkę. Zmierzyli ciśnienie (tradycyjnie niskie), cukier (w normie) i podali sól - źle wbili wenflon w prawą dłoń więc maltretowali drugą (ostatecznie ręce miałam podziurawione w kilku miejscach). Zawieźli mnie na metę i do namiotu pod kolejną kroplówkę. Tam znowu mierzyli ciśnienie i zrobili EKG. Zsunęli mi skarpety kompresyjne do kostek żeby przykleić te wszystkie duperele. Kompletnie zapomniałam o tym że ucisk przy kostce jest największy i nie ściągnęłam ich. Po chwili gigantyczny skurcz kilka centymetrów nad Achillesem. To musiało śmiesznie wyglądać - oni próbują mnie okleić, ja szarpię się z nogą i nikt nic nie wie. W końcu ktoś mi się zapytał co się dzieje, wpadł na pomysł żeby ściągnąć mi to wszystko i ponaginać trochę nogę, bo palce i stopę miałam poskręcane. Leżałam tam jakieś 10 minut. W zasadzie już czułam się dobrze, mało brakowało żeby mnie wypuścili i co? Nagle kompletnie mnie zmuliło, zrobiło się zimno, dreszcze i cała się trzęsłam. Decyzja koordynatora medycznego (był lekko wkurzony że nie może mi zmierzyć ciśnienia bo niby za chuda jestem) - szpital. Tam znowu EKG + pobranie krwi. Trafiłam do sali obserwacyjnej razem z dwoma panami którzy także padli, ale trochę dalej. Z tym że oni byli po 30-stce, o wiele więcej wybieganych kilometrów niż ja, a niestety głupi... Niezbyt dobrze czuli się już na 10 km a mimo to cisnęli dalej. W okolicy 18-19 km stracili przytomność i nawet nie wiedzieli kiedy. No nic. Po 16:00 były już wyniki i okazało się że poziom hemoglobiny leży i kwiczy - 7, a norma to 11,5. Oprócz tego jeszcze tragicznie niski hematokryt, erytrocyty i bardzo mało żelaza (25). Podsumowując: okazało się że mam niedokrwistość. Teraz tylko trzeba było sprawdzić skąd to się wzięło. Przede wszystkim lekarze byli zdziwieni że przebiegłam aż tyle, bo nie powinnam w ogóle biec i zrobić nawet kilometra. Ale najwyraźniej "zahartowałam" organizm który przyzwyczaił się do tak niskiego poziomu. Jednak musiał przyjść ten moment kiedy wszystko siądzie i akurat to był ten dzień. Dwukrotnie zrobiono mi USG brzucha oraz RTG, do tego znowu pobranie krwi i hit - dwa "najlepsze" badania ever jakie kiedykolwiek miałam: gastroskopia i kolonoskopia. Najgorsze było bycie na czczo w zasadzie od poniedziałkowego wieczoru. We wtorek ok. 11:00 USG. Po nim wpadłam do sali, pochłonęłam śniadanie no i czekałam na obiad. Jednak okazało się że go nie dostanę, bo w środę te szałowe badania więc znowu nie mogę jeść. Zjadłam jeszcze na szybko serek wiejski i dwie kostki gorzkiej czekolady. Dostałam prawie 3 litry wody z rozpuszczonymi prochami przeczyszczającymi. Takiego świństwa jeszcze nigdy nie piłam. To smakowało i "pachniało" jak wilgotna, posłodzona ziemia z dodatkiem pelargonii. Nigdy tego nie zapomnę. Wypiłam tylko połowę, bo znowu pojawił się ból pod mostkiem + duszności + ucisk w gardle + drgawki + mdłości. Stwierdziłam że więcej nie wypiję i mam to gdzieś. Najwyżej nie zrobią jednego badania. Środa rano: czekam, czekam i czekam, nadal mnie nie biorą a ja już ledwo żyję. Dopiero około południa coś się ruszyło. Na pierwszy ogień poszła pacjentka po 60-tce. Była przerażona. Weszła, usłyszałam jak każą jej się położyć, drzwi się zamknęły i nagle słychać przyduszone "krzyki". Jakoś specjalnie to na mnie wrażenia nie zrobiło bo jedyne o czym myślałam to jedzenie, i że tylko kilka minut dzieli mnie od obżarstwa. Położyłam się bo średnio się czułam i po chwili zawinęli moje pozostałości do sali obok, podłączyli do kroplówki i stwierdzili że zaczynają od gastroskopii. Podczepili mnie pod urządzonko do mierzenia ciśnienia - cały czas było niskie. Nawet jak zobaczyłam to co mają mi wsadzić do gardła :D Powiem tyle: nigdy więcej. Dopóki tym usrojstwem nie ruszali to było do zniesienia, a tak to każde przesunięcie nawet o pół centymetra powodowało odruch wymiotny. Całe szczęście to trwało może ze 2 minuty. A po wszystkim... usnęłam. Nie pamiętam o czym wtedy myślałam, ale zamknęłam oczy i kima. Jak kobieta przyszła żeby mnie przygotować do kolejnego badania to się wystraszyłam, bo zapomniałam gdzie jestem. Do drugiej -skopii dostałam tzw. głupiego Jasia. 5 sekund i totalny flak. Zupełnie jakby mi ktoś wiadro założył na głowę. Gdy już było po wszystkim to pielęgniarka powiedziała że powoli mogę zacząć jeść, ale nie za gorące. Wyszła dosłownie na chwilę, wraca, a ja w najlepsze pochłaniałam już trzecią skibkę chleba orkiszowego z dżemem. Tylko się uśmiechnęła i wyszła. Akurat dawali obiad więc dopchałam się ziemniakami i mięsem. Po godzinie poleciałam na dół do sklepu i zjadłam paczkę ciastek holenderskich z czekoladą a tak ok. 18:00 Kinder Bueno. Skończyło się bólem brzucha :D Ale przynajmniej już mogłam jakoś funkcjonować, a nie jak zombie. Wypuścili mnie wczoraj w stanie średnim (dziwne żeby był lepszy jak nie podawali mi tam żadnych leków). Babcia przywiozła mi dwa eklery, a pod wieczór zjadłam jeszcze czekoladę orzechową. No żyć, nie umierać! Zapisano mi lek o nazwie Sorbifer durules. Poczytałam trochę i się przeraziłam. Sporo osób ma po nim skutki uboczne. W dodatku trzeba uważać jak bierze się leki na tarczycę, i nie można go łączyć z kawą, herbatą, produktami mlecznymi, zbożowymi i z błonnikiem. Wzięłam pierwszą tabletkę ok. 21:00 i oczekiwanie - skręci mnie, zwymiotuję a może drugą stroną? Minęła godzina, dwie... Chyba będę żyć. 
Niestety nie wiem co z maratonem. Za 3 tygodnie muszę skontrolować poziom żelaza i hemoglobiny. Jeśli nic tam nie przyrośnie to z królewskiego dystansu nici w tym roku. 21 września planowałam dłuższe wybieganie, ale zależy jak będę się czuć. Jeśli w granicach normy to spróbuję, a jeśli nie... To czeka mnie tylko dyszka 11 listopada w Luboniu, a później kolejna - Bieg Mikołajkowy. 

A do Piły więcej nie pojadę, bo niestety organizacja kuleje. Później się dowiedziałam że zaczęli zwijać cały bajzel nie czekając do ostatniego zawodnika - kompletny brak szacunku. W ogóle odpadają wszelkie starty między czerwcem a wrześniem. Może za kilka lat, ale teraz nie ma takiej opcji. Nie jestem w stanie spacerować przy takich temperaturach, bo pocę się jak szczur a co dopiero biegać. W każdym razie gratuluję tym którzy ukończyli bieg i o własnych nogach dotarli do domu ;)

I najważniejsze! - Pani Parasolka!