Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ultra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ultra. Pokaż wszystkie posty

5 września 2017

Bieg Ultra Granią Tatr 2017, czyli wolontariuszem być

Po Chudym Wawrzyńcu czekała mnie niezbyt ciekawa podróż do Zakopanego. Niby to tylko 100 kilometrów z hakiem, a dojazd zajął niemal cały dzień. Dwie przesiadki, oczekiwanie na peronach po 2-3 godziny, i przed 22:00 weszłam do pokoju. Szybkie mycie, nastawienie budzika i do łóżka, bo następny dzień miał być bardzo ciężki. 
Zgłosiłam się do wolontariatu na Bieg Ultra Granią Tatr, ponieważ chciałam w tym uczestniczyć chociaż w taki sposób, bo jestem jeszcze za cienka żeby wziąć udział. Jest to dla mnie bieg z serii "must pobiec", i mam nadzieję że uda się wystartować za 2 lata. Ale tym razem musiał mi wystarczyć identyfikator z napisem "Team". Jednak zanim wyruszyłam na swój punkt, to przez 3 dni robiłam rekonesans trasy żeby na własnej skórze poczuć to, z czym zmierzą się zawodnicy. W planach miałam rozłożenie tego na 2 dni, ale odezwało się zmęczenie po Chudym. Całość zrobiłam z przypadkowo poznaną przez internet osobą - Kamilem, który dzielnie znosił mnie i moje sapanie na szlaku. 
Dzień 1
Siwa Polana - Grześ - Rakoń - Wołowiec - Jarząbczy Wierch - Kończysty Wierch - Starobociański Wierch - Ornak - Hala Ornak
Dystans: ok. 26,5 km + ok. 5,5 km do wejścia Doliny Kościeliskiej 
Rohacze
Spotkanie przed podejściem na Starobociański Wierch
Dzień 2
Hala Ornak - Dolina Tomanowa - Ciemniak - Krzesanica - Małołączniak - Kopa Kondracka - Goryczkowa Czuba - Kasprowy Wierch - Hala Gąsienicowa/Murowaniec
Dystans: 16 km + ok. 5,5 km dojście do Hali Ornak oraz ok. 4,5 km zejścia do Kuźnic
 Czerwone Wierchy z Krzesanicy
Hala Gąsienicowa z Kasprowego Wierchu
Dzień 3
Hala Gąsienicowa/Murowaniec - Dolina Pańszczyca - Krzyżne - Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów Polskich - Dolina Roztoki - Wodogrzmoty Mickiewicza
Dystans: ok. 14 km + ok. 4,5 km dojścia do Murowańca z Kuźnic oraz ok. 3 km zejścia do Palenicy
Dolina Pańszczyca z Przełęczy Krzyżne
Razem: ok. 79 km, przewyższenia +4867 m/-4715 m

Najgorszy i wysysający z człowieka wszystko co się da jest pierwszy odcinek. Niby Tatry Zachodnie, na zdjęciach takie łagodne, kopulaste, a jednak potrafią człowieka sponiewierać. Ciężko się zbiegało. Zwłaszcza z Wołowca. Tam szłam, a właściwie dreptałam w miejscu. Włączyła mi się jakaś totalna blokada i nie byłam w stanie biec. Nie wiem czy to obawa przed ITSB, że znowu zacznie boleć, czy dlatego, że po obu stronach miałam przepaść, i wystarczyło jedno potknięcie żeby spaść i mocno potrzaskać się o kamienie. Z Ornaku już niemal do końca marsz, bo skończyła nam się woda i bardzo zdychaliśmy. Najbliższy strumień w którym można było uzupełnić zapas był niedaleko schroniska. Dzień drugi był najprzyjemniejszy. Kamil dał popalić nogom w pierwszy etapie, więc teraz ja korzystałam i leciałam jak szalona po Czerwonych Wierchach. Tym razem bez obawy, że jak polecę na twarz to przy okazji sturlam się jak beczka. Z Kasprowego mieliśmy schodzić, ale no... nie skorzystać i nie pobiec? Jak teraz sprawdzam zapis z zegarka to zastanawiam się jakim cudem nie połamałam nóg w takim tempie. Chociaż najlepsze miało dopiero nadejść! Ostatni etap niby lajtowy - tylko trzeba podejść na Krzyżne. Faktycznie nie było źle. Wesoło się zrobiło na zejściu. Tempo miałam zbliżone do wejścia, a kilka razy zdarzyło mi się po prostu usiąść z myślą "nie no to są jakieś jaja, nigdzie nie idę". Całe szczęście mieliśmy dobrą pogodę, bo gdyby zaczęło padać to chyba bym została na górze. Większość tego zejścia pokonałam na tyłku, więc całe szorty i kompresy były brązowe od piachu. Przy schronisku trochę zmoczyliśmy nogi w stawie (Kamil po sam tyłek), i tu zaczęło się dobre zbieganie. Jak wypadłam ze szlaku przy Wodogrzmotach to byłam wielkim, sapiącym, spoconym burakiem. Ale było warto! Odpuściliśmy ostatnie 15 km trasy (Dolina Waksmundzka, Kopieniec, Nosalowa Przełęcz), bo byłam mocno zmęczona, a przecież miałam jeszcze Chudego w nogach.
Na następny dzień zrobiłam sobie wolne, bo kiedyś trzeba odpocząć. Kamil pojechał, a na jego miejsce przyjechała Paulina którą znam z Instagrama. W planach miałyśmy Granaty, ale odezwała się noga. Wolałam nie ryzykować, zostałam w domu, a ona poszła sama na Giewont. 
Niewiele brakowało a nie poszłabym na odprawę. Nie wiem dlaczego, ale ubzdurałam sobie że odbędzie się 18 sierpnia, a nie 17. Całe szczęście przeczytałam raz jeszcze maila od organizatorów. O 19:00 wszystko się zaczęło: omówiono trasę, co nam wolno, czego nie, jak się zachowywać, wydano koszulki, identyfikatory, buffy i przydzielono do odpowiednich odcinków. Na początku chciałam zgłosić się do pierwszego, ale zbiórka o 1:30 w nocy ostudziła moje zapędy. No przecież mam urlop! Drugi odcinek był obsadzony, więc zgłosiłam się do trzeciego - od Murowańca po Wodogrzmoty.  Na nasz punkt miałyśmy dostać się przez Dolinę Suchej Wody. Po 3 km marszu zgarnął nas samochód TOPR w którym wieźli zupę pomidorową na punkt odżywczy do Murowańca. Tej jazdy po wertepach nigdy nie zapomnę. Miałyśmy taki zaciesz jak 5-letnie dzieci na karuzeli. Zjadłyśmy szarlotkę i około 8:00 wyszłyśmy ze schroniska. Razem z Kasią stałyśmy na Zadnim Upłazie, czyli na skrzyżowaniu żółtego szlaku na Krzyżne z czarnym na Rówień Waksmundzką. Zostałyśmy sędziami i do nas należało zapisywanie numerów zawodników, zgłaszanie ewentualnych przekrętów, zejść z trasy itd. Niestety u nas decyzję o rezygnacji z dalszego biegu podjął Bartek Gorczyca. Jeśli dobrze pamiętam to był wtedy na 2 lub 3 miejscu. Zostawił też GPS dlatego jeśli ktoś śledził zawodników to mógł bardzo się zdziwić widząc, że Bartek jakieś 4,5 godziny jest w tym samym miejscu, następnie cofa się do Murowańca, a później schodzi Doliną Suchej Wody - to byłam ja. Chyba najdziwniejsze pytanie zadał Robert Faron: "czy będzie jeszcze jakaś góra". Zgłupiałyśmy i pierwszą naszą myślą było "to on nie zna trasy?". Nie zatrzymywał się więc nie wiem czy słyszał nasze "jeszcze Krzyżne, później w dół Roztoki, i pod górę na Polanie pod Wołoszynem". Oprócz tego padło kilka propozycji matrymonialnych, na nasze pytanie o numer startowy niektórzy podawali numery telefonu (a wielu zawodników było już mocno zmęczonych, i często na nasz widok mamrotali "ale ładne dziewczyny"), ale najczęstszym pytaniem było to kiedy ma padać. Bo zbierało się i niemal dokładnie o 14:00 zaczęło lać. Ja stałam w bardzo twarzowej, niebieskiej, turystycznej pelerynce przypominającej worek na śmieci, a gdy przebiegał zawodnik to Kasia nurkowała pod nią żeby zapisać numer. Jednak nasz notes ostatecznie wyglądał jak szmata. Kilka razy zagrzmiało nam nad głowami, i dwa razy przeleciał helikopter GOPRu. Jednak żadnemu z zawodników nic się nie stało (było tylko kilka poodzieranych kolan z potokami krwi przez całe skarpety kompresyjne, a jeden wywinął orła zbiegając do naszej dziury). Cały czas spoglądałyśmy na zegarek, i zastanawiałyśmy się czy ci co dopiero do nas dotarli jeszcze zdążą w limicie na Wodogrzmoty, a zostały wtedy 3 godziny. Naprawdę starałam się odpowiadać na ich pytania najbardziej przekonywająco jak tylko mogłam, że na pewno zdążą i trzymamy za nich kciuki. Jak później sprawdzałam wyniki to całe szczęście wielu się to udało. Kilkanaście minut po godzinie 15:00 pojawił się zamykacz, i mogłyśmy zwinąć chorągiewki. Nad głowami znowu zagrzmiało i przyspieszyłyśmy. Po drodze znalazłyśmy na wielkim głazie bukłak - nie wiem jak można zgubić/zapomnieć coś tak dużego, ale oddałyśmy to do biura rzeczy znalezionych. Zejście wlokło się niemiłosiernie. Byłam cała mokra i pomimo stania kilka godzin w jednym miejscu (i tak naprawdę nic nie robieniu) zmęczona. Dłonie mi tak zmarzły że ledwo wyciągnęłam chip i nadajnik GPS z plecaka żeby oddać sędzi głównej (moje rękawiczki były w plecaku jednego z zawodników, który zapomniał swoich). Zjadłyśmy ciepły posiłek na mecie, osuszyłyśmy w toalecie, i około 20:00 byłam w domu. 
Cieszę się że wzięłam w tym udział! Poznałam fajnych ludzi, i miałam okazję pomóc spełnić marzenie wielu osób które wystartowały. Jesteście bohaterami niezależnie od tego jaki czas mieliście na mecie! To nie jest łatwy bieg, i nie ma tu przypadkowych osób. Gratuluję wszystkim i mam nadzieję że za 2 lata to ja pojawię się na trasie (po przeanalizowaniu czasu ruchu nawet byłabym w stanie to teraz ukończyć!). A jeśli nie to na pewno spotkacie mnie ponownie w czerwonej kamizelce ;)

A to robią wolontariusze w trakcie oczekiwania na pierwszego zawodnika...

24 sierpnia 2017

Chudy Wawrzyniec 2017

Zapisując się w lutym myślałam o trasie długiej, i taką zaznaczyłam. Do czasu poznańskiego półmaratonu wszystko szło po mojej myśli. A później cały plan runął. Maraton w Dębnie i Krakowie "przebiegnięty" z ITBS. Dopiero po Wings For Life zrobiłam przerwę. Treningi wznowiłam pod koniec maja, ale były to krótkie, maksymalnie 10-minutowe interwały na bieżni. Cały czerwiec polegał na klepaniu dystansów 5-8 km, a dopiero w lipcu zrobiłam pierwsze 10 km. Tylko to już było za późno nawet na przygotowanie do krótszej trasy. Mimo to postanowiłam spróbować, i po prostu ukończyć nie zwracając uwagi na czas. Zresztą i tak musiałam się hamować ze względu na niedoleczoną nogę, i nie było mowy o szaleńczych zbiegach. 
Na kilka dni przed wyjazdem odezwała się Dagmara. Również jechała na Chudego tyle że z Gniezna, ale postanowiła zahaczyć o Poznań i mnie zabrać. Wyprawy z nią nigdy nie zapomnę. Wydostałyśmy się z miasta dopiero po 14:00, utknęłyśmy w korku bo remont drogi, ja źle nawigowałam i nie skręciłyśmy na ten zjazd co trzeba. Nie ominęła nas też wizyta we wrocławskim Decathlonie, bo okazało się że ona zapomniała bukłak, a ja rękawiczki. Na autostradzie w stronę Katowic trafiła nam się tak gigantyczna ulewa, że jechałyśmy jakieś 50 km/h. Było ciemno jakby ktoś wyłączył słońce. Po 22:00 wparowałyśmy do biura zawodów. Okazało się że miejsca na najpóźniejsze busy odwożące na start są już wyprzątnięte, i zostały tylko te na 3:00. Miałam zapewniony nocleg na hali, ale nie chciałam hałasować ludziom o tej godzinie, więc zabrałam się z Dagmarą do pensjonatu na Słowację. Poszłyśmy spać po 23:00, a budzik miał zadzwonić o 2:15. Nie zasnęłam ani na minutę. Leżałam z zamkniętymi oczami i czuwałam. Gdy w końcu wstałam było mi wszystko jedno. Szybko zjadłam bułkę, spakowałyśmy się w biegu, bo o 2:45 musiałyśmy wyjechać. Na miejsce dotarłyśmy o 3:15 po czym okazało się że Dagmara nie zabrała numeru startowego. W tym momencie mój największy koszmar, coś co mi się śni przed każdym startem, spełnił się - spóźniłam się! O godzinie 4:00 wjechałyśmy do Rajczy, czyli na styk. Jednak nie wiedziałyśmy gdzie jest start. Co z tego że biegłam rok temu jak nie zarejestrowałam nazwy ulicy, internet w telefonie mi nawalał, i nie wiedziałyśmy co zrobić? Udało nam się wypatrzeć spóźnionego biegacza który wskazał nam drogę. Gdy dojechałyśmy na miejsce była 4:03, ale nadal wszyscy zawodnicy stali. Z tym że klaskali. Zapomniałam o kolejce! Start był opóźniony właśnie przez to. Jednak linię przekroczyłyśmy jakieś 2 minuty za wszystkimi i musiałyśmy ich gonić. W biegu zapinałam kamizelkę, przyczepiałam pasek z numerem startowym, upychałam Dagmarze skarpetki i kurtkę do plecaka.
A jak nas przywitał Chudy? Gdzieś w połowie asfaltu zaczęło dość mocno padać. Większość wyjęła kurtki przeciwdeszczowe. Biegłam jeszcze kawałek w krótkim rękawku, ale uznałam że też założę - kompletnie bezsensu, bo szybko przestało padać, i znowu się rozbierałam. Do tego gdzieś w oddali grzmiało. Po 7 kilometrach było odbicie na szlak. Zaczęło się przejaśniać, ale wokół mnie zrobiło się pomarańczowo, i nie wiedzieć czemu, poruszałam się zygzakiem. Kolejna ulewa, i grzmoty. Około 10 kilometra był na prawdę cudowny zbieg po stoku. Rok temu frunęłam, ale teraz musiałam uważać. Mimo to trochę przegięłam, bo od tej oszałamiającej prędkości zaczęły łzawić mi oczy, ledwo coś widziałam, i poleciałam na tyłek. Gdy dotarłam do Zwardonia to burza się rozszalała. Coś w stylu "lubię disko bo się błysko". Nie wiedziałam czy schować się, czy biec dalej, ale inni biegli to ja też. Po chwili kolejna ściana wody. Dosłownie jakby lali ją na nas wiadrami. Gdy dotarłam do schroniska na Wielkiej Raczy to zamarzyły mi się pomarańcze. Kupiłam sok, szybko wypiłam, i ruszyłam dalej. Wiele osób suszyło ciuchy, zamówiło zupę... ale uznałam, że jak tak sobie posiedzę to już zostanę. Na 30 kilometrze jakiś cudowny przypływ sił. Prułam pod górę, w dół... Być może już wyobrażałam sobie jak jem jagody na Przegibku. Bardzo szybko minął ten odcinek, i w końcu je dopadłam! Oprócz tego zapchałam się ciastkami oraz arbuzem. Tylko przez kolejny kilometr odczuwałam skutki tego obżarstwa - nie mogłam biec. Gdy dotarłam do miejsca w którym rok temu podjęłam decyzję o zejściu z trasy, zatrzymałam się na chwilę, uśmiechnęłam pod nosem, i poleciałam dalej. Tym razem to ukończę! Podejście na Wielką Rycerzową mnie dobiło. To była ściana kamieni, błota i mokrej trawy. Lawirowałam pomiędzy krzakami i głazami próbując się nie poślizgnąć. Jak udało mi się wpełznąć na górę to wystawiłam rękę po opaskę mówiąc "ja na krótką, idę do domu". I tu się zaczął najgorszy dla mnie fragment trasy. Wlókł się niemiłosiernie. Za Bacówką na Wielkiej Rycerzowej zaczęłam głośno płakać. Tak już jakoś mam że mi się zbiera w trakcie biegu. Ubzdurałam sobie że przecież teraz ma być tylko z górki, więc skąd znowu te podejścia? Zapomniałam że został jeszcze Muńcuł. Ale później i tak przeklinałam, bo właśnie było w dół. Bolały mnie piszczele i miałam serdecznie dość. Gdzieś w tych krzakach złapał mnie Piotr Dymus:
(Źródło: Chudy Wawrzyniec FP)
Wszystko fajnie tylko że chwilę później mnie wyprzedził. Po jakimś czasie mozolnego zejścia znalazł się fragment po którym dało się biec. Udało mi się wyminąć Piotra. Znowu pełno błota, marsz, i usłyszałam że ktoś za mną idzie. Nie odwróciłam się tylko zeszłam na bok żeby przepuścić i kto przeszedł? Piotr. Serio... wyprzedził mnie idąc. Zaczęłam się śmiać, powiedziałam "znowu", on też się uśmiechnął odpowiadając "znowu", i zniknął mi z oczu. Już go nie dogoniłam.
Gdzieś pod koniec przemiły pan fotograf z fotomaraton instruował mnie z której strony lepiej zejść, i wyglądało to tak:
Po tym jak skończyłam udawać brodzącą po moczarach czaplę, udało mi się sturlać do płaskiego fragmentu, gdzie zaraz za zakrętem był mostek, a tam asfalt o którym marzyłam przez ostatnie 5 kilometrów. Bo przecież jak asfalt to znaczy że płasko, że mniej będzie boleć. Jak bardzo się myliłam. Przebiegłam jakieś 200 metrów i musiałam kawałek się przejść, bo to było nie do zniesienia. Ale szybko pozbierałam się, stwierdziłam że to już nie krzaki tylko miasto, są ludzie, i nie będę robić wstydu. Trzeba biec! Resztkami sił dobiegłam do mety, i zaraz po moim debiucie maratońskim była to najpiękniejsza meta. Krzysiek Dołęgowski wyciągnął rękę żeby przybić piątkę, a ja w zasadzie dotknęłam jego ręki bo nie miałam siły, i totalnie się rozkleiłam. On trzymał mnie za rękę, a ja wyłam jak małe dziecko i nie mogłam nic powiedzieć. 
Udało się! Pasmo dało mi spokój, nic nie bolało, a ja po 10 godzinach dotarłam do mety. Jak na 53,5 km to żenujący czas, ale kto by się tym przejmował? Taki był plan - ukończyć bez bólu. 
Uwalana błotem po sam tyłek poszłam po piwo i coś ciepłego do jedzenia, a później ponad 4,5 godziny czekałam na Dagmarę która wybrała dłuższą trasę. 
Wróciłyśmy do pensjonatu mokre, brudne i śmierdzące. Dziwnie na nas patrzeli jak weszłyśmy do restauracji, ale bez żadnego zastanowienia czy wypada, zamówiłyśmy coś do jedzenia. Najpierw pod prysznic trafiły nasze buty, a dopiero później my. Wszystko było by fajnie gdyby nie to, że wychodząc w nocy zapomniałyśmy zamknąć okno. Zalało połowę pokoju, dywan mokry, stół, krzesło, ręczniki... Dobrze że łóżka się uratowały. Rano szybkie śniadanie, pakowanie, i ewakuacja (ale jaki mokry dywan?). Dagmara podrzuciła mnie do Bielsko-Białej, bo tam miałam pociąg do Zakopanego. Ruszałam na kolejną przygodę, ale o tym w osobnym poście. 
Sprzęcior:
- Asics FujiTrainer 3 (zrobiłam ten sam błąd co rok temu, Asicsy na błoto zostały w plecaku)
- opaski kompresyjne Zeropoint
- rajty Kalenji
- koszulka Kobiety Biegają
- 4 x żele Nutrend Cola z kofeiną NBR
- 1 x baton Zmiany Zmiany szpinak z cytryną NBR
- 1 x baton Chia Charge Flapjack Mini NBR
- 1 x baton Chia Charge Cashew Karma NBR
Podsumowanie:
- czas 10:05:coś tam
- dystans: 53,5 km (wg mojego zegarka, Suunto Ambit 3 Sport)
- zero otarć, pęcherzy i innych dziwnych rzeczy (jeszcze godzina na trasie w tych mokrych butach, a miałabym piękne kalafiory na stopach)

Nie wiem czy zdecyduję się na długą trasę w przyszłym roku. W końcu byłam tu już dwa razy! Zdecydowanie pora na coś nowego ;)

Gratuluję Zuzie niesamowitego wyniku (poniżej 8 godzin!), no i przede wszystkim Klarze która wybrała trasę długą! Śledziłam jej GPS do samego końca. Ale nie od dziś wiadomo, że #kobietybiegajaultra ;) 

14 sierpnia 2016

Chudy Wawrzyniec 2016

Była 2:15 jak zadzwonił budzik. Wiele osób już wstało. Powoli budzili się kolejni uczestnicy, robił się gwar i już nie dało się spać do ostatniej chwili. Wszystko naszykowałam przed snem. Niestety było niewygodnie i za krótko, ale co zrobić? Sama chciałam to teraz mam. Nie wiedziałam jak się ubrać, bo padał deszcz, ale w ciągu dnia miało się przejaśnić. Założyłam krótkie legginsy i koszulkę. Na start pojechałam w bluzie i kurtce przeciwdeszczowej. Było nieprzyjemnie, zimno i mokro. W ostatniej chwili ściągnęłam bluzę i schowałam ją do plecaka. Początkowe 6 km jest po asfalcie i lekko pod górę, ale bez problemu dało się biec. Pierwsze podejście na Rachowiec. Weszłam bez większego problemu. Jednak te zaczęły się na zbiegu. Cały czas kropiło, błota było mnóstwo, a do pokonania niemal pionowa ściana po mokrej trawie. Jak to ja, leciałam z góry jak poparzona. W głowie jedna myśl: "zwolnij debilu, bo połamiesz sobie nogi!", ale byłam w swoim żywiole. Zbiegi to jest to! Kolejne kilometry były całkiem przyjemne. Gdy minęłam dziesiąty to przypomniałam sobie o ITBS. Na treningu do tej pory robiłam nie więcej jak 9 km, a tu proszę, wszystko działa.
Kolejne podejście na Kikulę było już bardziej męczące. Ciągnęło się od około 15 do prawie 18-19 km (ale nie dam sobie ręki uciąć). Tempo miałam czasem tak wolne, że zegarek go nie pokazywał. Widoki? Morze mleka... nie było widać nic dalej jak na 15 metrów. Następny zbieg, podbieg, i pierwsza w mojej oszałamiającej biegowej karierze wywrotka. Jednak zapomniałam że to góry, i nawet niewielki deszcz powoduje, że ze szlaku robi się błotna zjeżdżalnia. A moje buty, idealne na takie warunki, leżały w worku, w bazie zawodów. Cudownie. I poleciałam na te kolana... W ostatniej chwili podparłam się rękoma. Niewiele brakowało, a leżałabym twarzą w kałuży. No nic, trzeba się otrzepać (czyli wytrzeć uwalane dłonie o legginsy), i lecieć dalej. Na pierwszym nieoficjalnym wodopoju, czyli schronisku na Wielkiej Raczy, nie zatrzymywałam się. Wyrzuciłam tylko opakowania po żelach i pognałam dalej mijając Marcina Świerca (chyba że miałam jakieś omamy, więc proszę mnie poprawić). Robiło się zimniej, zacinał deszcz, coraz mocniej wiatr, a tego zapowiadanego przejaśnienia ani widu, ani słychu. Założyłam kurtkę, i wtedy to się stało... Chyba na 28 km (lub 31) odezwało się kolano. Znacznie zwolniłam, już nie leciałam jak szalona na zbiegach, i coraz częściej szłam. Nie chciałam żeby zaczęło mocniej boleć, bo byłam w połowie drogi. Starałam się biec po płaskim, ale w pewnym momencie już za bardzo się nie dało. Walczyłam ze sobą, zastanawiałam się co zrobić. Przecież nie zejdę z trasy na 14 km przed końcem, ale z drugiej strony nie mam wyboru. W dół w miarę bez problemu, ale czekały mnie jeszcze dwa ciężkie podejścia. Dotarłam do punktu kontrolnego na 38 km. Tam minęłam się z Klarą. Szybka konsultacja co robić, czy dam radę. Powiedziała że tak, ale oddalając się krzyknęła: "ale chyba nie lecisz długą trasę?". Niestety nie tym razem. Zjadłam osławione borówki ze śmietaną, zgarnęłam batona, do bidonu wlałam izotonik, i poleciałam. Może się uda? Na bardzo prostym i bezproblemowym podejściu zaczęło boleć, i to konkretnie. Dotarłam do zbiegu i koniec. Nie byłam w stanie postawić kolejnego kroku. Łzy zaczęły mi spływać po policzkach, bo tak daleko zaszłam, miałam dobry czas jak na debiut w górskim biegu, i taki pech. Nie mogło zacząć boleć za te 14 km? Wróciłam się na Przegibek. Mijałam biegaczy. Niektórzy patrzyli na mnie ze zdziwieniem jakby zastanawiając się co robię, bo może się pomyliłam i to zła trasa. Wielu pytało czy dam sobie radę, czy może cofną się ze mną na punkt. Ale nie chciałam ich spowalniać. Przy jednej dziewczynie się rozpłakałam i nie mogłam wydusić z siebie słowa żeby jej powiedzieć co się stało. Założyłam bluzę którą miałam w plecaku, bo zaczęłam tracić czucie w rękach. Całe szczęście udało się załatwić transport, bo w tym samym miejscu zszedł z trasy inny uczestnik, który miał ten problem co ja. Gdy z wolontariuszką Magdą czekałam na samochód to robiło mi się coraz zimniej. Pożyczyła mi swoje rękawiczki i kije żebym mogła zejść. Gdybym kontynuowała "bieg" to pewnie szybciej wykończyło by mnie wychłodzenie niż noga. Stałam i cała się trzęsłam. Dojeżdżając do bazy w Ujsołach mijaliśmy finiszujących biegaczy, w tym Klarę. Cholernie zazdrościłam, ale co zrobić... Tym razem rozsądek wziął górę. Nie chciałam totalnie zajechać nogi, bo chyba nigdy bym z tego nie wyszła. Niestety na miejscu też nie było kolorowo. Od rana brak ciepłej wody. Nie dość że dosłownie telepałam się z wychłodzenia, nie mogłam zginać palców, to czekał mnie prysznic w zimnej wodzie. Całe szczęście nie zachorowałam.
Podsumowanie:
- dystans: ok. 38 km + 2,92 km
- czas: 06:25:27
- uszkodzenia: ITBS
Sprzęcior:
- Asics Fuji Trainer 3 (a powinny być Runnegade... głupi błąd)
- opaski kompresyjne Zero Point
- legginsy Kalenji (Decathlon)
- koszulka BBMLW 
- kamizelka Asics Visible Vestpack
- 3 żele Nutrend Endurosnack Jagoda (zjedzone 2)
- 1 żel Etixx (z pakietu startowego, o smaku limonki, paskudztwo)
- 3 batony Flapjack Fitness Authority (zjedzone 3/4 jednego)
- 1 szot BeetIt (przed startem)
Wypiłam jakiś litr wody, na punkcie zjadłam dwa kawałki arbuza i borówki.

Sam bieg świetnie zorganizowany. Wszystko jest w regulaminie, dzień wcześniej jest odprawa, więc jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości to może uzyskać informacje bezpośrednio u źródła. Nocleg na sali był w tym roku płatny (10 zł), ale zapewnione są 2 noce, więc nie trzeba się spieszyć po biegu z prysznicem, jedzeniem i pakowaniem. W pakiecie dostaliśmy dwa 0,5 l softflaski - rewelacyjny pomysł! Przymierzałam się do zakupu, a tu proszę. Czytali w moich myślach. 

Nie traktuję tego jako porażki. Wrócę za rok silniejsza i skopię dupę temu patyczakowi na długiej trasie. Łatwo nie odpuszczam! 
A przede mną kolejne wyzwanie - maraton w październiku. To będzie drugie podejście do złamania 4 godzin. 

22 czerwca 2016

Zielonka Challenge

Na genialny pomysł biegania ultra wpadłam po przekroczeniu mety pierwszego maratonu. Od tamtego dnia mój mózg doznał solidnego złamania. Za mną dwa "mikro" dystanse, więc przyszła pora na coś konkretnego. Chciałam aby ten start wypadł jeszcze przed Chudym Wawrzyńcem. Rok temu biegłam w Zielonka Ultramaraton. Jednak w tym roku biegu nie zorganizowano. Zostało mi do wyboru Rykowisko na dystansie 100 km lub Ultra147 ze Szczecina do Kołobrzegu (można było wystartować z późniejszych odcinków trasy). Z nieba spadł mi Krzysztof Pilarski, bo idealnie w połowie czerwca ogarnął właśnie Zielonka Challenge na trzech dystansach: +21, +45 i +75 km. Termin idealny więc się zapisałam. 
Przygotowania przebiegały w miarę bez zakłóceń. Jako długie wybieganie przed startem potraktowałam maraton w Krakowie. I bardzo dobrze że tak zrobiłam, bo pojawiły się problemy ze stopą. Wystarczyło 5-6 km i pojawiał się ból przy kostce. Telefon do znajomego fizjo, ogarnięcie i już ok. Kilometraż nie był duży dlatego nie wiem jak to się mogło przyplątać. Ostatni 30-minutowy trening zrobiłam na 3 dni przed startem. Wtedy już po 5 minutach bolało, więc zapowiadała się męczarnia. Jeszcze dzień wcześniej jechałam do Decathlonu po bukłak, bo mój okazał się dziurawy i nie dało się nic z tym zrobić. Oczywiście 100% blondynki. Dwie etykiety z ceną 39,99 zł za bukłak 2-litrowy. Obejrzałam i wzięłam jeden z tyłu, taki wiecie, nie macany. Przy kasie 29,99 zł ale nie zainteresowało mnie to, bo ostatnio jak pojechałam po kurtkę to zapłaciłam 19,99 zł chociaż widniała cena 39,99 zł. W domu go odpakowałam i okazało się że wzięłam litrowy. No nic. Musiał mi wystarczyć. Upchałam wszystko w kamizelkę, naszykowałam ciuchy i do spania. Wstałam około 5:00 i nareszcie zjadłam swoje ulubione śniadanie przed biegowe, czyli bułka z dżemem. Do tego pół litra soku z buraków i byłam gotowa do biegu. Na miejsce zawiózł mnie dziadek, bo musiałam jeszcze odebrać pakiet (numer, chip, czapeczka z daszkiem, woda, izotonik, bon do sklepu 361sport). Ogarnęłam bajzel i poszłam na miejsce startu, a tam... pusto. Było po godzinie 7:00, a tu nie rozłożone maty pomiarowe, brak toi toiów (skandal! Jak może nie być zielonej budki na starcie to ja nie wiem...). Nie było nic. O 7:30 miała być odprawa, a zaczęła się o 7:50 przez co start opóźnił się o jakieś 2-3 minuty. 
Początek biegu był spokojny. Nie świeciło słońce, do tego przyjemny chłód i nawet noga mi nie dokuczała. Coś tam zaczęło drażnić na 3 km, ale nie zwróciłam na to uwagi. Pierwsze kilometry to była końcówka Zielonki z zeszłego roku. Biegłam i uśmiechałam się jak debil, bo przypominałam sobie jak tu zdychałam, a wtedy zaserwowano nam na deser Dziewiczą Górę. Tym razem była na początku (i całe szczęście!). Wczołgałam się na górę i zadowolona zaczęłam frunąć w dół. 
 (Źródło: Fotografia Ewa Hermann)
Gdzieś na 10 km dołączył do mnie Paweł i biegliśmy razem do pierwszego punktu. Na początku pomyślałam, że trafiłam na złe towarzystwo, bo facet po Biegu Rzeźnika, na zegarku tempo 6:17 min/km... No przecież umrę mu tu zaraz jak on chce takie tempo utrzymać. Na 15 km miał być pierwszy punkt, a tu zonk. Przeniesiono go prawie na 17 km. Zwolniliśmy i do 31 km biegliśmy większą grupką. Przeklinałam ile wlezie, bo punkt miał być na 27 km, a tu 4 km różnicy. Do rozejścia tras biegłam sama. Wtedy pojawił się pierwszy kryzys jak i konkretny ból przy kolanie. Odpaliłam internet w telefonie, przeczytałam te kilka komentarzy, które pojawiły się pod moim wpisem, i zaczęłam płakać. Bo jak? Mam się poddać? Oni trzymają za mnie kciuki! Na rozejściu dogoniłam Pawła, który wcześniej dał mi żel przeciwbólowy. Od tego momentu aż do mety pełzaliśmy razem. Jemu zaczęło też dokuczać kolano, więc nie było problemu z trzymaniem tempa. Kolejny punkt miał być na 43 km, ale znowu przesunięcie na 45. Tak samo kolejny. W Dąbrówce Kościelnej mieliśmy problem z oznaczeniem trasy, bo trafiliśmy na skrzyżowanie, i nikt nie wiedział co dalej. Na poboczu siedział jeden z biegaczy, i też miał problem z trasą. Zadecydowaliśmy że biegniemy prosto i to był dobry wybór. W Niedźwiedzinach zastałam takie widoki:
Przez chwilę nie myślałam o nodze, i o tym że marzę, żeby ktoś mi ją upierdolił w połowie uda, bo zaraz zdechnę. Gdy dobiegliśmy do punktu na 55 km to cieszyliśmy się jak głupki, bo minęliśmy tablicę o Puszczy z początku biegu, a to znaczy że do mety było "niewiele". Były momenty gdzie zostawiałam Pawła i całą resztę (cały czas wyprzedzaliśmy się na trasie jeszcze z trzema biegaczami), i "biegłam" sama, bo chciałam już to skończyć. Przy Jeziorze Miejskim noga dała mi ostro popalić. Czekało mnie prawie pionowe podejście. Wtoczenie się na górę zajęło mi wieki, bo każdy krok sprawiał gigantyczny ból. Jak już udało mi się tam wleźć to zaczęłam wyć. Miałam dość wszystkiego. Byłam zła że akurat teraz, dzisiaj ta pieprzona noga musiała zacząć boleć, bo pewnie już dawno byłabym na mecie, a tu jeszcze 15 kilometrów. Sprawdziłam godzinę, zacisnęłam zęby i ruszyłam dalej. Chciałam po prostu zdążyć na pociąg powrotny o normalnej porze. Jakoś na 60 km zatrzymała się para na rowerach, zaczęli klaskać, dopingować, i powiedzieli że oznaczenia na drzewach się nie zgadzają, bo trasa jest krótsza. Nawet nie wiecie jak mi ulżyło... W tamtej chwili nawet pół kilometra robiło mi różnicę. Na punkcie na 63 km uzupełniłam bukłak, napiłam się izotonika, i gdy chciałam biec dalej to zobaczyłam Pawła. Poczekałam na niego. Znacznie zwolniliśmy, bo kolano nie dawało mu spokoju. W pewnym momencie zaczęłam go motywować i powtarzać, że jak wysiądziemy z pociągu to pójdziemy do Piotra i Pawła po zimne piwo. Zadziałało. Jednak gdy wyszliśmy na drogę asfaltową to znowu marsz. Ostatnie 4 km przeszliśmy. Na 69 km padła mi bateria w zegarku, więc odpaliłam endomondo. Przynajmniej mogliśmy sprawdzić na mapie gdzie jesteśmy i jak daleko jest do mety. Z mapy zamieszczonej przez organizatora wynikało, że koniec naszej mordęgi jest pomiędzy małymi bajorami. Gdy do nich doczłapaliśmy, trasa zakręciła. Krzyknęłam do Pawła że skręcamy, a wtedy usłyszałam "Jak kurwa skręcamy? Miało być prosto! Mam dość! Chcę już to piwo!". I pobiegł. Poniekąd nie miałam wyjścia i zaczęłam za nim kuśtykać. Jak zobaczyłam majaczące chorągiewki to sama zaczęłam się wydzierać "O ja pierdole. Koniec? To jest meta?"
Osoby z cateringu były tak miłe, że nam przyniosły jedzenie do stołu żebyśmy nie chodzili, a dla Pawła wygrzebały kawałek (w zasadzie to cały bochen) chleba, który zobaczył przed startem i nie dawał mu spokoju. Udało się zdążyć na pociąg na styk. Na peronie spotkaliśmy Agnieszkę, która startowała na dystansie +21 km z kijkami. Nie obyło się bez żartów z naszego chodu. Jechaliśmy pociągiem Kolei Wielkopolskich, więc nie mieliśmy problemów z wejściem, bo nie było schodów. Ale te się zaczęły w Poznaniu, bo pociąg zatrzymał się na starym peronie, który jest znacznie obniżony w porównaniu do tych nowych. Zablokowałam wejście bo nie wiedziałam jak mam wysiąść. Jak już wypadłam na peron to pojawił się kolejny problem - musieliśmy zejść, a następnie wejść. Z zejściem nie było źle, ale przy wchodzeniu Agnieszka mi pomagała. Gdy zapłaciłam za piwo w Piotrze i Pawle, i odeszłam od kas to zatrzymał mnie ochroniarz. Zapytał czy dobrze się czuję. Trochę się zdziwiłam że ktoś zareagował, ale na prawdę musiałam tragicznie wyglądać: wlokłam nogę za sobą, na twarzy sól, i zdarta szyja od kamizelki. Usiedliśmy przed City Center przy fontannie i wypiliśmy zasłużony trunek. Chwilę pogadaliśmy, Agnieszka cofnęła się na peron bo jechała do Warszawy, Paweł poszedł do domu, a ja wtoczyłam się po schodach na przystanek.
Podsumowanie:
- czas: 10:43:41
- miejsce OPEN K: 4
- miejsce w kategorii wiekowej K1: 2
- skurcze/obtarcia/pęcherze/inne: ITBS
- inne uszkodzenia: brak
Sprzęcior:
- Asics Fuji Trainer 3
- portki Decathlon
- koszulka BBMLW
- opaski kompresyjne Zeropoint
- 3 żele Nutrend 75 g, jagoda
- 3 batony Zmiany Zmiany Petarda
- 2 shoty z buraka BeetIt (ale nie wypite)

Oprócz tego zjadłam kilka kawałków arbuza i pomarańczy na trzech punktach, wypiłam jakieś 4 litry izotonika DextroEnergy oraz ok. 3 litrów wody. 
Gdyby nie to cholerne kolano (ostatecznie okazało się że to ITBS) to czas byłby lepszy przynajmniej o godzinę, bo nie bolało mnie absolutnie nic, i nie odczuwałam żadnego zmęczenia. Zdaję sobie sprawę z tego że bieg z tym cholerstwem nie był rozsądny, ale wiem co to znaczy zejść z trasy. "Biegnąc" nawet nie podejrzewałam że to akurat pasmo. Uznałam że jeśli mogę nawet chodzić to nie ma potrzeby rezygnacji, i zrobiłam to na własną odpowiedzialność. A jeśli uważacie że to idiotyzm to proponuję poczytać np. "Jedz i biegaj" Scotta Jurka. Moje kolano to nic. Zresztą każdym startem udowadniam coś sobie, a nie innym, i jestem dumna że dotarłam do mety chociaż teraz ledwo chodzę. 
Organizacja biegu:
Minusem jest brak przygotowania startu na czas, i niezbyt dobrze oznakowana trasa. Były momenty zwątpienia, gdzie biec dalej. Ostatecznie udało nam się nie zgubić, ale ten element jest do poprawy w przyszłym roku. Brakowało mi jeszcze czegoś słonego do jedzenia na punktach. Co prawda była sól himalajska, ale wiadomo... Lepiej czasem zjeść krakersa, bo od słodkiego robiło się w pewnym momencie niedobrze. W związku z tym że mało kobiet zdecydowało się na najdłuższy dystans, udało mi się po raz pierwszy (i pewnie ostatni) stanąć na pudle. Tzn. nie stałam na nim bo w momencie dekoracji byłam jeszcze na trasie przez co nie otrzymałam nagrody. Zajrzałam do regulaminu i jest tam taka wzmianka:
Nagrody będą przyznane jedynie tym zawodnikom, którzy po pokonaniu trasy stawią się na dekorację zwycięzców. W przypadku ich nieobecności nagrody zostaną przekazane zawodnikom z kolejnych, dalszych miejsc.
Kobieta która przybiegła za mną również się załapała (po nas nie było już nikogo, więc nie było komu przekazać nagród), ale wygląda na to że nie dostaniemy nic bo biegłyśmy (fanty i tak otrzymywała pierwsza osoba, a reszta pamiątkowe dyplomy i takie jakby... tabliczki). Napisałam do organizatora czy mimo to jest szansa, że ten dyplom dostanę, ale na razie czekam na odpowiedź. Jeśli odmówi to będzie mi cholernie przykro. Czas mam jaki mam, dupy nie urywa, ale ukończyłam, i zajęłam to drugie miejsce czy to się komuś podoba, czy nie.

Nie wiem czy wystartuję za rok. Mam nadzieję że Zielonka Ultramaraton wystartuje po raz drugi, bo chyba chciałabym zmierzyć się z Dziewiczą Górą na końcu trasy ;) 

24 września 2015

Forest Run

Zapisy ruszyły 25 maja i od razu "zaklepałam" pakiet na najdłuższą trasę. Tym razem się przygotowywałam. Regularnie kilka razy w tygodniu klepałam kilometry po asfalcie i w chaszczach. 
18 września pojechałam na Taczaka po pakiet. W eleganckiej (bo Mosina biega elegancko) papierowej torbie znalazłam:
- numer startowy
- chip
- buff
- baton Zmiany Zmiany (Jest pyszny, ale ma milion kalorii i węgli! Nieświadoma tego zjadłam go przed śniadaniem w niedzielę rano i w zasadzie można to traktować jako jeden posiłek.)
- żel Nutrend
- naklejki
- troszkę ulotek
To chyba pierwszy pakiet startowy w którym nie było tony reklam (Enea Challenge w tej kwestii chyba nic nie pobije). Bardzo podoba mi się buff - mam nadzieję, że organizatorzy innych imprez biegowych wezmą przykład, i zaproponują coś innego niż koszulki (na Forest Run można było zamówić dodatkowo rękawki z logo biegu: halfworn.com). 
Zapakowałam się jak na wojnę lub 100-kilometrowe ultra.
Wstałam o 6:00. Na śniadanie tradycyjnie buła z dżemem zapita zieloną herbatą i sokiem z buraków. Godzinę później wypiłam kolejną porcję soku. Wbiłam w kompresy i z oklejonymi nogami pojechałam do Mosiny. Trzęsłam się ze strachu. Poważnie... Byłam przestraszona. Bo jak? 50 km? Hahaha. Haha. Ha. Ta... Ustawiłam się na końcu stawki, bo gdzie ja wśród tych wyjadaczy i harpaganów. Taka sierota że brak słów. Ale o 9:00 zaczęłam przebierać przeszczepami. Nie było odwrotu.
Kulałam się topornie do pierwszego punktu na 6 km (przy okazji prawie zaliczając glebę już na 3 km potykając się o korzeń). Tam kubek izotonika i ćwiartka pomarańczy. Nie robiłam dłuższego postoju, bo o dziwo trzymałam się zaplanowanego tempa (które tradycyjnie szlag trafił w dalszym etapie). Na 10 km spojrzałam na zegarek i jak w mordę strzelił - 1 godzina i 10 minut. Teraz tylko utrzymać to do końca. Wyciągnęłam batona i w trakcie konsumpcji rozglądałam się dookoła - tak intensywnie, że nadepnęłam na szyszkę i poślizgnęłam się. Uff! Nie poleciałam na twarz. Byłam kiedyś w Wielkopolskim Parku Narodowym, ale to co wtedy widziałam to tylko ułamek - to miejsce jest przepiękne! Nic dziwnego że ciągle potykałam się. Skupiłam się na tym co mnie otacza, a było co oglądać. Wpadłam na kolejny punkt zlokalizowany na 14 km. Ten sam zestaw co poprzednio i cisnę. Biegło mi się dobrze... Chyba aż za dobrze. Stwierdziłam że choćby nie wiem co, to biegnę od punktu do punktu, i nie zatrzymuję się po drodze. Nie i koniec. Do 33 km udawało się. Biegnąc wzdłuż jeziora Łódzko-Dymaczewskiego miałam ochotę zaśpiewać "Po górach, dolinach...". Góra, dół, góra, dół... Mnóstwo krótkich podbiegów i dość stromych zbiegów. To był 30 km, a ja nagle dostałam kopa, i nie wchodziłam tylko wbiegałam. Wyprzedzałam coraz więcej osób - i to samych mężczyzn. Na 33 km był punkt z wodą, izotonikiem i colą. Tam zrobiłam trochę dłuższą przerwę, zjadłam batona, zapiłam colą i wio. Wybiegłam ze Starego Dymaczewa, znalazłam się już w lesie i nagle z krzaków wyszedł mężczyzna z rozpiętą koszulą. Trochę spanikowałam, bo byłam sama, ale pan wybrał się na grzyby bo w rękach miał gigantyczne sowy. Gdzie on je wynorał jak taka susza była to nie wiem, ale muszę dziadkowi o tym powiedzieć (polecam obtoczyć sowy w bułce tartej i usmażyć na patelni). Minęłam pana z grzybami i rozpoczął się najpiękniejszy kilometr biegu. Pewnie dla większości to była mordęga, ale to było takie magiczne miejsce, że pierwszy raz nie przeklinałam na podbiegi. Wzniesień było 6, 7, a może nawet 8... Nie wiem. Nie liczyłam. Byłam zajęta rozglądaniem się przez co nie zrobiłam zdjęcia, więc muszę posiłkować się tym jednym ze strony Forest Run:
(Źródło: FP Forest Run)
Na 37 km pojawił się mały kryzys. Odechciało mi się biec i przeszłam do krótkiego marszu. No i zaczęła się rozmowa ze sobą "nie bądź głupią pipą, biegnij!". "Dobra", odpowiadam, "do 38 km biegnę". Spojrzałam na zegarek i było 37,13 km. Turlam się, mijają wieki, znowu rzucam okiem na zegarek a tam 37,58 km. No jak?! Przecież ja już na pewno przebiegłam kilometr, albo więcej! Ponownie krótki marsz, ale zebrałam się w sobie i do punktu na 41 km biegłam. A tam nareszcie krakersy! Wymęczyłam prawie dystans maratonu żeby je zjeść. Paranoja. Jak zwykle ochota minęła i wzięłam aż jednego. Tyle o nich rozmyślałam, marzyłam, a nie byłam w stanie przełknąć więcej. No nic... Pora na najlepszy fragment trasy. Sądzę że porównywalny z sadystycznym wbiegiem na Dziewiczą Górę na Zielonce. Mając 41 km w nogach musiałam zbiegać po schodach (!), i to koszmarnie niewygodnych, bo na niektórych stopniach trzeba było robić po dwa kroki. Przez kilka kilometrów miałam towarzystwo biegaczki (ukończyła trzy razy Bieg Rzeźnika - nie wiem czy ktoś z Was pamięta, ale na Zielonce ostatnie 5 km przebiegłam z mężczyzną także po Rzeźniku - sądzę że to znak!), która razem ze mną stękała. Schodziłyśmy trzymając się poręczy. Po czym na 43 km moim oczom ukazał się podbieg który wydał mi się niemal pionową ścianą. No Himalaje! Jeszcze 2 kilometry, znowu chwila przerwy na punkcie, a później jeszcze 5 i koniec. Wybiegając z punktu czułam się dobrze (tzn. w miarę bez uszkodzeń fizycznych, a psychicznie rewelacja). Było z górki więc rozpędziłam się jakbym znowu pocinała po Tatrach. I chyba to mnie zgubiło. Kilometr dalej coraz częściej maszerowałam niż biegłam, bo zaczęła mi wysiadać lewa pachwina. Robiłam bardzo małe kroki. Nieznośnie rwały przywodziciele i wlokłam nogę za sobą. Na 48 km mijałam ojca z synem. Byli na rowerach, zatrzymali się na chwilę, a pan zagadał:
- Który kilometr?
= 48.
- Kilometr?!
= Tak. Jeszcze tylko dwa.
I na koniec usłyszałam ciche "O kurde". No o kurde... Kto przy zdrowych zmysłach biega w sobotę rano 50 km i jeszcze za to płaci?
Już na starcie postanowiłam że na ostatnim podbiegu nie biegnę tylko wchodzę (meta była właśnie na podbiegu). Nie mogło się to skończyć inaczej - wbiegłam. Na górze stało kilka osób, krzyczeli do mnie że jeszcze kawałek, więc nie będę robić siary i iść. Łydki płonęły, oczy całe zaszklone, słyszałam muzykę... I jest! Meta! Wbiegłam z czasem 6 godzin, 12 minut i 25 sekund. 
Podsumowanie i sprzęcior:
- Asics Fuji Trainer 3 (Natural Born Runners)
- koszulka BBMLW Poniewieracz (Rebelrunners)
- plecak Quechua MT10
- skarpety kompresyjne Royal Bay Neon
- pas na numer startowy Kalenji
- izotonik ALE (Natural Born Runners)
- sok z buraków x3
- batony kokosowe Fitness Authority x5
Trasa:
(Źródło: forestrun.pl)
Nie pamiętam kto na FP Forest Run skomentował trasę w taki sposób, ale porównał ją do diabła z plecakiem. I faktycznie go przypomina. 
Bieg raczej kameralny, ale świetnie zorganizowany. Nie mam do czego się przyczepić. Gdy wbiegłam na metę to wolontariuszka zapytała mnie kilka razy czy na pewno dobrze się czuję, kazała mi usiąść i dostałam wodę. Na dwóch punktach organizatorzy pytali się o moje towarzystwo - biegłam z pluszową myszą Antoniuszem w bocznej kieszeni. 
Na mecie oczywiście piwo (Grodziskie) i makaron (do wyboru trzy sosy: słodko-kwaśny, szpinakowy i brokułowy). Można było też kupić kawę, ciasto, za drobną opłatą skorzystać z masażu po biegu, i zaopatrzyć się na kolejne biegi u Natural Born Runners. Piwo sączyłam w towarzystwie Kobiet Biegających - Zosi, Moniki i Marty (kobietybiegaja.pl) oraz Jaśka (jasiek.cowalski.pl), który mnie nie poznał :D Poczekałyśmy na dekorację najlepszych na trasie 23 km i 50 km (Zofia szóstą kobietą na długim dystansie!), i zwinęliśmy się do domu.
Stopy tradycyjnie spuchły i palce wyglądały jak serdelki. Na drugi dzień bolały mnie trochę poślady, a dokładniej miejsce przyczepu mięśni. Mimo to mogłam normalnie wejść po schodach i poszłam na 40 minut spinningu. Chyba moje nogi już przyzwyczaiły się do takiego wysiłku.
Z jednej strony czuję niedosyt. I nie chodzi tu tylko o czas, który mógłby być lepszy. Na końcówce noga dała mi popalić, ale gdyby tak dodać jeszcze z 10 km? Nie obrażę się jeśli za rok organizatorzy troszkę wydłużą trasę ;)
Wpis płodziłam od niedzieli. Ciągle coś usuwałam, dopisywałam... i w końcu jest co jest. Sądzę że to i tak nie oddaje tego co czułam, i myślałam (chociaż w trakcie biegu nie myślałam tylko miałam czarną dziurę w głowie - były to głównie myśli "na bieżąco" czyli: ale tu ładnie, ile kasztanów!, jaki podbieg, pomarańcze!, co ja tu robię?, to jeszcze połówka do przebiegnięcia i meta, wykąpałabym się w tym jeziorze, itd.).
Nadal czekam na więcej zdjęć na FP biegu, bo robili mi je w 3 miejscach, ale chyba wyszłam tak tragicznie że się ich nie doczekam :P

21 czerwca 2015

Zielonka Ultramaraton

W zasadzie to nie wiem od czego zacząć bo to co się stało w sobotę to czysty przypadek. W czwartek poszłam jak zwykle na biegando z NBR. Na dobicie zrobili nam Boot Camp. Oprócz tego zorganizowano konkurs i do wygrania były pakiety na ZUM (klik). Wystarczyło tylko zrobić jak najdłużej plank (deska). Stwierdziłam że spróbuję no i fajnie było by pobiec chociaż w ogóle nie byłam przygotowana. Czas na konkurs... i zaczęło lać. Ludzie po kolei się wykruszali i chowali pod drzewami. Na placu boju zostałam ja i jedna dziewczyna (osobno męczyli się panowie). Wiedziała że zależy mi na pakiecie, ale nie odpuszczała (a ja przeklinałam w myślach żeby już przestała :D). Mokłyśmy coraz bardziej, marzłyśmy, a woda lała się po twarzy. Pękłam po 4 minutach i chyba 15 sekundach. Ona trzymała dalej chociaż wygrała, ale chciała pobić rekord z poprzedniego konkursu - wytrzymała 5 minut i 20-kilka sekund. Wróciliśmy do sklepu (biegiem bo cały czas lało) żeby chociaż odrobinę się rozgrzać i nawodnić. No i nagle słyszę pytanie czy nie chcę pakietu. Zatkało mnie bo jak to tak? Marta powiedziała że w zasadzie to ma zaplanowane starty. Z jednej strony "biorę!", a z drugiej "nie no... nie należy mi się, to nie ja wygrałam". Jednak go przygarnęłam. I znowu się zaczęło: szykowanie ciuchów, sprzętu, żarcia i najważniejsze - ładowanie makaronem! Pakiet był bardzo fajny. Podoba mi się to, że odchodzi się od koszulek (z pakietów i ogólnie do biegania mam więcej niż tych na co dzień), i zamiast tego dają bardziej przydatne fanty jak buff czy ręcznik. Tutaj każdy otrzymał torbę materiałową z logo biegu, ręcznik, numer startowy, pastylki Dextro, mapy parków krajobrazowych (jak znalazł gdy zachce się komuś zrobić wybieganie po krzakach), wejściówkę na ściankę wspinaczkową i zniżkę do Natural Born Runners.
Start o 7:00. Poroniona godzina. Jeszcze nigdy tak wcześnie nie biegałam (nawet na treningu). Chociaż to i dobrze... Nie obudziłam się do końca, więc mój mózg nie za bardzo rejestrował co się wokół dzieje. Pogoda była w sam raz. Niby świeciło słońce ale momentami wiało i było chłodno. W połowie trasy trochę popadało.
(Źródło: mmpoznan.pl)
Śpię na stojąco.
(Źródło: Zielonka Ultra Maraton FB)
Przez pierwsze 10 km biegłam za 4-osobową grupką, bo trzymali równe i niezbyt męczące tempo. Czas mijał bardzo szybko. Później podłączyła się do mnie kobieta która zdecydowała się na dłuższą trasę (75 km) i do 18 km biegłyśmy razem. Na kolejnym punkcie się rozstałyśmy, bo ja jak zwykle musiałam się ożłopać. Oprócz wody dawali też napój węglowodanowy Nutrend. "To czerwone" (jak to nazywali wolontariusze) było tak dobre że za każdym razem wlewałam w siebie przynajmniej dwa kubki. Muszę to cudo sobie koniecznie kupić! Po 20 km zaczęły się schody. Pojawił się ból piszczeli ale tylko kilka cm pod kolanem a nie całe + kostki. Mięśnie nie bolały wcale, nie miałam żadnych zakwasów... tylko te kości. Udało się dobiec do kolejnego większego punktu na 27 km gdzie było rozejście się tras. Gdyby nie ten ból to leciałabym dłuższą trasę, ale w takim stanie to było niewykonalne - chociaż na zdjęciu nie wyglądam na cierpiącą :D
Znowu się opiłam, zgarnęłam arbuza i zaczęłam maszerować żeby na spokojnie go zjeść. W pewnym momencie złapałam takie zawieszenie że chciałam ugryźć skórkę bo myślałam że to jabłko. Jakoś się ogarnęłam i dreptałam dalej. Po 30 km coraz częściej szłam, bo ból był nie do zniesienia. Nawet jak było z górki to nie zbiegałam tylko schodziłam. Między 34 a 38 km było najgorzej - najdłuższe 4 km w moim życiu chociaż to był moment kiedy chciało mi się płakać, ale nie dlatego że bolało tylko wiedziałam że znowu mi się uda - po kolanach jak będzie trzeba, ale się doczołgam. Na 39 km gdy toczyłam się pod górkę usłyszałam za plecami "pospiesz się, bo jestem ostatni, jak Cię wyprzedzę to Ty będziesz ostatnia!". Odwróciłam się i powiedziałam że teraz to mi wszystko obojętne zresztą i tak nie jesteśmy ostatni, bo za nami jest jeszcze kilka osób. I tak aż do mety towarzyszył mi Robert. Gdy przebiegaliśmy obok punktu na 40 km (który był zlokalizowany przy samej mecie) miałam ochotę się zatrzymać, znaleźć organizatora i mu zrobić jakąś krzywdę za to że muszę się jeszcze czołgać na Dziewiczą Górę. Sadysta trasę wymyślał. Z pomiędzy samochodów wyskoczył Tomasz (który wiózł mój zad w obie strony, sam też biegł) i dopingował na końcówce. Przez większość biegu myślałam tylko o nim - żeby korzeni nie zapuścił na mecie czekając na mnie nie wiadomo ile, bo w jego samochodzie są moje rzeczy (zaoferował transport a w ogóle się nie znamy), i go blokuję. Gdzieś w połowie podbiegu na Dziewiczą Robert odwrócił się i powiedział "nie słyszę Cię", zaczęłam się śmiać i mu odpowiedziałam "jak mnie nie słyszysz? Przecież tak głośno sapię że nie da się tego nie słyszeć". Po drugiej stronie był taki zbieg że nic tylko wyciągać narty albo sanki. Cud że nie połamałam sobie nóg. Na metę wpadliśmy razem, tzn. on zwolnił żebym była przed nim. Pierwsze o co zapytałam Tomasza to gdzie dają piwo :D Miała być Fortuna ale dostaliśmy miejscowe z Grodziska - całe 2,5% ale o smaku porzeczki! Coś pysznego. Posiedzieliśmy chwilę, wysączyłam swoje procenty, pogadaliśmy z innymi uczestnikami i zwinęliśmy się. 
W zasadzie to nie wiem ile w końcu przebiegłam bo trasa miała niby 43 km, a endomondo pokazało 44,48 km. Z tego co się zdążyłam zorientować to nie tylko mi wyszło więcej niż 44 km. W każdym razie doczłapałam się po 5 godzinach i 42 minutach. Dupy nie urywa, ale np. trasa poznańskiego maratonu w porównaniu do tej jest płaska jak stół. Tu ciągle było góra-dół, więc miałam długie wybieganie z interwałami oraz podbiegami. I na razie to jest najtrudniejszy bieg w jakim brałam udział. Mimo to jestem z siebie dumna jak cholera, bo kompletnie tego nie planowałam i znowu poszłam na żywioł. 
Dziękuję (po raz trzeci chyba) Marcie za pakiet i organizatorom - świetny bieg! Za rok tu wracam, ale chyba już na dłuższą trasę ;) Mam tylko nadzieję że będzie dużo "tego czerwonego" :D
EDIT: Jak mogłabym zapomnieć o babci?! Wyjątkowo nie marudziła, że to powalony pomysł i nie będzie mnie ratować. Za to jak wpadłam do niej do domu to dostałam sześć placków ziemniaczanych z sosem pomidorowym + jeszcze pełno ziemniaków. U babci zawsze najlepiej uzupełnia się straty ;)