9 kwietnia 2017

10. Poznań Półmaraton

Zaczęłam od Dębna, więc teraz wypadało by wrócić do Poznania. 
To było moje drugie podejście do złamania 1:55. Wydaje mi się że zimę przepracowałam o wiele lepiej niż rok temu, mimo to czegoś brakowało. Ale, ale! Znowu zaczynam od końca, więc może przenieśmy się do 24 marca, czyli na 2 dni przed startem. Od razu po pracy pognałam odebrać pakiet. Na Expo spędziłam bardzo mało czasu, bo nie chciałam kupić czegokolwiek. Przechodząc obok stoisk z pięknymi, kolorowymi butami, opaskami, czy czapkami, wmawiałam sobie że wszystko mam. Całe szczęście podziałało. Spotkałam też sporo znajomych osób i wymieniłam na szybko kilka zdań. Na sobotę umówiłam się z nowo poznanymi członkami wkurw_team na Pasta Party. A że było nam mało to wybraliśmy się jeszcze do miasta na kawę i ciacho. Z soboty na niedzielę była zmiana czasu i spaliśmy o godzinę krócej. Ustawiłam wszystkie budziki jakie miałam żeby nie lecieć z wywieszonym językiem na start (mam aż 600 metrów do pokonania, tyle wygrać!). Szybko zasnęłam, ale ta godzina w plecy dużo zepsuła, bo po przebudzeniu czułam się jakby mnie rozjechał czołg. Tradycyjnie bułka z dżemem, pół litra soku z buraków i można było wychodzić. Przed startem zdjęcie z wkurw_team i ciśniemy:
Znalazłam pacemakerów na 1:55 i pozostało mi czekanie na start swojej strefy. Powoli przesuwałam się o przodu aż trochę ich wyprzedziłam. Nagle za moimi plecami wyrósł ochroniarz z linką, i balony zostały za mną. Musiałam wystartować z szybszej strefy co wybiło mnie z rytmu, bo przez cały czas próbowałam uciekać przed balonami. Gdy zbliżał się ten słynny podbieg na ok. 10,5 km lekko się spociłam, bo będąc na agrafce zobaczyłam zająców. O dziwo nie cierpiałam tak bardzo jak rok temu. Zwolniłam, ale po wczołganiu się na górę przyspieszyłam, i udało się wrócić do poprzedniego tempa. Niestety radość trwała krótko. Na 12-13 kilometrze wyprzedzili mnie, a ja już nie miałam siły utrzymać tego tempa. Zaczęło się przeliczanie w jakim czasie dotrę do mety. Na początku ubzdurałam sobie że przecież uda się na 1:55, no może 1:56. Po czym przypomniałam sobie że oni wystartowali jakieś 3 minuty po mnie, więc nie jestem w stanie nic nadrobić. Pozostało mi po prostu dobiec do mety. Jakoś na 17 km na Rondzie Skubiszewskiego dopadł mnie kryzys. Na myśl o długiej prostej odechciało mi się biec. Wlokłam się z totalnie pustą głową. Nie myślałam o niczym, nic do mnie nie docierało. Mijałam biegaczy siedzących na krawężnikach, których podtrzymywali ratownicy, a ja dalej: lewa, prawa, lewa, prawa. Dopiero na skrzyżowaniu Matejki/Szylinga/Grunwaldzka przyspieszyłam. I nareszcie! Upragniony skręt na targi i do hali! 
(fot. Fotografia Patryk Stremich)
Meta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Co prawda od pomarańczu aż raziło, ale tam było dużo ludzi, super doping, a pomiędzy biegaczami lawirował Mezo, który dawał koncert zaraz po ukończeniu biegu. Zwątpiłam trochę bo nie za bardzo wiedziałam gdzie jest ta meta (a przecież trzeba zastopować zegarek!), ale udało się wypatrzeć matę. 
Ledwo dysząc skierowałam się na prawo, za wszystkimi. Na wyjściu z hali dostałam medal oraz kwiatka. Do tego momentu było wszystko ok po czym zaczął się horror. Łącznik pomiędzy obiema halami był zatkany. Żeby przejść gdziekolwiek trzeba było się przeciskać. W dodatku świeciło słońce, więc w środku było jak w szklarni. Udało mi się wydostać do strefy z jedzeniem. Tam również ścisk. Szłam wzdłuż stołów szukając pomarańczy. Okazało się że były z drugiej strony, więc znowu przepychanie. Gdy już wpadły w moje ręce, stanęłam z boku, ściągnęłam chip, i niestety musiałam cofnąć się do szklarni. Oddałam chip i ruszyłam do wyjścia przez halę w której były szatnie i depozyty. Tu czekał kolejny problem. Na wejściu stali ochroniarze którzy nie wpuszczali kibiców, ale niestety ich zachowanie (kibiców) pozostawało wiele do życzenia. Pchali się w przejściu i zupełnie nie pozwalali wyjść biegaczom. Cisnęły mi się na usta niecenzuralne słowa, bo ledwo wleczesz nogami, jesteś głodna, zmęczona, i nie możesz wyjść bo stado baranów blokuje drogę, bo już teraz, zaraz, natychmiast musi się zobaczyć ze swoim misiem pysiem. Udało mi się dostać pod halę gdzie wydawano makaron i piwo. Po 10 minutach krążenia znalazłam mamę, i poszłam jeść. Makaron dostałam bez problemu, ale to co się działo przy wydawaniu piwa... Niby były jakieś kolejki, ale w zasadzie można było się wepchnąć bez problemu. Nie przypominam sobie żeby rok temu były takie tłumy, i taki problem z piwem (dla mnie to istotna sprawa, bo na % pozwalam sobie w zasadzie tylko po biegu, a na "co dzień" nie piję).
Pakiet startowy:
Tradycyjnie, jak to w Poznaniu:
- fajny, solidny worek
- pasująca kolorystycznie koszulka techniczna 4F
- piwo Miłosław
- numer startowy
- bon na Pasta Party
- medal i żarełko po biegu
Trasa:
Identyczna jak rok temu. Zmiana była kosmetyczna i dotyczyła tylko początku. Zamiast skręcać na Most Dworcowy, biegliśmy w stronę Kaponiery, Cytadeli, a tam na Garbary. Według mnie to nadal zły pomysł, bo na wysokości Sheratona przy przystanku tramwajowym znowu był zator, i musiałam stanąć. Tłok był aż do Garbar. Kompletnie nie rozumiem dlaczego nie możemy biec w drugą stronę... No i bardzo bym chciała żeby zmniejszono limit, i wróciła trasa z 8. Poznań Półmaratonu.
Organizacja:
Nie mam do czego się przyczepić oprócz jednej rzeczy o której napisałam wcześniej - strefa zawodnika. Ten nagrzany, zamknięty łącznik, gdzie nie było totalnie przepływu ludzi: tragedia. Wydaje mi się że łącznik powinien być otwarty, i dla nas odgrodzona od kibiców przestrzeń na placu przed halami, tak że moglibyśmy się bez przepychania dostać na makaron. Za to meta wymiata! Ponoć tam było duszno, ale mój organizm nie zarejestrował tej oszałamiającej zmiany temperatury. Mam nadzieję że w przyszłym roku też będzie finisz na hali.
Sprzęcior:
- kapcie New Balance Minimus Zero
- opaski kompresyjne Zero Point
- koszulka BBMLW
- 3 żele ALE cola z kofeiną
Podsumowanie:
- czas netto: 1:58:12
- miejsce OPEN K20: 871
- skurcze/obtarcia/pęcherze: brak

Potwierdza się to co kiedyś napisałam - nie mam szczęścia do półmaratonów w rodzinnym mieście. Kolejne podejście do złamania 1:55 w czerwcu we Wrocławiu.